Mikołaj Stroiński: Ostatnio poproszono mnie, by muzykę z "Wiedźmina" ktoś mógł wykonać na harfie na weselu

Kompozytor Mikołaj Stroiński
Kompozytor Mikołaj Stroiński Fot. Archiwum prywatne
Nad muzyką do "Wiedźmina" pracował prawie dwa lata. Dziś mówi: – "Wiedźmin" był super, ale trzeba iść dalej. Mikołaj Stroiński – kompozytor muzyki do seriali, filmów i gier – siebie porównuje do "architekta", którego można zaprosić do zaaranżowania każdego pomieszczenia. – Jak wynajmujesz mnie do swojego domu, to mi nie wypada okryć się szalem pogardy i powiedzieć: "jak to, nie pozwala mi pani wprowadzić elementów gotyku?". To praca na wynajem, przy okazji zdarza się mniejsza lub większa sposobność bawienia się sztuką – przyznaje.

W jednym z wywiadów Pan, kompozytor muzyki, stwierdził, że czas na słuchanie muzyki ma tylko podczas sprzątania i prowadząc samochód. 



Tak, tylko wtedy mogę jej swobodnie słuchać. Nawet jeśli nic nie robię, to muzyka, którą lubię bywa intensywna, dlatego moja żona przeciwko niej oponuje. Wtedy muszę znaleźć coś, co nam obydwojgu odpowiada. 

Czego Pan słucha dla przyjemności? 

Ostatnio bardzo dużo słucham rocka progresywnego. Jest taki twórca Steven Wilson (m.in. założyciel Porcupine Tree). To trochę nietypowo. Oprócz wymiaru emocjonalnego, jazz i muzyka klasyczna, mają duży wymiar intelektualny. A dzięki rockowi progresywnemu powracam do radości muzycznej z liceum, do gitarowego wyżycia się. 

Zaczynał Pan od jazzu, teraz komponuje Pan muzykę do filmów, seriali i gier, słucha rocka progresywnego. To duża ewolucja. 

Jak nie ma ewolucji, to jest tragedia, i to nie tylko w muzyce. W pewnym momencie trzeba zatrzeć granice, muzyka powinna chwytać za serce, za mózg, za duszę. Niezależnie od rodzaju muzyki, to efekty te są osiągane bardzo podobnymi środkami. Muzyka traci wartość, gdy jest płaska, mało dynamiczna. Tak samo, gdybym mówił do Pani przez cały czas tym samym tonem, to byłoby nudno. A że mówię głośniej, ciszej, robię pauzy, to jest ciekawiej. Tak samo jest w muzyce. Oprócz kwestii intelektualnych, którymi emanuje jazz i muzyka klasyczna, to są mocniejsze uderzenia, zmiany w dynamice, również w rocku. Tylko zamiast saksofonu osiąga się to za pomocą gitary elektronicznej, basu czy perkusji.

Stwierdził Pan, że rzadko słucha w muzyce słów i nie są one w ogóle ważne. W kolejnym wywiadzie przyznał Pan, że największą frajdę miał z muzyki The Beatles, kiedy jeszcze nie znał Pan angielskiego. 

To akurat jest powiązane. Nie słucham słów, bo muzyka traci abstrakcyjny wymiar, gdy ktoś zaczyna mówić. Tak było w przypadku The Beatles. Dla ośmiolatka kawałek "Butterfly" może być faktycznie o motylku, a nie o czyichś powiekach. A gdy już wiadomo, że jest o powiekach, to traci się całą przyjemność z domysłów. Wiem, że przez większość czasu nie zwracałem uwagi na słowa. Natomiast dokonuje się we mnie zmiana. Przychodzi mi pisać piosenki i tak się złapałem. 

Czyli jednak słowo w muzyce jest ważne?


Musi być ważne. Wiem, że dla odbiorcy słowo jest bardzo ważne, bo ludzie chcą, żeby słowa w piosenkach były. 

W Polsce popularna jest muzyka disco polo, w której słowa są, ale czasami nie ma treści. 


Ciężko mi się do tego ustosunkować. Wiem, że disco polo było, jest i będzie. Ludzie mają różne gusta. To nie dla mnie. Ale ja za słowa muszę się poważnie zabrać. Na słowa w muzyce po raz pierwszy zwróciłem uwagę, kiedy na studiach zacząłem słuchać Toma Waitsa, który oprócz tego, że jest aktorem, wspaniałym muzykiem, artystą, to jest poetą. Niestety nie wziąłbym się za pisanie tekstów piosenek. 

Dlaczego? 

Jeżeli robię utwór, to wielorakość interpretacji jest dla mnie niejako tarczą. Zagram cztery dźwięki, to może brzmieć beznadziejnie, ale ja mogę powiedzieć, że taki efekt chciałem osiągnąć. Ale jeżeli napiszę wiersz, pełen rymów częstochowskich, to nie mam żadnej tarczy. Jestem wystawiony na pośmiewisko.


Tworzy Pan muzykę i do filmów, i do seriali, i do gier. Co jest najtrudniejsze? 


Najtrudniejsze jest, by z jednej strony na pierwszym miejscu wspomóc czy to grę, czy to serial, czy to film i muzyką zrobić to, czego to medium wymaga. A z drugiej strony – powiedzieć coś wartościowego muzycznie. To też trening bycia kompozytorem do mediów, żeby poskromić swoje ego i zastosować najprostsze środki wyrazu. To może nie być satysfakcjonujące artystycznie, ale trzeba pamiętać, że najważniejszy jest obraz, to co widzimy na ekranie. 

Czym się różni komponowanie muzyki do serialu od tego do gry?

W grze to wygląda w ten sposób, że dbam o to, jak w danym momencie czuje się gracz. Czy ma się bać, jeśli tak to, jak bardzo w skali od 0 do 10. To tak, jakbym odpowiadał za wystrój pomieszczenia, w którym siedzimy. I decydowałbym o tym, jak człowiek wchodzący do środka ma się czuć: czy niepewnie, czy radośnie, czy tu jest dużo czy mało światła. W grze jest też element muzyki dynamicznie zmieniającej się w zależności od tego, jakie kroki podejmie gracz. Wiem, że pani nie gra, ale mam nadzieję, że rozumie pani co mam na myśli.

Tak, rozumiem, kiedyś grałam w Mario. 


To jeśli Mario spadnie w przepaść, to kończy się przyjemna muzyczka i włącza się muzyczka śmierci. W trochę bardziej zaawansowanych grach, np. w "Wiedźminie" przechodzimy z okolic łąki na cmentarz. I muzyka musi przejść płynnie: jeden utwór w drugi. I żeby gracz nie zauważył tej zmiany, by to wszystko miało muzyczną całość i logikę. W przypadku serialu jesteśmy współodpowiedzialni za opowiedzenie fajnej historii: intrygującej, która jest podróżą emocjonalną odbiorcy. Każdy film, serial powinien mieć emocjonalny wpływ na odbiorcę. Coś w nim po dobrym filmie powinno pozostać. Tak więc jest linia opowieści serialu i filmu, i jest linia muzyczna wokół tego. I one czasami się przecinają, czasami wokół siebie tańczą. Muzyką trzeba dopowiedzieć to, czego nie pokaże sceneria i nie powiedzą w dialogach. I zabrać
odbiorcę w interesującą podróż.
Jak wygląda sam proces komponowania: otrzymuje Pan konkretne wytyczne, brief, scenariusz, informacje jakie emocje ma wywoływać muzyka?


Osobiście nie lubię zaczynać od scenariusza, bo to dla mnie mało inspirujące. Suche litery plus didaskalia. Mnie to w żaden sposób nie natchnie, a istnieje ryzyko, że będę podejmował błędne decyzje. Wolę poczekać na obraz, a najchętniej porozmawiać z reżyserem. On mi opowie to w ciągu godziny, dwóch w taki sposób, że zobaczę jego emocje. Podczas czytania scenariusza, będąc akurat na stronie 84, mogę stracić wątek, który się pojawił na drugiej stornie. Obraz jest przyjemny, ale jeśli muzyka ma opowiedzieć to, czego nie widać na obrazie.

Można komponować muzykę do serialu 1:1, czyli widzimy ucieczkę i robimy "muzykę uciekającą". Ale może być i tak: że mamy scenę zbrodni, podkładamy rzewną muzykę i wtedy widz zastanawia się, jaki jest powód, że ten człowiek morduje tę osobę. Może nie ma wyjścia. 


Technicznie: jak długo trwa komponowanie muzyki np. do 10-odcinkowego serialu? 


Im wcześniej się zacznie, tym lepiej. Realia są takie, że kompozytor wchodzi w czasie postprodukcji, czyli gdy są zrobione zdjęcia i całość jest składana. Zwykle to się zamyka mniej więcej w dwóch miesiącach, licząc z przerwami. Najczęściej jeden odcinek na tydzień.

Później tę muzykę prezentuje Pan reżyserowi i to już koniec pracy? 


To ciągły dialog. Na przykład parę lat temu robiłem muzykę do "Bez tajemnic". Miałem wielką przyjemność pracować z piątką najlepszych polskich reżyserów (do każdego z dwóch sezonów inna piątka). Z każdym z nich wyglądało to inaczej. Albo reżyser podsyłał mi obraz i kazał coś zaproponować, albo konkretnie mówił mi, co mam zrobić. Jeżeli ja coś miałem zaproponować, to albo spotykało się to z aprobatą, albo była prośba o poprawki. To jest absolutnie wpisane w mój zawód. Raczej rzadko zakładam, że pierwsza wersja będzie tą ostateczną. 

Nie ma Pan poczucia, że ktoś uderza w Pana wolność artystyczną?


Nie mam, bo wtedy czuję się, jakby mnie Pani wynajęła jako architekta do swojego domu. Mi nie wypada okryć się szalem pogardy i powiedzieć: "jak to, nie pozwala mi pani wprowadzić elementów gotyku?". To jest praca na wynajem, przy okazji zdarza się mniejsza lub większa sposobność bawienia się sztuką. 

A co jeśli serial, do którego skomponował Pan muzykę, okazuje się klapą? 


Jest to wpisane w mój zawód. Jeśli robi się dużo projektów, to raczej małe są szanse na to, żeby każdy z tych projektów był sukcesem. Są wtopy. Myślę, że kluczem jest to, by wiedzieć, że swoją część roboty zrobiło się jak najlepiej. To jest zawsze podporą, satysfakcją, a w najgorszym wypadku czymś na otarcie łez. 


Wieść miejska niesie, że ma Pan komponować muzykę do serialu Netflixa "Wiedźmin". 


Mogę powiedzieć tyle, że miałem spotkanie w Netfliksie. Ale podobne spotkania mam również w innych miejscach, jak np. Universal, Sony. Takie spotkania są częścią mojej pracy i czasem kończą się angażem, czasem nie.

Wszyscy rozpływają się nad muzyką z "Wiedźmina". I podobno soundtrack z gry był najchętniej słuchanym w grudnia 2016 roku na Spotify. Nie obawia się Pan, że zostanie zapamiętany głównie jako gość, który stworzył muzykę do "Wiedźmina 3: Dziki Gon"?


To była olbrzymia praca, trwała dwa lata. Tak naprawdę zależy mi na tym, by robić jak najlepszą muzykę. "Wiedźmin" był super, ale trzeba iść dalej.

Podobno często Pan sprawdza opinie internautów na swój temat. 


Zdarza mi się to, aczkolwiek na pewno takie opinie nie będą miały wpływu na to, jak w przyszłości będę robił muzykę. Mam niesamowitą satysfakcję, jeżeli uda mi się zasadzić malutką perełkę.

Ma Pan feedback od odbiorców?

Przynajmniej raz w tygodniu dostaję przyjemnego maila od osoby, której nie znam. Ostatnio poproszono mnie o pozwolenie, by muzykę z "Wiedźmina" ktoś mógł wykonać na harfie na weselu. Miejmy nadzieję, że nowożeńcy się po tym nie rozwiodą. 
Mikołaj Stroiński
kompozytor

- Dobry serial z dobrą muzyką, który poleciłby Pan naszym czytelnikom? - pytam.Na pewno "Fargo". Jestem wielkim miłośnikiem tego serialu, muzyka jest obłędna, bardzo mądra. Urzekł mnie jeszcze jeden serial Netflixa - "Ania z Zielonego Wzgórza". Powinien dostać Emmy i Grammy. Cudowny. Zaufałem żonie, stwierdziłem, że jeśli jest na Netfliksie, to może być coś dobrego. I faktycznie, to serial o sierocie, pokazuje jej świat. Przy okazji operując niesamowitą muzyką. Byłem wniebowzięty słuchając tej muzyki.



Cofnijmy się. Zaczął Pan od katowickiej Akademii Muzycznej, później były Boston i Los Angeles. Jak to się ułożyło? 

Mnie całe życie wiodła pasja do muzyki, nawet dużo bardziej, niż potrzeba zrobienia jakiejkolwiek kariery. Chyba w rodzinie mamy taki gen, że skupiamy się na jednej konkretnej rzeczy, a reszta idzie na bok. Dla mnie czymś takim była pianistyka od momentu, kiedy poznałem Oscara Petersona. Zacząłem zgłębiać jazz i wszystkie jego tajniki. To było w katowickiej szkole na fortepianie. Później Berklee College of Music w Bostonie, która ma genialny PR. Na tyle, że człowiek mieszkający pod Warszawą słyszał o niej bardzo dużo i czymś niesamowitym było, by móc się tam dostać. I dostałem się na dwa kierunki: na fortepian jazzowy i kompozycję muzyki filmowej.

Czułem, że kompozycja muzyki jest czymś, co dosyć naturalnie mi przychodzi i pasjonuje. Już kończąc studia wiedziałem, że nie będę jeździł po świecie i dawał koncertów fortepianowych, ale raczej skupię się na kompozycji do mediów. I naturalnym kolejnym przystankiem było Los Angeles. 

Zaczynał Pan jako ghostwriter. Dla kogo Pan komponował? 

Jako student z Polski byłem w pewien sposób ograniczony wizowo. Mogłem przez wiele lat pracować tylko dla jednego, dwóch pracodawców. Trafiłem do pewnego studia, gdzie na początku byłem asystentem, ale w miarę szybko przekonali się, że kompozycja przychodzi mi dosyć łatwo. Zacząłem prawie od razu, miesiąc czy dwa po ukończeniu uczelni już komponowałem dla amerykańskiej telewizji. Na początku było "wow", a potem zaczęło się tego robić bardzo dużo. Pracowałem tak kilka lat i skomponowałem ponad 7 tys. utworów. Działałem jak fabryka. 

W tak zwanym międzyczasie z pieniędzy z ghostwritingu zacząłem budować swoje studio i pracować na swoje nazwisko. Później przyszedł czas na kolejne rozdziały. Jeżeli chodzi o istotę ghostwritingu, to jest to dosyć przyjemne. Bierze się to z tego, że kompozytor ma nadmiar pracy i na zasadzie układu finansowego. Dla człowieka, który dopiero co ukończył uczelnię, możliwość komponowania muzyki do CBS, NBC, ABC, FOX, SPIKE TV, Discovery Channel, HBO, SC, to było coś niesamowitego. Poza tym, to się przekładało na zyski i tantiemy. 

Ciężko było się przebić młodemu Polakowi? 

Nadal muszę walczyć. Konkurencja jest ogromna. Mówi się, że w Los Angeles jest między 10 a 20 tys. kompozytorów. Wiem, że moje nazwisko jest tam już rozpoznawane. 

Czuje się Pan częścią tamtej społeczności?


Tak, jak najbardziej. Miałem ostatnio spotkanie w kręgach tamtejszych kompozytorów, miło było mi usłyszeć, że jestem znany jako A-list composer. Zajęło mi parę chwil, żeby to strawić. Ale podziękowałem i przyjąłem. Czuję się częścią tamtej społeczności.

Pracował Pan z Wojciechem Smarzowskim, Agnieszką Holland, a także z reżyserami zza oceanu. Czym się różni ta współpraca? 


Jeżeli mamy do czynienia z reżyserem kalibru Smarzowskiego, Holland, są to ludzie z bardzo klarowną wizją. Pracując z nimi czuję, że się rozwijam. Ponieważ ta wizja jest bardzo precyzyjna, to jest też bardziej ograniczony margines ruchu, jaki mogę wykonywać. Wiem, że mimo iż nie są odpowiedzialni za muzykę, to dokładnie wiedzą, jaka ta muzyka ma być i ich wizja jest bardzo dobra. Więc ja z przyjemnością trzymam się tego kierunku. Z drugiej strony świetnie się współpracuje z osobami, które znają się na muzyce, jak np. Borys Lankosz. Razem robiliśmy serial "Paradoks".

Zdarzyło się Panu odrzucić jakieś zlecenie ze względu na reżysera, producenta? 


Nie. Jeżeli odrzucałem, to dlatego, że czułem, że to nie jest w moim guście, film wydawał się mało atrakcyjny i dlatego, że nie chciałem iść w tym konkretnym kierunku. 

Wspomniał Pan jakiś czas temu, że będzie komponował muzykę do salonów odnowy biologicznej, czy to doszło do skutku?


To szpital. I w tej chwili jest to w zawieszeniu. W sumie lepiej, że miałaby odmładzać, niż postarzać. 

Jest granica, której Pan nie przekroczy, np. nie skomponuje Pan muzyki do centrum handlowego? 

Na pewno są takie projekty, których bym nie wziął. Jeżeli byłoby to coś, w co nie wierzę, gdyby był to np. film, czy produkt, z którego sposobem promocji, treścią się nie zgadzam osobiście. Przyjmijmy, że jestem wegetarianinem i mam zjeść mięsną potrawę, to nie zrobię tego. Tak samo jest z takim projektem. Na pewno znajdzie się ktoś, kto zrobi to lepiej.


Muzyka w filmie, czy grze buduje emocje, ale ciągle jest tylko tłem. Wybieramy się na film, bo przyciąga nas reżyser, a nie kompozytor. To kompozytora boli? 


Nie powiedziałbym, że muzyka jest tylko tłem. Muzyka jest dopowiadaniem historii, jeśli mówimy o medium nielinearnym, jakim jest film. Myślę, że ten poziom rozhisteryzowania towarzyszy ludziom we wczesnych etapach kariery. Natomiast później człowiek zdaje sobie sprawę, że jest nie tylko kompozytorem, ale przede wszystkim filmowcem. Dlatego powinien wiedzieć, że na pierwszym miejscu jest obraz, fabuła, a jeżeli przy okazji można w sposób wartościowy wypowiedzieć się dobrą muzyką, to świetnie. Wydaje mi się, że jeżeli mamy dobry serial i dobrą muzykę, to ona zostanie zauważona. Czy jest zawód, że ktoś nie zwróci uwagi na muzykę? Nie każdy musi ją zauważyć. 
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...