Tego słowa unika wiele kobiet. Jeśli nie zaczniemy go używać, stracimy mnóstwo szans

Ile trzeba pracować, aby móc się określać mianem „ekspertki”? W swojej najnowszej książce Dominika Nawrocka daje na to pytanie odpowiedź
Ile trzeba pracować, aby móc się określać mianem „ekspertki”? W swojej najnowszej książce Dominika Nawrocka daje na to pytanie odpowiedź Fot. Unsplash.com / Andrew Neel
Nie umieszczamy go na wizytówkach, a w odniesieniu do własnej osoby, używamy rzadko, jeśli w ogóle. Bo na tytuł „ekspertki” trzeba sobie zasłużyć – myślimy. – Ale właściwie czym? – pyta Dominika Nawrocka i sama sobie odpowiada w książce pod tytułem „Ekspertka. Książka dla kobiet, które mają dużo do powiedzenia”.

– Trzeba zaczynać z wysokiego „c”, grać w pierwszej lidze. Mamy jedno życie i jedno nazwisko – przekonuje podczas spotkania Dominika Nawrocka i tłumaczy, dlaczego tytuł ekspertki powinnyśmy nadać sobie same. I to szybko.



Kim jest ekspertka?

To kobieta, która ma wizerunek i wyrobione nazwisko w swojej dziedzinie. Jesteśmy pracowite, wykształcone, ale jakoś same nie chcemy tego pokazywać. Czekamy, aż ktoś nas wyciągnie na pierwszy plan, a prawda jest taka, że musimy zrobić to same.

Ekspertka” powstała po to, żeby nauczyć kobiety sprzedawać swoje kompetencje i wiedzę oraz opakowywać je w papier z napisem „produkt”. W moim przekonaniu wizerunek ekspertki, to kierunek, w którym należy iść, aby ten cel osiągnąć.
Dlaczego wybrała pani akurat to określenie?

„Eksperckość” to mój patent, dzięki któremu kobiety mogą zwiększyć swoją wartość na rynku pracy czy w biznesie. Eksperci mają dobry wizerunek, dostają na starcie kredyt zaufania, przez co stawki, które im się płaci, są wyższe.

Rzeczywistość jest taka, że jako kobiety zarabiamy mniej, a po 40-tce czy 50-tce trudniej nam utrzymać pracę. Musimy przejąć nad tym kontrolę.

Poradników na świecie jest masa. To dlaczego problemy, które ich lektura ma rozwiązywać, nadal istnieją?

Problem nie leży w poradnikach, tylko w tym, że nie stosujemy się do ich zaleceń. Gdzieś po drodze odpuszczamy, zniechęcamy się. Odchodzimy od pewnych założeń i koniec końców, nie wdrażamy planu w 100 procentach.

Moje poradniki są przemyślane od początku do końca. Zawieram w nich swoje przemyślenia, wnioski i lekcje zdobyte w praktyce. Opisuję rzeczy przefiltrowane przez własną głowę i doświadczenie. Prezentuję techniki, które przećwiczyłam i uważam, że działają.

„Ekspertka” to z jednej strony poradnik budowania osobistej marki, ale z drugiej – przynajmniej dla mnie – poradnik „pewności siebie”. W rozdziale o wystąpieniach publicznych bardzo podobał mi się fragment zatytułowany: „Jak dostać się na scenę”.

A my na tę scenę nie bardzo chcemy, prawda? Zachęcam kobiety, żeby nie płynęły bezwiednie przez życie i nie dawały się pchać tam, gdzie je pogna los, mąż, pracodawca… Chcę, żeby brały swoje szczęście za rogi. Daję więc na to jakiś pomysł, inspiruję, a nawet podrzucam gotowe rozwiązania, jak tego dokonać.
Czy ekspertka to jednak nie jest za duże słowo? Mówi pani, że kobiety nie chcą się wychylać. Jak każe się im być ekspertkami przez duże „E”, to dopiero się zaczną bać. Mało która może się pochwalić całą listą dyplomów, kursów, habilitacji…

Cóż, pewnie niektóre będą się bać. Z drugiej strony, nie spotkałam się jeszcze z instytucją czy jury, które decyduje o tym, czy ktoś może czy nie może być ekspertem. Szkoła nas trochę formatuje w tym kierunku, ucząc że „ekspert” musi mieć wykształcenie, certyfikaty, dyplomy...

… długą brodę.

Tak. I masę tytułów naukowych przed nazwiskiem. To oczywiście pomaga, tylko że tak naprawdę nikt nie zadecydował za tych ludzi, że to akurat oni będą ekspertami. To jest ich autonomiczna, mniej lub bardziej świadoma, decyzja. Wykonali takie, a nie inne działania, zrobili takie, a nie inne kursy, napisali takie książki czy artykuły, że ludzie dzisiaj postrzegają ich w taki, a nie inny sposób.

W książce tłumaczę, jak sobie z tym wielkim słowem poradzić. Kobieta myśli sobie: „Jak to, ja – ekspertką? Przecież nie mam ani papierów, ani studiów. Jaką ja mogę być ekspertką?”. Przyznanie sobie prawa do tego tytułu mnie też zajęło trochę czasu. W końcu uświadomiłam sobie, że ekspertką jestem już w momencie, kiedy wiem trochę więcej od innych.

Mam koleżankę, która jest opiekunką. Zna języki, więc często zajmuje się dziećmi obcokrajowców. Czy ona jest ekspertką w swojej branży? Ma spore doświadczenie i dużą wiedzę, bo robi to już od lat. Czy są kobiety, które też chciałyby wykonywać podobną pracę? Tak. Czy chętnie dowiedzą się, jak to zrobić? Pewnie.

To jest właśnie ekspertka – kobieta, która ma doświadczenie i kompetencje do tego, żeby uczyć innych.

Ale czy potrafi to robić na tyle lepiej od innych, żeby mieć do tego tytułu prawo?

Chcę mocno podkreślić, że nie ma limitów na ekspertki czy ekspertów. To nie jest zawód licencjonowany. Dla każdej z nas jest miejsce. Nawet jeśli mamy tę samą specjalizację, tę samą wiedzę, każda z nas ma odmienne doświadczenia i unikalną osobowość. Każda z nas będzie więc ekspertką jedyną w swoim rodzaju.

Kiedy pani pierwszy raz poczuła się ekspertką?

Wiedziałam to już od dawna, ale zawsze miałam w sobie tę niepewność. Wydawało mi się, że ciągle za mało wiem, że inni wiedzą lepiej ode mnie. Ale oczekiwanie, że kiedyś dowiem się wszystkiego na dany temat, jest utopią. To się nigdy nie wydarzy. Takim myśleniem robimy sobie krzywdę, ograniczamy się. Ale dojście do tych wniosków, to był proces.

Nie było konkretnego momentu olśnienia? Sukcesu na konferencji, pierwszego autografu na książce?

Nie, nie myślałam o sobie w ten sposób. Pojęcie „ekspertki” ukułam, kiedy zastanawiałam się co zrobić, żeby kobiety po 40-stce przestały się borykać ze znalezieniem pracy. A że nie wierzę w rozwiązania systemowe, zachęcam do tego, aby brać los w swoje ręce. Dążenie do „eksperckości” to proces – kula śniegowa, zbierająca informacje, pochwały, sukcesy i powoli obrastająca w pewność siebie.

Ale ten proces można przeciągać w nieskończoność.

Zależy mi właśnie na tym, aby na tym wzmacnianiu nie tracić dużo czasu. Kobiety często potrzebują zewnętrznych autorytetów, kogoś, kto powie: „Masz rację. Znasz się na tym”. A istnieje przecież ryzyko, że nigdy tego nie usłyszymy. I co wtedy?

Odpuszczamy.

Tak, godzimy się z losem, bo widocznie tak ma być.

Jednym z czynników, który nas hamuje jest przekonanie o braku „medialności”, na którą pani w książce kładzie spory nacisk. Przed kamerą na spontanie nie wystąpimy, bo „nie wyglądamy”, zanim wrzucimy zdjęcie do internetu, piętnaście razy je oglądamy…

A facetom to jakoś nie przeszkadza (śmiech).

A pani miała problem z przełamaniem się medialnie?

Nie, bo podchodzę do tego bardzo narzędziowo. Są określone techniki, które można tu zastosować. Ja z nich korzystam i opisuję je w książce.

Osobiście wolę zejść ze sceny i pracować z ludźmi bezpośrednio, w zespołach. Nie mam ciągot gwiazdorskich. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że ludzie mogą mnie tak odbierać, bo w końcu na tej scenie stoję. Ale to wszystko kwestia świadomości, że takie działanie ma sens. Wystąpienia to także dźwignia marketingowa w docieraniu do coraz szerszej publiczności, nowych ludzi, klientów, czytelników, potencjalnych pracodawców. Poza tym ludzie zupełnie inaczej postrzegają kogoś, kogo spotkali na żywo i na scenie od tego, kogo „znają” tylko z filmików w internecie.

Kolejna sprawa, dla mnie dość istotna: wystąpienia traktuję jako okazję do samodoskonalenia. Przekraczam swoje granice, wychodzę ze strefy komfortu – to nie jest łatwe, ale bez tego nie ma rozwoju. Sprawdzam więc, co się podoba, co mogę jeszcze poprawić.

Jak przełamywać w sobie niechęć do wystąpień?

Trzeba sobie uzmysłowić, że „wystąpieniem” jest każde zebranie czy spotkanie, których w pracy mamy codziennie mnóstwo. I każde z nich jest okazją, żeby się pokazać – nawet niewielkiemu gronu odbiorców – ale z jak najlepszej strony: wykazać inicjatywę, zabrać głos. Pokazujmy się, bo inaczej nikt nas nie zauważy.

W Polsce, kiedy na spotkaniu ktoś z marszu, na pustej sali, zajmie miejsce w pierwszym rzędzie, to jest wielkie zdziwienie. Sale zapełniają się od tyłu, bo przecież „nie będziemy się pchać do pierwszego rzędu”. A to przecież nie jest żadne „pchanie się”! W pracy jest tak samo – idziemy na koniec, po cichu licząc, że ktoś sam z siebie zobaczy, jaką dobrą robotę zrobiłyśmy.

Co jest dzisiaj dla naszego osobistego marketingu biznesowego ważniejsze: konwencjonalny networking – spotkania twarzą w twarz czy obecność w mediach społecznościowych?

Media społecznościowe pozwalają nam rozszerzać zasięg oddziaływania, ale kontakty osobiste nadal są bardzo ważne. W książce tłumaczę, jak właściwie zabrać się do networkingu, bo często mamy problem z tym, żeby podejść do drugiej osoby i zainicjować rozmowę. Bo od czego zacząć? Ja pytam: „Czym się zajmujesz?”. Nie ma osoby, która nie odpowie na to pytanie. A jak już odpowie – konwersacja sama się potoczy.

Trzeba się mentalnie przestawić na to, że to nie ktoś ma podejść do nas, tylko my do kogoś. Bądźmy proaktywne, inicjujmy kontakty – takie działanie na pewno zaprocentuje.

Do świadomości musimy dobijać się też wirtualnie. W książce daje pani dużo wskazówek, jak to robić.

Podpowiadam, jak postawić bloga, jak prowadzić komunikację w mediach społecznościowych, jak wysyłać mailingi. Jestem przekonana, że te działania są w naszym zasięgu, nawet jeśli wcześniej nie mieliśmy z nimi do czynienia. Trzeba poczytać, douczyć się i zacząć działać.

Był jakiś element, z którym miała pani trudności?

Zajmuję się marketingiem zawodowo, więc w wielu kwestiach było mi łatwiej. Wyzwanie stanowiły aspekty technologiczne. Ja w razie wątpliwości konsultowałam się ze wspólniczką, która jest z wykształcenia informatykiem, ale zawsze znajdzie się ktoś, kogo można zapytać – dookoła nas jest cała masa ekspertów, wystarczy się rozejrzeć (śmiech).

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...