Jej hit każdy rozpozna po pierwszej nutce. Żałuj, że nie znasz innych. Suzanne Vega nie jest gwiazdą jednego przeboju

Deutsche Bank Invites: Suzanne Vega, Palladium, Warszawa
Deutsche Bank Invites: Suzanne Vega, Palladium, Warszawa Fot. Łukasz Sokół
Jestem w stanie założyć się o taniec z Robertem Janowskim na planie „Jaka to melodia”, że fragment „Luki” potrafi zanucić co trzeci Polak i co druga Polka. I dotyczy to nawet tych, którzy urodzili się już po tym, jak Suzanne Vega zaczęła na każdym koncercie opowiadać historię spotkanego przed laty chłopca.

Od wydania krążka „Solitude Standing”, z której pochodzi szlagier, minęło 30 lat. „Luka” jednak nadal jest gościem praktycznie każdej set listy Suzanne. Ale Vega nie należy do tych artystek starszego pokolenia, które z mroków zapomnienia wyłaniają się przy okazji okrągłego jubileuszu, organizując ogromną trasę koncertową tylko po to, aby pomnożyć zyski z jednoprzebojowych tantiem. Ona nigdy z trasy nie zjechała, ale o tym wie znacznie węższe grono folkrockowych melomanów, do których, przyznam się bez bicia, nie należałam.
Po tym, jak na moim biurku wylądowało zaproszenie na koncert z cyklu Deutsche Bank Invites i po tym, jak na widok nazwiska na biletach połowa redakcyjnego pokoju niemal automatycznie odśpiewała „tę” piosenkę, zaczęłam się trochę martwić. Czy to aby nie będzie jeden z tych najsmutniejszych koncertów świata? Taki, na który idziesz z jednym, góra dwoma utworami w głowie. Przez godzinę-dwie ze średnim entuzjazmem podrygujesz nerwowo nóżką w oczekiwaniu, aż z głośników popłyną znajome dźwięki. Może kilka razy nawet podrywasz się entuzjastycznie z miejsca, myśląc, że to już-już, tylko po to, aby boleśnie skonfrontować się z muzyczną fatamorganą (i faktem, że przesłuchanie całej dostępnej dyskografii na raz, tego samego dnia, kilka godzin przed koncertem, wcale nie pomaga w odróżnianiu od siebie poszczególnych kawałków). Salę opuszczasz jako ostatni, łudząc się, że artysta lub artystka jednak wróci na scenę i zreflektuje się, że czegoś – czyli TWOJEJ piosenki – zapomniał. To się jednak nigdy nie dzieje.

– Czekaj, czekaj, nie będzie tak źle! Ona ma jeszcze jedną znaną! – szepcze konspiracyjnie znajoma, kiedy w dniu koncertu siedzimy już w zastawionej krzesełkami sali warszawskiego Palladium. – Wiesz, ta: tututuru, tututuru, tuturu... – tu też wystarczyły pierwsze nutki. „Tom’s Diner”. Wklepcie tytuł w wyszukiwarkę – znacie na pewno.

Lekki niepokój jednak nadal pozostawał. Grając tę samą piosenkę w kółko od 30 lat, można mieć dość. Co jeśli to akurat ten koncert, na którym Suzanne Vega powie sobie dość i porzuci „Lukę” albo „Tututuru”? Nie będę was trzymać w napięciu – zaśpiewała oba – z gigantycznym zaangażowaniem i uśmiechem na ustach, choć dopiero na bis.
– Wiem, że przyszliście tu posłuchać starszych kawałków. Doskonale to rozumiem. Jak idę na koncert Boba Dylana, to też oczekuję hitów. Będą obiecuję. Ale będzie też trochę nowości – rzuciła Suzanne ze sceny, zaraz po przywitaniu.

Nowościami dla mnie były właściwie wszystkie kawałki – zarówno te z 30-letniej płyty „Solitude standing”, 25-letniej „99.9 F” czy najnowszej – „Lover, Beloved: Songs from an Evening with Carson McCullers” – koncept albumu, który powstał na podstawie sztuki napisanej przez Vegę. Cała dyskografia nowojorskiej artystki liczy dziewięć krążków. Sądząc po żywych reakcjach widowni i entuzjastycznych oklaskach towarzyszących rozbiegówkom kolejnych piosenek, należałam do mniejszości, która tego faktu nie była wcześniej świadoma.

Na scenie wraz z Suzanne pojawił się Gerry Leonard, były gitarzysta Davida Bowie’go, a cały koncert przebiegał w akustycznej, intymnej atmosferze. I właśnie do takich warunków poetyckie piosenki Vegi są stworzone. Ona nigdy nie zapełni stadionów, nie odnajdzie się na plenerowych festiwalach i być może właśnie dlatego nie potrafiła (nie chciała?) uczestniczyć we wspinaczce po kolejnych piętrach list przebojów. „Luka” dotarł na szczyt – tyle mi wystarczy – zdaje się mówić z każdym kolejnym utworem.
Z drugiej strony, jej niski, ciepły głos jest na tyle silny, aby przez niemal dwie godziny hipnotyzować kilka setek osób siedzących na widowni. A „nieznane” piosenki? Cóż, obawa, że zleją mi się w jedną muzyczną masę okazały się bezpodstawne. Starsze utwory, takie jak „Caramel” czy „Solitude Standing” to liryczne, gitarowe krótkie formy poetyckie, podczas gdy materiał z „Lover, Beloved…” to wręcz piosenki kabaretowe.

I tylko tyle powiem. Nie odbiorę wam przyjemności odkrycia, że Suzanne Vega nie ma na drugie Luka. Po porostu posłuchajcie.

Koncert Suzanne Vega w Warszawie odbył się w ramach cyklu Deutsche Bank Invites. Organizatorem trasy koncertowej artystki była Agencja Koncerty.com.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...