"Wierzę, że jesteśmy pomocnym i otwartym narodem". O zbiórce na leczenie pani Swietłany rozmawiamy z jej organizatorem

Swietłana wyskoczyła 4 piętra po tym, jak została wielokrotnie zgwałcona i pobita. Na leczeni potrzeba było 100 tysięcy złotych. W czasie zbiórki zebrano ponad ćwierć miliona złotych.
Swietłana wyskoczyła 4 piętra po tym, jak została wielokrotnie zgwałcona i pobita. Na leczeni potrzeba było 100 tysięcy złotych. W czasie zbiórki zebrano ponad ćwierć miliona złotych. Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Udało się zebrać ponad 250 tysięcy złotych na leczenie Swietłany, Mołdawianki, która blisko miesiąc temu wyskoczyła z okna mieszkania po tym, jak została wielokrotnie zgwałcona i pobita. Pieniądze zebrano trochę ponad 24 godziny. Jaki jest więc nasz stosunek do cudzoziemców i dlaczego ta akcja zyskała taki odzew?

Historię Swietłany opisała Gazeta Wyborcza. Przypomnijmy, 34 letnia kobieta miała zarobić na remont domu na kaszubskiej plantacji truskawek. Oferta pracy okazał się oszustwem, a Swietłana próbowała znaleźć pracę w gdyńskiej gastronomii. Po kilku dniach nieudanych poszukiwań, kilka nocy spędziła w schronisku dla bezdomnych kobiet i poprosiła taksówkarza, żeby odwiózł ją z powrotem na Kaszuby. Ten jednak przekonał ją, że podróż będzie droga, i zaproponował pokój w zamian za sprzątanie. I to był początek gehenny. Taksówkarz wraz ze swoim ukraińskim kolegą, bili ją i gwałcili przez całą noc. Nad ranem Swietłana nie wytrzymała i wyskoczyła z okna mieszkania na czwartym piętrze. Do szpitala trafiła ze złamanymi nogą i obojczykiem, popękaną miednicą, obrzękiem mózgu i stłuczonymi narządami wewnętrznymi.



Leczenie, a przede wszystkim zrekonstruowanie miednicy tak, aby Mołdawianka mogła chodzić to koszt ponad 100 tysięcy złotych. Z pomocą przyszedł Urząd Miasta Gdańska, wojewoda, NFZ, prokuratura i Fundacja Gdańska. Ta ostatnia właśnie zamknęła akcję zbierania pieniędzy na leczenie. Zebrano ponad 253 tysiące złotych. Jak informuje Fundacja, odnotowano prawie 2500 wpłat. Najmniejsza to 5 zł, największa 2500 zł. Średnia na jednego wpłacającego to 90 zł.
Fundacja Gdańska

Udało się! O godz. 17 została zablokowana możliwość wpłat. Na ten moment została osiągnięta kwota ponad 253 000 zł, która pokryje koszty związanie z leczeniem, rehabilitacją i wsparciem dla p. Svietlany. Założona kwota podstawowa oraz kwota nadwyżki, które zostały przekazane przez darczyńców, zostaną celowo wydatkowane na działania poprawienia zdrowia i sytuacji p. Svietlany. Dziękujemy bardzo za każde zaangażowanie i nieocenioną pomoc. Czytaj więcej

Skąd tak wielkie zainteresowanie akcją i taka szybka reakcja? Co dalej ze Swietłaną, która według polskiego prawa, po 90 dniach pobytu powinna opuścić nasz kraj? I wreszcie, jak to jest z Polakami: z jednej strony niechętni obcokrajowcom, z drugiej gotowi na natychmiastową pomoc? Zapytaliśmy o to Piotra Olecha, organizatora zbiórki pieniędzy dla Swietłany, urzędnika gdańskiego urzędu miasta zajmującego się integracją społeczną i cudzoziemcami.

Na początku trzeba pogratulować tak udanej akcji. Jak można skomentować ten sukces. Zebranie ponad ćwierć miliona złotych zajęło trochę ponad dobę?
Bardzo się cieszymy, to jest coś wspaniałego. Ja oczywiście liczyłem no to, że uda nam się zebrać te pieniądze, wierzyłem w ofiarność i solidarność nie tylko mieszkańców Gdańska, Polski, ale też ludzi z zagranicy. Oczywiście, szybkość zebrania tych środków naprawdę nas zaskoczył. Zaskakująca jest też skala tych wpłat. Zastanawialiśmy się czy dostaliśmy jakieś duże wpłaty. Ale najwyższa wpłata to ok. 3000 zł, ale tutaj pomogła masowa skala. Ponad 2,5 tysiąca osób, które wpłaciło, to coś fenomenalnego, coś cudownego.

Jak Pan to zrobił? Zaskakuje skala i czas,w jakim te pieniądze zostały zebrane. Co przyczyniło się do takiego rozpropagowania tej akcji. Portale społecznościowe, poczta pantoflowa?
To jest z pewnością wypadkowa kilku kwestii. Na początku zastanawialiśmy się czy w ogóle upubliczniać zbiórkę pieniędzy, czy zrobić to takim szeptanym sposobem, wśród przyjaciół i znajomych. Ale uznaliśmy, że nie będziemy w stanie zebrać dużej kwoty, a jednocześnie chcemy chronić jej tożsamość. Postanowiliśmy więc umożliwić dostęp do pani Swietłany dziennikarce Gazety Wyborczej, która specjalizuje się w tego typu tematach i mieliśmy pewność, że opis z prawdą i nie będzie godził w dyskrecję i godność pani Swietłany. Tak więc,z pewności pierwszym czynnikiem był dobry artykuł i apel o pomoc w nim zamieszczony. I to już się poniosło, bo ludzie to multiplikowali, myślę, że media społecznościowe i podawanie informacji z ust do ust. Na pewno jest to dramatyczna, poruszająca historia i myślę, ze Polacy są bardzo otwarci i bardzo solidarni, kiedy mają bardzo konkretny cel i potrafią dotknąć tego dramatu. I myślę, że to się udało.

Drugą kwestią z pewnością jest uwiarygodnienie całej zbiórki przez miasto i Fundację Gdańską. My jesteśmy gwarantem tego, ze po pierwsze: nikt tutaj nie pobierze żadnej opłaty czy prowizji i cała ta kwota zostanie przeznaczona na pomoc poszkodowanej i po drugie, że dzięki nam te pieniądze zostaną dobrze wydane. I to też na pewno zadziałało.

Oprócz mobilizacji tysięcy darczyńców, udało się połączyć działania wielu instytucji: miasta, wojewody, NFZ-u, prokuratury. W Polsce bywa z tym bardzo ciężko. Jak się to udało?
Miasto Gdańsk jako jedyne miasto w Polsce ma tak kompleksową politykę w sprawie cudzoziemców i jako jedyne ma systemową politykę zarządzania migracjami na poziomie lokalnym. W pracy nad tą polityką połączyliśmy wiele podmiotów i to się sprawdza. Dotyczy ona nie tylko samych cudzoziemców, ale także naszych społeczności lokalnych. Działamy na płaszczyźnie zapewnienia bezpieczeństwa i zapobieganiu dyskryminacji wobec migrantów. Mamy taką sieć ds. bezpieczeństwa migrantów, gdzie bardzo blisko pracujemy z policją, z prokuraturą, strażą miejską, ze szpitalami. Pomagamy też w nauce języka przez migrantów, w nauce w szkołach, funkcjonuje biuro ds. informacji dla migrantów. Trzeba tez wspomnieć bardzo dobrą współpracę z wojewodą i NFZ-em. My jesteśmy bardzo dobrze zsieciowani i w tej sprawie nie polegało to na pisaniu listów, tylko bezpośrednich telefonach i wzajemnym zaufaniu. Dzięki tej sieci jesteśmy w stanie szybko zorganizować pomoc. To, nad czym tyle pracowaliśmy, zadziałało.

Jak ta inicjatywa miasta działa na poziomie społecznym? Jak ludzie odbierają politykę urzędników wobec cudzoziemców?
Zrobiliśmy w mieście takie badanie w grudniu zeszłego roku i trzeba powiedzieć, ze ponad 70 procent mieszkańców bardzo pozytywnie ocenia obecność cudzoziemców w Gdańsku. Dwadzieścia procent ma do nich stosunek ambiwalentny, a tylko niecałe 10 procent postrzega obecność cudzoziemców w sposób jednoznacznie negatywny. Mamy takie poczucie, że wbrew temu co się mówi, w praktyce Gdańszczanie i Gdańszczanki są na pewno bardzo otwarci, bardzo doceniają cudzoziemców, którzy są wśród nas. Na co dzień spotykamy wiele osób ze wschodu, które u nas pracują. Ale to dzieje się na oddolnie, na poziomie rodzin, szkół, społeczności lokalnych. My jako miasto staramy się usprawnić działanie instytucji, lepiej edukować i pomagać cudzoziemcom. Gdańsk jest wzorem solidarności, pomagamy ofiarom wojen i prześladowań. Uchodźcy są i żyją w Gdańsku, a my nie chcielibyśmy się poddawać jakiejś histerii politycznej. Nas interesuje pragmatyka codziennego życia – cudzoziemcy są wśród nas, uchodźcy ciągle przybywają do Polski, o 120 tysięcy zwiększyła się liczba migrantów w Polsce po przejęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Do tego trzeba dodać osoby przybywające do Polski na wizach, a tych było ponad 1 mln 900 tysięcy. Wszyscy czują obecność cudzoziemców i albo można czarować rzeczywistość i mówić, ze ich nie chcemy, albo zaakceptować ich obecność. Oczywiście, trzeba obserwować czy nie popełniamy błędów Zachodu, w którym traktowano migrantów jako tanią siłę roboczą co doprowadziło do segregacji, gettoizacji i wykluczenia. Ja mam ciągle poczucie, ze my popełniamy dokładnie te same błędy. A cudzoziemcy muszą jak najszybciej stać się członkami naszych społeczności. Dostęp do służby zdrowia, pracy, edukacji pozwoli na pełne zintegrowanie się z nami.

Jak to się ma do wzrastającej niechęci w odniesieniu do cudzoziemców, migrantów, uchodźców, którą obserwujemy w ostatnim czasie?
Ja jestem pełen wiary w to, że 99 procent Polek i Polaków w bezpośrednim kontakcie jest miła, otwarta i bezpośrednia. Ja powiem więcej. Gdyby kryzys uchodźczy nie dział się na Morzu Śródziemnym, we Włoszech i Grecji, a dział się na Morzu Bałtyckim, to taką samą falę solidarności i wsparcia jaką widzimy tam, widzielibyśmy w Polsce. Jestem co do tego przekonany. Bo w praktyce nie różnimy się od innych narodowości. My jesteśmy otwarci, kieruje nami ciekawość i gotowość do niesienia pomocy. A cała ta narracja polityczna nie buduje klimatu do podtrzymywania tych cech. My ciągle trenujemy przyjęcie uchodźców na sucho. My w Gdańsku mamy uchodźców z Kaukazu, z Ruandy, z Bliskiego Wschodu i nie mamy problemów z ich integracją.

Oczywiście nie neguję tego, ze mamy w Polsce do czynienia z narastająca falą nacjonalizmu, ksenofobii, niechęci. Szczególny wzrost nastąpił w przypadkach przemocy na ludności pochodzenia arabskiego. Tego wcześniej nie było. I to jest niebezpieczne.

Czyli nie jest prawdą twierdzenie, że Polacy to zamknięty i nieufny naród?
My jako społeczeństwo mamy problem z zaufaniem, ale dotyczy to zaufania do instytucji, organizacji pozarządowych i przede wszystkim polityków.Ale jeśli chodzi o konkretne przykłady i bezpośredni kontakt, wierzę i wiem, że jesteśmy otwarci i potrafimy pomagać. Wielu z naszych znajomych ze społeczności muzułmańskiej mówi, że ma wśród swoich przyjaciół nacjonalistów, którzy mówią, ze nienawidzą "ciapatych" czy "czarnych". Ale z drugiej strony ci sami ludzie mają serdeczne relacje z przedstawicielami społeczności na przykład arabskich. Okazuje się, ze w jakiś dziwny sposób można to połączyć. To też coś mówi o płytkości tego nacjonalizmu.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...