Od ponadpartyjnej uroczystości do pokrzykiwań z drabinki. Jak ewoluowały "miesięcznice" PiS

6. "miesięcznica" katastrofy smoleńskiej, czyli 10 października 2010 r. Już wtedy poseł Jarosław Kaczyński "dochodził do prawdy", ale nieco ciszej i z mniejszą asystą policji.
6. "miesięcznica" katastrofy smoleńskiej, czyli 10 października 2010 r. Już wtedy poseł Jarosław Kaczyński "dochodził do prawdy", ale nieco ciszej i z mniejszą asystą policji. fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Równo miesiąc po katastrofie lotniczej w Smoleńsku, czyli 10 maja 2010 r., pod Pałacem Prezydenckim odbyła się godna, ponadpartyjna uroczystość złożenia wieńców. Nie było drabinki, nie było pokrzykiwań o "dochodzeniu do prawdy" i setek policjantów, rezerwujących Krakowskie Przedmieście dla jednej partii. Potem zaczęły się pisowskie miesięcznice.

Na tej pierwszej, skromnej lecz godnej uroczystości, obecni byli przedstawiciele PSL, Stronnictwa Demokratycznego, Polski Plus i oczywiście PiS. "Rzecznik klubu PiS Mariusz Błaszczak powiedział, że jego klub wystąpił z formalnym zaproszeniem do innych klubów i kół, na poniedziałkową uroczystość przed Pałacem Prezydenckim" – informował lakonicznie PiS na swojej stronie internetowej. Platforma nie skorzystała z zaproszenia, ale ci, którzy przybyli, mieli ze sobą 96 róż.
Dokładnie siedem lat później, 10 maja 2017 r., poseł Kaczyński wykrzyczał w stronę Obywateli RP, nie zgadzających się na przymusowe ekshumacje i upartyjnianie katastrofy, że białe róże to symbol nienawiści i głupoty. Wtedy jednak, w maju 2010 r., kwiaty nadal jeszcze symbolizowały życie i piękno, a słowo "miesięcznica" było w powszechnym użytku wśród zakochanych świętujących pierwszy miesiąc związku. To wszystko już wkrótce miało się zmienić.



Wiec cykliczny
Nie wiadomo, kto pierwszy wpadł na pomysł, by zinstytucjonalizować "miesięcznice", łącząc elementy katolickie z partyjnymi. Być może było tak jak z pochówkiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu – pomysł wypączkował niezależnie w kilku głowach. Być może zrodził się w jednej. Niezależnie od okoliczności, efekt był ten sam. Każdy dziesiąty dzień miesiąca był odtąd poświęcony deklaratywnie "dochodzeniu do prawdy", a w rzeczywistości dochodzeniu do władzy przez PiS.

Już w listopadzie 2010 r., gdy "apel smoleński" Macierewicza mógł być najwyżej w planach, Jarosław Kaczyński mówił o "poległych" w Smoleńsku, jednak do prawdy jeszcze nie dochodził, tylko jej bronił. Przed kim lub przed czym? Przed "całym szeregiem operacji zmierzających do tego, aby przestano zajmować się katastrofą w Smoleńsku". Państwowe śledztwo dotyczące przyczyn katastrofy smoleńskiej jeszcze trwało, a w Sejmie działał zespół Macierewicza.
Na jednym z pierwszych spotkań poseł Antoni Macierewicz rozdał kolegom, koleżankom i pogrążonym w żałobie rodzinom wydruk wpisów z internetu, zebranych w tzw. zeszytach smoleńskich, lansujących różnego rodzaju teorie spiskowe, często wzajemnie sprzecznie. Dzisiejszy minister obrony narodowej publicznie zastrzegł, że nie bierze za nie odpowiedzialności. To nie zmieniło się do dziś.
Tymczasem Jarosław Kaczyński miesiąc po miesiącu, wraz z członkami i członkiniami partii, oraz związanymi z nią klubami "Gazety Polskiej", po uroczystej mszy brał udział w "pochodzie procesyjnym" do Pałacu Prezydenckiego. To charakterystyczne określenie, użyte przez szefa PiS już w listopadzie 2010 r., dowodzi, że elementy ideologii partyjnej i religijnej mieszał od samego początku. Podczas tej pisowskiej procesji rozmodleni działacze skandowali jak litanię "Komorowski do Moskwy!". Dziś uczestniczki i uczestnicy kontrmiesięcznic są oskarżani o nienawiść do pamięci o 96 ofiarach katastrofy.
Święty zamach
Udział księży rzymskokatolickich w partyjnych wiecach był już tylko wisienką na torcie. Jednak mieszanie się partii i religii działało także w drugą stronę. Podczas katolickich nabożeństw, które stanowią żelazny punkt programu miesięcznic, duchowni nie raz wygłaszali z ambony płomienne, antynaukowe wystąpienia, których nie powstydziliby się politycy PiS.
Podczas 45. miesięcznicy ks. Chrostowski, teolog, grzmiał w kościele na profesora, który uraził jego uczucia (religijne? partyjne? zamachowe?) stwierdzeniem, że katastrofa smoleńska była banalnym wypadkiem lotniczym.
ks. Waldemar Chrostowski
kazanie (przemówienie?) na mszy podczas miesięcznicy 10 stycznia 2014 r.

"Oto profesor socjologii, honorowy rektor jednej z uczelni powiedział: 'Część Polaków nie potrafi przyjąć do wiadomości, że prezydent RP i elita władzy zginęli w banalnym wypadku lotniczym'. (...) Cały ten dramat został skwitowany określeniem 'banalny wypadek lotniczy'".

Banalnym - tego profesor już nie rozwinął – bo zdarzał się na tyle często, że dorobił się własnego skrótu, czyli CFIT (ang. controlled flight into terrain = kontrolowany lot ku ziemi). Jednocześnie ksiądz zaprotestował przeciwko używaniu określenia "sekta smoleńska". Wszak zamachowe fantazje i urojenia o zbrodni nie mają nic wspólnego z religią.

"To jest język ulicy i to tej nie najlepszej, to jest język publicystów i to tych stojących na usługach władzy, ale to nie jest język nauki, to nie jest język uniwersytetu, to nie jest język akademii, to nie jest język profesora" – mówił z ambony do członków PiS, którzy potem pomaszerowali pod Pałac w "pochodzie procesyjnym", by "dochodzić do prawdy" i "zwyciężać", także w wyborach, pod znakiem krzyża i transparentów o zamachu.
Co stało się w Smoleńsku?

Specjalnie dla Natemat.pl światowej klasy eksperci wyjaśniają co stało się w Smoleńsku.

Opublikowany przez WIDEO natemat.pl na 10 kwietnia 2017
"Jedno zwycięstwo nie wystarczy"
Równo dwa lata temu, 10 lipca 2015 r., podczas uroczystości poświęconej teoretycznie wspominaniu 96 ofiar katastrofy lotniczej, poseł Jarosław Kaczyński w ledwie skrywany sposób agitował za głosowaniem na PiS w wyborach parlamentarnych. Uczestnicy pisowskiej miesięcznicy byli niesieni entuzjazmem – drugą turę wyborów prezydenckich wygrał ich kandydat, Andrzej Duda.

"Jedno zwycięstwo, choć bardzo ważne, nie wystarczy. Musimy zwyciężyć ostatecznie!" – krzyczał szef PiS-u, podobno w ramach upamiętnienia wszystkich, zróżnicowanych politycznie ofiar katastrofy. 25 października 2015 roku jego partia wygrała wybory i postanowiła sobie zaklepać Krakowskie Przedmieście każdego 10-tego do końca świata i o jeden dzień dłużej. W tym celu ograniczyła wolność zgromadzeń, a ustawę zaakceptował bezprawnie przejęty Trybunał, dawniej zwany Konstytucyjnym.
Kontra
Od tego czasu pisowskie miesięcznice, dawniej zbywane wzruszeniem ramionami lub antropologiczną ciekawością, zaczęły budzić społeczny opór. Partia, która w pierwszych dniach po przejęciu władzy usunęła z rządowej strony internetowej państwowy raport o przyczynach katastrofy smoleńskiej, zajęła się przymusowymi ekshumacjami ofiar katastrofy.

Część rodzin nie chce się pogodzić z rozkopywaniem grobów ich bliskich – w ich obronie stanęli Obywatele RP, którzy z białymi różami zaczęli pojawiać się 10-tego na Krakowskim Przedmieściu. Nie przestali przychodzić nawet wtedy, gdy PiS ograniczył wolność zgromadzeń za pomocą nowej ustawy.
DRYJAŃSKA naTemat odc. 24

Amnesty International Polska jest zaniepokojone działaniami policji

Opublikowany przez WIDEO natemat.pl na 7 lipca 2017
Różne, obywatelskie grupy są usuwane z legalnych, sądowo potwierdzonych pokojowych zgromadzeń w różnych punktach Krakowskiego Przedmieścia przez podległą rządowi PiS policję. Nieprawomyślną część suwerena zasłania przed wzrokiem posła Kaczyńskiego potężny, miesięcznicowy transparent, a zagłuszają silne głośniki. Jednak to nie wystarcza. Kontrmanifestanci są jednak słyszalni. Zdenerwowany poseł Kaczyński wygraża i krzyczy. Dziś po raz 87. nie dojdzie do prawdy, że latanie między drzewami we mgle grozi śmiercią.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...