Absurdy wakacyjnej komunikacji miejskiej. Skąd pomysł, że ludzie latem nie potrzebują autobusów i tramwajów?

Przewoźnicy twierdzą, ze latem mają mniej chętnych do podróży, więc utrudniają życie tym, którzy dalej korzystają z komunikacji miejskiej.
Przewoźnicy twierdzą, ze latem mają mniej chętnych do podróży, więc utrudniają życie tym, którzy dalej korzystają z komunikacji miejskiej. Fot. Facebook/MordorNaDomaniewskiej
Co roku ten sam problem. Kończy się rok szkolny, w całej Polsce znikają linie autobusowe czy tramwajowe. Jak gdyby ludzie nagle znikali z miast. Otóż nie. Nie znikają. Tak samo jeżdżą do pracy. I męczą się w zatłoczonych pojazdach jeszcze bardziej, niż zwykle. A potem narasta ich frustracja – słychać ją na ulicach i widać ją w internecie.

Można powiedzieć, że dzieje się jak zwykle. W samej Warszawie na czas wakacji zawieszono siedem linii tramwajowych i praktycznie każdej zmieniono częstotliwość kursowania. Kilku liniom z 4 na 6 minut, a aż kilkunastu z 8 na 12 minut. Czyli jak się spóźnisz na tramwaj do pracy, w wielu przypadkach masz praktycznie kwadrans w plecy. Jakby tego było mało, wiele linii zmieniło trasy.



Podobnie jest z autobusami. Znika kilkanaście linii autobusowych, a kilkadziesiąt otrzymuje wakacyjny (czyt. rzadszy) rozkład. Także metro jeździ rzadziej – na najbardziej obciążonej pierwszej linii składy podjeżdżają na kolejne stacje w godzinach szczytu o pół minuty rzadziej.

I nawet nie myślcie, że to tylko warszawska specjalność. Podobne rozwiązania można spotkać w każdym polskim mieście, w którym funkcjonuje komunikacja miejska. "MZK Puławy informuje, że od 24 czerwca 2017 do 31 sierpnia 2017 obowiązuje w dni powszednie rozkład dla ferii i wakacji" – czytamy na stronie przewoźnika autobusowego w niewielkim mieście na Lubelszczyźnie.

To samo dzieje się np. we Wrocławiu. "W okresie wakacyjnym tj. w dnia od 2 lipca 2017 roku do 25 sierpnia 2017 roku z uwagi na mniejsze zapotrzebowanie przewozowe, część linii autobusowych i wszystkie linie tramwajowe będą kursowały wg wakacyjnych rozkładów jazdy uwzględniających mniejszą liczbę kursów w godzinach szczytowych" – czytamy na stronie wrocławskiego MPK. Przykłady naturalnie można mnożyć niemal bez końca.

Droga przez mękę do pracy
W samej stolicy w tym roku najbardziej chyba "oberwali" mieszkańcy Bródna. Linie 4 i 25 zniknęły całkowicie, trasę "trójki" skrócono i nie opuszcza ona warszawskiej Pragi-Północ, a tramwaj numer 1 będzie kursował rzadziej. W zamian mieszkańcy dostali jedną (!) nową linię, która przejedzie z Annopola aż na Bemowo. Oczywiście rzadko. W szczycie raptem co dwanaście minut.

– Jeszcze miesiąc temu po prostu wychodziłam na przystanek. W zależności od tego, co podjeżdżało, w różny sposób mogłam się dostać na drugą stronę Wisły. W miarę komfortowo i szybko. Teraz, choć są wakacje i niby jest mniejszy ruch, muszę wyjść z domu dziesięć minut wcześniej, żeby zdążyć do pracy na "Mordor" – opowiada mi Natalia, która mieszka po prawej stronie Wisły w stolicy.
Dla tych, którzy nie znają Warszawy, ta trasa to kilkanaście kilometrów w linii prostej. A jeszcze trzeba pokonać rzekę. I kiedy już Natalia nastoi się w ścisku w metrze, wysiądzie na stacji Wierzbno. Tam wsiądzie do tramwaju na słynnej linii 31. A może raczej owianej złą sławą – bo to najkrótsza linia w stolicy (kilka miesięcy temu ją skrócono) i chyba najbardziej zatłoczona, bo to tym tramwajem poruszają się hordy pracowników warszawskiego zagłębia biurowego.

– Oczywiście "31" też jeździ rzadziej, niż normalnie. W szczycie obniżyli kursowanie do sześciu minut. Z metra wylewają się ludzie dwa razy częściej. W efekcie czasami nie mieścimy się na przystanku, niektórzy jadą dalej, na Wilanowską, i do "Mordoru" spacerują na piechotę – podsumowuje.

Trudny żywot turysty
Oczywiście każdy z tych przewoźników zachwala swoją wakacyjną ofertę, gdyż ta zawsze jest dostosowana do potrzeb turystów. I tak dla przykładu ZTM w Lublinie chwali się, że na okres wakacyjny wydłuża trasę czterech linii, które obsługują Zalew Zemborzycki, tradycyjne miejsce wypoczynku mieszkańców Lublina nad wodą.

Podobnie jest w Warszawie. Mieszkańców stolicy w weekendy częściej dowiozą nad Zalew Zegrzyński autobusy linii 735. A na dodatek w piątkową i sobotnią noc tramwaje będą dłużej jeździć przez centrum, co jest dużym ukłonem dla tych, którzy imprezują nad Wisłą.

– Cieszę się, że komuś będzie łatwiej dojechać nad Zegrze. Pomijając fakt, że jest tam za dużo ludzi, a i tak wszyscy jeżdżą samochodami, bo to kawał drogi – mówi mi Paulina mieszkająca na Woli. – Szkoda tylko, że linie znikają w mieście. Miałam tramwaj na starówkę, teraz już nie mam – dodaje. I rzeczywiście – tramwaj linii 26, wożący mieszkańców Bemowa i Woli, przez Stare Miasto, aż na drugą stronę Wisły, ma skróconą trasę. Teraz kończy się ona... jeden przystanek przed starówką. Niby jeden, ale odległość jest dość duża.

– Niby jak byłam tam ostatnio, stał autobus zastępczy. Nie wiem, czy jest zgrany z tramwajem. Wiem za to, że w autobusie mieści się mniej osób niż w tramwaju. A na dodatek był już zapchany ludźmi, którzy wylali się z metra. Ja się zmieściłam, inni nie.

Niezadowolenie narasta, ale wymówka ta co zawsze
I tak co roku. Przewoźnicy są z siebie zadowoleni, a pasażerowie – co najmniej zirytowani. Zresztą, wystarczy zajrzeć na Facebooka stołecznego Zarządu Transportu Miejskiego. Pod wpisem o letnich zmianach posypało się kilkadziesiąt komentarzy. Praktycznie wszystkie negatywne wobec zmian. Pytanie ile było wulgarnych, bo fanpage jest aktywnie moderowany.

"Szanowny ZTM, czy stawiając 1 (słownie jeden) autobus co 8 min, a zabierając 4 tramwaje z ulicy obozowej (pisownia oryginalna – red.) ktoś poczynił obliczenia ile w tym jednym autobusie będzie ludzi? Okres wakacyjny obowiązuje tylko dzieci, a reszta jakoś do pracy musi się dostać dodatkowo powrót linia Z3 o godzinie 17 zamiast 7 minut trwa 40 bo zostało zamknięte wszystko co się dało. Gratuluję! Trzymajcie tak dalej" – pisze internautka. A inna dodaje: "LINIA 31 – MORDOR- zmniejszenie częstotliwości kursowania tramwajów w porannych i popołudniowych godzinach szczytów to absurd. To, co od wczoraj dzieje się na przystankach, gdy tramwaje kursują co 5-6 minut jest godne pożałowania. Chyba ponad połowa mordoru musiałaby wziąć urlop na całe wakacje, żeby taka zmiana była uzasadniona. Mam nadzieję, że ZTM doda więcej połączeń, ponieważ w takich warunkach nie da się dojeżdżać do pracy przez 2 miesiące".
Ale co roku w całej Polsce odpowiedź jest taka sama. Mniejsza praca przewozowa i letnie remonty dróg. Te argumenty można w zasadzie zrozumieć – żadne przedsiębiorstwo komunikacyjne nie chce wozić powietrza, bo to kosztuje.

Tylko cięcia najczęściej odbywają się w stopniu tak dużym, że najbardziej cierpią ci pozostali pasażerowie. Nie jest tak, że w wakacje wszyscy magicznie znikają, jak uczniowie czy studenci. Nie każdy ma dwa miesiące wolnego. Większość jak już znika z miasta, to na dwa tygodnie. A przez resztę wakacji próbuje dostać się do pracy.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...