"Żłobuś ciepełko”, "śledzik" i "kościółek", czyli jak dzięki zdrobnieniom oswajamy świat i denerwujemy rozmówców

"Żłobuś ciepełko" to tylko przykład tego, jak zdrobnienia opanowują nasz język.
"Żłobuś ciepełko" to tylko przykład tego, jak zdrobnienia opanowują nasz język. Fot: naTemat
Zdrobnienia na stałe weszły do naszego słownika i są takie słowa, słówka i słóweczka, które nie tylko nie rażą, ale wręcz mają przyjemniejszy wydźwięk niż w swojej formie podstawowej. Co jednak zdobić, gdy na spacerze przechodzimy obok "Żłobusia Ciepełko", alby gdy dostajemy od dziecka kartkę z obozu, w której prosi "kochane pieniążki przyślijcie rodzice"?

Dlaczego w ogóle używamy zdrobnień? Jak tłumaczą językoznawcy, takiej formy używa się z kilku powodów. Jeśli obok domu stoi drugi, dalece mniejszy od pierwszego, to logicznym jest nazwanie go domkiem. Pozwala nam to na większe pole manewru podczas opisywania zastanej sytuacji. Zdanie "Jan mieszka w domu, a Jerzy w domku obok”, od razu nakierowuje odbiorcę takiej wypowiedzi na wnioski, że Janowi poszczęściło się w życiu i ma większą posiadłość.



Na sianku w stajence
Jednocześnie Jerzy też nie stoi na straconej pozycji, słowo domek z racji użycia takiej formy zyskuje na przytulności. – Przez zdrobnienie ocieplamy, sprawiamy, że coś małego zyskuje na atrakcyjności – przekonuje językoznawca profesor Jerzy Bralczyk. – Proszę zauważyć, że nikt nie powie o Jezusie leżącym w żłobie w stajni, tylko o Jezusie lub Jezusku leżących w żłóbku w stajence. Niby to samo, ale zupełnie inaczej brzmi – tłumaczy Bralczyk.

– Nawet wolę, jak w restauracji kelner przyniesie mi na talerzyku śledzika z cebulką, a do niego kieliszeczek wódeczki, niż jak na talerzu będzie śledź z cebulą, a do popicia kieliszek wódki. To pierwsze milej się kojarzy i jest bardziej apetyczne – tłumaczy profesor Bralczyk. Jednocześnie wskazuje, że są słowa, których zdrabnianie jest po prostu niestosowne. Profesor w rozmowie z naTemat podkreśla, że on sam bardzo nie lubi zdrabniania takich słów jak hospicjum czy pieniądze. "Hospicjum" ma tak ponury wydźwięk, że zmienianie go na "hospicyjko" nie przyniesie ulgi pacjentom, a tylko naraża nas na śmieszność lub oburzenie. "Pieniążki" z kolei wskazują na ich żałosną siłę nabywczą, o której w ogóle nie warto rozmawiać...

Na warszawskim Tarchominie niedawno otwarto żłobek. Stop, wcale nie żłobek - żłobuś. A żeby jeszcze jakoś podkreślić jego wyjątkowość, w nazwie pojawia się też drugie słowo: "ciepełko". – W tym konkretnym przypadku odnoszę wrażenie, że ten, kto wymyślał tę nazwę miał duże poczucie humoru i dystansu do świata. Jakby chciał powiedzieć: "wiem, że przeholowaliśmy, ale robię to z rozmysłem, a drogi konsument na pewno połapie się, że to specjalnie, żeby wywołać uśmiech na jego twarzy” – mówi w rozmowie z naTemat Jerzy Bralczyk.

Zdaniem językoznawcy pierwszy człon nazwy wskazuje na to, ze żłobek jest miejscem małym, ale przytulnym. Z kolei słowo "ciepełko” według naszego rozmówcy wydaje się mówić, że nazwa jest celowo przesadzona. – Samo słowo ciepełko może być używane tak pół ironicznie, ale nadal pozostaje przyjemne, zwłaszcza w zestawieniu ze żłobusiem.

– Osobiście nie miałbym żadnych problemów z tą nazwą. W wielu przypadkach zdrobnienia są jednak wręcz odrażające. Jak ktoś mówi o "pieniążkach” to mam do tego bardzo negatywny stosunek – twierdzi Bralczyk.

Kontrast, oswajanie, i zgrzytanie zębami
Częste stosowanie zdrobnień pozwala stworzyć ciekawą, charakterystyczną postać literacką. Przykłady można mnożyć, profesor Bralczyk wskazuje na pułkownika Kuklinowskiego z "Potopu” i Pilchena, ministra komunikacji z książki "Kariera Nikodema Dyzmy. – Kuklinowski jest postacią plugawą. Okrutnik, który mówił o wojence, szabelce i przypiekaniu boczków to celowe budowanie kontrastu przez Sienkiewicza – twierdzi Bralczyk. Z kolei minister Pilchen zdrabniający co trzecie słowo staje się postacią groteskową, śmieszną. Gdy wkracza do gabinetu Dyzmy i mówi "kochanieńki, główeńka nie od parady, ale wszystkich przyjaciół na bruczek?" nie budzi respektu, prędzej politowanie, ale właśnie przez nadany przez autora książki Dołęgę-Mostowicza charakterystyczny sposób mówienia staje się postacią tak samo charakterystyczną jak pułkownik Kuklinowski.
W świecie rzeczywistym zdrobnień często używa się w kontaktach z dziećmi. Kiedyś był to bardziej wyraźny trend, ale spotyka się go do dziś. Zdaniem profesora Bralczyka zdrobnienia mają pełnić funkcję oswajania ze światem. Uznawano, że dzięki takiemu sposobowi mówienia do dzieci, dzieciątek, wnuków i wnucząt, będą one bardziej pozytywnie nastawione do świata. – Dlatego nie chodzono do kościoła tylko do kościółka, nie na groby tylko na gróbki, parzono herbatkę, a nie herbatę – wylicza Bralczyk.

Prowadzi to czasem do dziwnych sytuacji. – Gdy pani pielęgniarka każe mi się położyć na boczek i wyciągnąć łapeczkę czuję, że coś jest nie w porządku. Jestem dość czuły na punkcie swojego wzrostu, a teraz jeszcze wieku i zdziecinnienia. Trochę mnie to razi, ale wiem, że ona to mówi z życzliwości – śmieje się nasz rozmówca.

Choć wiele osób kojarzy manierę zdrabniania słów z Warszawą i lokalną gwarą, to zdaniem profesora Bralczyka nie możemy mówić o rejonizacji. – Wiąże się to z ogólnie pojętą grzecznością. Ludziom wydaje się, że jesteśmy grzeczniejsi i milsi kiedy używamy zdrobnień. Są one związane z naszym językiem. W polskim, językach słowiańskich, ale też na przykład we włoskim zdrobnienia można tworzyć właściwie dowolnie. Można z psa zrobić pieska, pieseczka czy piesuńcia. W językach "poważniejszych” takich możliwości nie ma, w tym zakresie jesteśmy bogatsi od na przykład Niemców czy Anglików – przekonuje profesor Bralczyk.

Zdrabniać czy nie?
Inna rzecz, jak zdrobnienia odbierają nasi rozmówcy. "Jak ja tego nie znoszę. Miałem kiedyś kolegę, lat ponad 40, który co chwila stosował zdrobnienia, aż mnie ciary przechodziły. Poważny facet, który lubił jeździć swoim autkiem, zajadać pyszniuteńkim jedzonkiem w najlepszych knajpkach, a potem obejrzeć jakiś wartościowy filmik” – pisze na forum jeden z internautów. "Zdrobnienia dotyczą najczęściej osób o których można powiedzieć "miękkie kluchy”, bez wyrazu, bez własnego zdania, przykładów ze swojego otoczenia mam aż nadto” – wtóruje mu inny.

"Nie wiem, o czym to świadczy, ale moja znajoma chyba zdobyła mistrzostwo świata z używaniu zdrobnień. Kupowała Chlebek, masełko, wędlinkę, ziemniaczki, marcheweczkę. dodam, że denerwowało mnie to okrutnie” – żali się jeszcze jeden z użytkowników forum. – Zdrobnienia nie są takie złe. Osobiście wolę zjeść chlebek z masełkiem. Nie dlatego, że jest mniej kaloryczny od chleba z masłem, ale brzmi przyjemniej – śmieje się profesor Jerzy Bralczyk.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...