Wybiła sobie zęby, by wyglądać jak mężczyzna, bo "nie opłaca się być kobietą". Tak wyglądała emancypacja 100 lat temu

O tym zdjęciu prof. Maria Janion pisała: "to się nazywa utrwalić nieobecność!" Postać na drugim planie, na końcu drogi to Piotr Włast, czyli Maria Komornicka po przemianie. fot. z archiwum Zofii Bernałowicz
Jest czerwcowy poranek 1907 roku. Pani Anna z Dunin-Wąsowiczów Komornicka budzi się w hotelu Bazar w Poznaniu. Dzień wcześniej zatrzymała się tu, by odpocząć. Droga z Kongresówki nad Bałtyk jest wyczerpująca, a ona nie może pozwolić sobie na zmęczenie – w podróży towarzyszy jej chora córka, Maria. Obie kierują się do Kolbergu, dzisiejszego Kołobrzegu, do uzdrowiska. Maria potrzebuje pomocy, a pani Anna liczy, że morskie powietrze pomoże dziewczynie się otrząsnąć. Ta bowiem cierpi z powodu tajemniczych omamów. Anna zaczyna dzień od wizyty w pokoju córki. Gdy otwiera drzwi, staje jak wryta – w drzwiach wita ją nie Maria, lecz Piotr. Piotr Odmieniec Włast, który jak twierdzi mieszka w ciele Marii od zawsze, a na dowód swej męskiej natury w nocy spalił wszystkie kobiece ubrania w piecu.

Ta symboliczna, metaforyczna śmierć Marii traktowana była przez środowisko literackie, w którym kobieta uznawana była za świetną poetkę, publicystkę i recenzentkę, bardzo dosłownie. Tadeusz Boy-Żeleński, wybitny polski krytyk literacki i pisarz podczas przygotowań leksykonu "Młoda Polska. Wybór poezji" w 1938 roku, był przekonany, że Komornicka nie żyje. Wydzwaniał do znajomych, by poznać datę jej śmierci. Pisał kiedyś: "Nikt nigdy nie powstrzyma nas od interesowania się życiem genialnego człowieka. Można by powiedzieć, że on sam jest dziełem sztuki, że życie jego jest poematem czy powieścią, że on sam jest cudem". Tymczasem Piotr Włast w ciele Marii żył i tworzył do połowy lat 40. XX wieku. Plotka o śmierci potrzebna była jego rodzinie, która nie pozwalała mu pokazywać się światu. Krewni schowali go przed ludźmi w rodzinnym majątku w Grabowie nad Pilicą, wstydząc się za jego domniemany obłęd. Wówczas nie zdawali sobie sprawy, że Maria/Piotr zostanie jedną z pierwszych ikon polskiego świata LGBT. Że mówić o niej/o nim jako o artystce, która wyprzedziła swoją epokę. Że na słowa opublikowane w przedmowie jej debiutanckiego tomu opowiadań "Szkice" powoływać się będą najważniejsze postaci świata literackiego.
Pierwsze i drugie piętno
Maria przyszła na świat 25 lipca 1876 roku we wspomnianym Grabowie. Jej ojcem był niedoszły prawnik, właściciel majątku, Augustyn Komornicki. Ponieważ jego kariera legła w gruzach, swoje frustracje wyładowywał na dzieciach. Maria była katowana. Pewnej nocy stukł ją niemal do nieprzytomności za to, że płakała i nie pozwalała mu się wyspać. Doświadczenia jakie zaserwował dziewczynie miały zburzyć fundamenty zdrowego rozwoju jej psychiki.



Jednak w całym swoim okrucieństwie, ojciec Marii potrafi docenić jej talent literacki i bardzo w niego inwestował. Dzięki pieniądzom i staraniom ojca Maria w wieku 13 lat wyjechała do Warszawy jako cudowne dziecko. Komornicki nakłonił wówczas literaturoznawcę Piotra Chmielowskiego, by udzielał jej lekcji pisania. Tak Maria zaczęła szlifować warsztat. W wieku 16 lat zadebiutowała na łamach "Gazety Warszawskiej", a dwa lata później wydano wspominane "Szkice" z przedmową, w której Komornicka głosiła potrzebę nowej formy powieściowej, by lepiej wyrazić "potężną i wstrząsającą symfonię duchowego życia".

Bolesław Lutomski – w wielkim skrócie to drugi po ojcu "powód" ciągnący dziewczynę ku depresji, rozpaczy i rozbiciu. Kuzyn poetki, w którym zakochała się bez pamięci, był pierwszym odbiorcą jej utworów. To on wprowadził ją na salony warszawskiego świata literackiego, to on złamał jej nastoletnie serce. Pewnej nocy Maria pogrążona w depresji i myślach samobójczych wybiegła na ulice Warszawy z zamiarem utopienia się w Wiśle. Zatrzymał ją wówczas patrol policyjny i z przekonania, że jest nastoletnią prostytutką, odprowadził do cyrkułu, gdzie prawdopodobnie doszło do gwałtu. Wiele w twórczości Marii wskazuje na to, że zbliżenia erotyczne kojarzyły jej się z czymś bolesnym, upokarzającym i wstrętnym, a znawcy literatury twierdzą, że niechęć do kontaktów cielesnych ma w jej przypadku wiele wspólnego z nocą spędzoną na posterunku.

Śmierć ojca, narodziny emancypantki
Wkrótce po tym wydarzeniu Maria wyjechała na studia do Cambridge. Brzmi świetnie, jednak nie był to jej wolny wybór, lecz decyzja podjęta pod wpływem szantażu ojca, a Camridge nie było wówczas lepszym światem, jak sobie to wyobrażano. Augustyn, który czuwał nad literacką karierą córki uznał, że tragiczny koniec romansu z kuzynem i znajomość z Wacławem Nałkowskim i Cezarym Jellentą (pierwszy był znanym publicystą związanym z socjalistami, ojcem Zofii Nałkowskiej, drugi Żydem) mają na jego córkę zły wpływ i postanowił ją od "źródeł jej kłopotów" odciąć. Postawił jej ultimatum: albo wyjeżdża do Anglii na kolegium dla kobiet, albo wraca do Grabowa. Wybór był dla niej oczywisty, jednak szybko okazało się, że niezbyt dobry.

Jak pisała Maria w tamtym okresie o realiach angielskiej uczelni w pamiętniku-reportażu pod ironicznym tytułem "Raj młodzieży": "rektor ma policyjną władzę aresztowania każdej kobiety, która sama wyjdzie na ulicę wieczorem". Emancypacja tam nie istniała, a sama poetka określiła ją mianem "złotego papieru nakładanego na kajdany". Z relacji wynika, że pod koniec XIX wieku w Camridge kobieta bez męskiego towarzystwa nie mogła nawet wyjść w środku dnia do biblioteki. Do tych przykrych obserwacji na "nie" w stosunku do studiowania w Anglii przyczynili się również ludzie, u których Maria zamieszkała. Mieli nazywać ją nicponiem i darmozjadem.

Wszystko to spowodowało, że Maria wróciła do kraju po pół roku, jednak zamiast udać się do rodziny, zamieszkała u Nałkowskiego, co ludziom dało powody do plotkowania o ich rzekomym romansie. Jej powrót zbiegł się również w czasie z chorobą ojca. Umierał on na zawał, a jej rodzeństwo toczyło bój o podział majątku i wmawiało dziewczynie, że wszystko, co złego przydarzyło się Komornickiemu to jej wina. Konflikt znów zakończył się ze szkodą dla Marii – podczas jednej z kłótni z rodzeństwem, brat wezwał lekarza, by ten zrobił jej zastrzyk uspokajający. To wydarzenie jeszcze przez wiele lat pojawiało się w tekstach Marii jako traumatyczne i upokarzające przeżycie.

Jeszcze tego samego roku, po śmierci ojca, Komornicka, Nałkowski i Jellenta opublikowali manifest "Forpoczty", który był przełomowym w jej karierze dziełem stanowiącym kwintesencję jej życiowej postawy. "Forpoczty" głosiły zwycięstwo "nerwowców" nad "troglodytami", mówiły, że wybitne jednostki zawsze triumfują nad "bezmyślną tłuszczą", co oznaczało wyższość tych, którzy walczą z istniejącymi stosunkami społecznymi i obyczajowymi: kapitalizmem i zniewoleniem kobiet. O Komornickiej zrobiło się głośno, a jej przyjaciel Jellenta pisał: "Skąd się wziął ten genialny gnom w spódnicy, ta żywa puszka Pandory: szyderstw, ironii, parodii i karykatur, ta staroszlachecka, słowiańska boginka (...), paradoksalna mieszanina buty i naiwności życiowej, zgrzytliwości i słodyczy niewymownej". Niemal z dnia na dzień jej nazwisko stało się jednym z najważniejszych wśród radykalnej inteligencji warszawskiej. Mówiono o niej "głos pokolenia", choć nie brakowało też potępienia – gdy wybrała się w zagraniczną podróż z Jellentą w kręgach ziemiańskich nazywano ją skandalistką.

Niebezpieczny związek Marii
Maria, mimo że jej uroda nie zachwycała (Jan Lorentowicz, publicysta i krytyk teatralny pisał: "urody była miernej. Drobna, ubrana skromnie, wywierała wrażenie raczej młodego chłopca, co jeszcze bardziej podkreślały krótkie, po męsku ostrzyżone włosy, dość rzadkie w owych czasach u kobiet") przyciągała mężczyzn jak magnes i potrafiła owinąć sobie każdego wokół palca. 1987 roku poznała dziesięć lat starszego poetę Jana Lemańskiego, który stracił dla Komornickiej głowę. Był zakochany i zaborczy – podobno gdy widział, że rozmawia ona z innymi mężczyznami w restauracji, chwycił dwa noże i ocierając je o siebie, szeptał cicho: "po gardziołku, po gardziołku...".

Rok później Maria i Jan, choć różniło ich naprawdę wiele, pobrali się. Ona na bakier z religią, on przed ślubem chodził do konfesjonału dwa razy. Ona – ikona postawy antyfilisterskiej [filister – dawniej członek korporacji akademickiej niebędący studentem, dziś człowiek ograniczony, bez wyższych aspiracji, o zakłamanej moralności – przyp. red.], on – urzędnik (w czasach zaborów bycie urzędnikiem tnie było zbyt chlubnym zajęciem). Wiele jednak wskazywało, że łączyło ich silne uczucie. Podczas podróży poślubnej do Galicji, w Krakowie na Plantach Lemańskiego poniosło. Gdy wraz z kuzynem Marii, Juliuszem Oszackim, wracali z restauracji nagle dostał szału, bo wydawało mu się, że jego żona flirtuje z krewnym. Wówczas chwycił broń i strzelił w kierunku rzekomych kochanków kilka razy. Trafił Marię w bark. Mimo to w sądzie zeznawała ona na korzyść Lemańskiego, jedną z kul po wyciągnięciu kazała oprawić i zrobiła z niej brelok, a gdy ten odsiadywał wyrok, przychodziła pod okno więziennej celi i wrzucała mu do niej kasztany. Tragiczne wydarzenia zdawały się więc zbliżyć parę. Niedługo potem ruszyli w podróż po Europie i znów zdarzyło się coś, co wprawiło w osłupienie rodzinę, znajomych i przyjaciół.

Lemański poważnie zachorował. Wówczas Maria poprosiła matkę i brata o pieniądze na operację dla męża i gdy dostała od nich finansowe wsparcie... większość przegrała w kasynie. Małżeństwo wróciło w separacji i najprawdopodobniej nie była to decyzja obojga. Z późniejszych utworów Lemańskiego przebija żywa nienawiść do kobiet. Można powiedzieć, że w pewnym sensie z postawy Marii powoli zaczęło się sączyć to samo uczucie...

Powolna przemiana
Po rozpadzie małżeństwa w 1900 roku Maria zajęła się głównie pisaniem. Publikowała w krakowskim "Życiu" i warszawskim "Głosie", rozpoczęła współpracę ze znaną "Chimerą", gdzie można było czytać recenzje jej autorstwa. Na salonach zaczęła być postrzegana jako ekscentryczka, dziwaczka z trudnym charakterem. Był to również czas, w którym po raz pierwszy podpisała się pseudonimem "Piotr Włast". Nazwisko to podsunęła jej matka. Maria nie chciała recenzować jako Komornicka, ponieważ jej zdaniem utwory te nie były twórczością oryginalną, a "Piotr Włast" wydawał się odpowiedni. Postać o tym nazwisku istniała naprawdę. Włast był XII-wiecznym palatynem Bolesława Krzywoustego, uważano go też za protoplastę rodu Dunin-Wąsowiczów. Nikt jednak nie spodziewał się, że nazwisko to zostanie z Marią na zawsze i już niebawem stanie się znacznikiem jej nowej tożsamości. Wraz z publikacją autobiograficznej powieści "Biesy" w 1903 roku Maria przyznała się do osobistej klęski: "Umiałam tylko tworzyć i niszczyć. Kochać nie umiałam".

W tym samym roku wyjechała do Paryża studiować poezję Mickiewicza i Słowackiego, a konkretnie mesjanizm w ich utworach. Ze względu na jej dotychczasowy stosunek do religii, nie był to oczywisty wybór. Jednak od czasu rozstania z mężem była to kolejna rzecz, która radykalnie się zmieniła. "Pani Maria Komornicka znajduje się obecnie w stanie tak silnego rozdrażnienia czy też wyczerpania nerwowego, że zachodzą poważne obawy o jej zdrowie i stan umysłu. Piszę pod świeżym wrażeniem zachowania pani K. dzisiaj w Bibliotece (między innymi dwa razy klękała do odmawiania modlitw w sali publicznej" – tej treści list w charakterze skargi otrzymał redaktor naczelny "Chimery" od jednego z pracowników Biblioteki Polskiej w Paryżu.
Niedługo potem zaczęły krążyć plotki, że Maria oszalała – miała oblewać pracowników biblioteki zimną wodą, a sama miała cierpieć z powodu omamów, którym towarzyszył histeryczny krzyk. W związku z niepokojącymi wieściami, jakie docierały do rodziny Marii, w Paryżu odwiedziła ją matka, która zdecydowała się umieścić córkę w zakładzie psychiatrycznym we Francji. Zdawało się, że poetka stanęła na nogi – wróciła do pisania dla "Chimery". Jednak "poprawę" przerwała decyzja o... usunięciu sobie wszystkich zębów. Rozważa się, że jej motyw był inny niż szaleństwo – docierało do niej, że w głębi duszy jest mężczyzną, do którego pragnęła również fizycznie się upodobnić. W 1907 roku po powrocie do Polski pisała: "że jej coś się w głowie stało i że do normy jej umysł już nie wróci". Wydarzenia te był zapowiedzią tego kluczowego – czerwcowej nocy w poznańskim hotelu Bazar.

30-letnie życie Piotra
Pierwsze siedem lat życia Piotr Włast spędził w różnych zakładach psychiatrycznych. Nie interesowała się nim rodzina, co było wyraźnym sygnałem odrzucenia. Piotr przeżywał to i próbował umotywować w listach do matki swoje "szaleńcze" zachowanie: "Żądam opuszczenia nędznego miejsca wariata w tym zakładzie. Mój niedorozwój płciowy nie jest powodem dręczenia mego ducha, który jest zdrowy i potrzebuje pola działania. (...) Proszę Cię więc, droga Matko, nie zwlekaj z wyprowadzeniem mnie z tutejszej matni. (...) A ja, choćbym do śmierci miał nie dowiedzieć się gruntu tej całej tajemniczości, przecie wariatem nigdy nie będę, choćbyście spiętrzyli nade mną cały stos "dowodów" najautentyczniejszych."
Na niewiele się to zdało. Piotr wrócił do rodzinnego Grabowa tylko dlatego, że wybuchła I wojna światowa i tak jak reszta pacjentów, został wypuszczony i przywieziony pod wskazany adres. Rodzina przyjęła go, jednak rozkazała mieszkać w małym pokoju na strychu. W ukryciu przed ludźmi, bez kontaktu ze światem, pod warunkiem, że nie wyda się, że Piotr był kiedyś Marią... W tych okolicznościach przez kilka lat powstawało najważniejsze dzieło Piotra Własta poświęcone jego matce "Xsięga poezji idyllicznej".

II wojna światowa zmusiła rodzinę do opuszczenia Grabowa, a po 45. roku Piotr trafił do zakonnego przytułku z powodu choroby. Zmarł w 1949 roku, jak na ironię, w Dzień Kobiet. Ostatni list do siostry podpisał imieniem "Maria" i użył w nim żeńskiej formy gramatycznej.

***
Nie ma jednego wniosku czy jednej diagnozy, która określałaby co się działo z Marią/Piotrem przez 73 lata jej/jego życia. Maria być może chorowała na schizofrenię, jednak w zachowaniu Piotra brak jest jakichkolwiek objawów tej choroby. Z drugiej strony – światopoglądy Marii i Piotra mocno się od siebie różnią. Na przykład Piotr miał pozytywny stosunek do macierzyństwa, a Maria wręcz przeciwnie. Łączyła ich za to niechęć do mężczyzn. Pytanie czy różnice te wynikają z choroby czy np. dojrzewania. I kolejne: czy żeńska forma gramatyczna i ostatni podpis pod listem jest dowodem na rozdwojenie jaźni, gestem skierowanym do siostry, który miał przypomnieć dawne czasy czy może sugestią, że Piotr w obliczu ostatecznego pożegnania znów poczuł się Marią...? Prof. Maria Janion dopatruje się w życiorysie Komornickiej silnej motywacji do emancypacji. Janion twierdzi, że poetka mogła tak mocno pragnąć wyzwolenia kobiet, że sama porzuciła swoją kobiecość, uznając, że kobietą się po prostu nie opłaca być. "Mężczyzna może poznać pełnię życia, bo w nim żyje jednocześnie mężczyzna i człowiek. Dla kobiety zostaje tylko ułamek życia – musi być albo człowiekiem, albo kobietą" - pisała przed przemianą Komornicka.

Możliwe też, że Komornicka była transseksualistką i jednocześnie ofiarą czasów, w których żyła nie tylko dlatego, że do emancypacji było światu wciąż bardzo daleko. Piotr Włast nie mógł nawet pomarzyć o operacji zmiany płci. Ludzie o trannseksualizmie nie wiedzieli nic, łącznie z samą Marią, zatem przyszło jej się zmierzyć z czymś, co dotyczyło jej bezpośrednio, a czego nie znała i nie znał wówczas nikt. A może przemiana Marii w Piotra była aktem autoagresji, która swoje źródło ma w traumatycznych wydarzeniach z dzieciństwa? Tak czy inaczej Maria Komornicka i Piotr Włast w jednej osobie pozostaną nierozwiązywalną fascynującą zagadką, gdyż wszystko, co dziś możemy zrobić, to próbować interpretować jej/jego słowo pisane.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...