Otwierają się nowe możliwości kariery w dyplomacji. PiS zmienia wymogi w kwestii znajomości języków obcych

Otwierają się nowe możliwości kariery w dyplomacji. PiS zmienia wymogi w kwestii znajomości języków obcych – na razie zmiany są na etapie prac w podkomisji.
Otwierają się nowe możliwości kariery w dyplomacji. PiS zmienia wymogi w kwestii znajomości języków obcych – na razie zmiany są na etapie prac w podkomisji. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Ta wiadomość wiele osób wprawiła w osłupienie. Bo co jak co, ale znajomość języków obcych w polityce zagranicznej wydaje się kwestią kluczową. Tymczasem...

W Sejmie trwają prace nad rządowym projektem znowelizowanej ustawy o służbie zagranicznej. Z wcześniejszych zapowiedzi wynikało, że głównym celem zmian jest to, aby służbę dyplomatyczną oczyścić z dawnych agentów. – Państwo polskie zasługuje na wolną od patologii służbę zagraniczną, na ludzi, którzy chcą w pełni służyć Rzeczpospolitej, którzy nie mają w życiorysie uwikłania w kolaborację z systemem sowieckim – przekonywał w kwietniu, podczas pierwszego czytania projektu, wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak.
Opublikowany przez Jan Dziedziczak na 2 maja 2017
Choć przecież najgłośniej jest o tym agencie PRL-owskich służb, którego na stanowisko ambasadora wyznaczyła już dobra zmiana, czyli mąż prezes Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Przyłębski. IPN ujawnił teczkę personalną TW Wolfganga, a sam obecny ambasador w Berlinie przyznał: "mogłem podpisać jakieś zobowiązanie".



Przyłębski zapewne może być jeszcze spokojny o swoje stanowisko, bo prace nad projektem idą niespiesznie. Powołano podkomisję nadzwyczajną do rozpatrzenia tego dokumentu, która – jak dotąd – spotkała się tylko raz (transmisję z posiedzenia można obejrzeć tutaj). Piątkowych obrad tejże podkomisji media nie śledziły, a niesłusznie! Bo działo się tam, że ho ho! O czym poinformował na Twitterze jeden z jej członków, poseł PO Sławomir Nitras.
Chodzi o to, że urzędnicy służby dyplomatycznej na stanowiskach kierowniczych nie będą się już musieli wykazać (udokumentowaną) znajomością dwóch języków obcych – wystarczy jeden. Czyżby była to kwestia krótkiej ławki w kadrach PiS? Gdy tylko padła zapowiedź złożenia projektu, opozycja alarmowała, że rząd chce przeprowadzić czystki w dyplomacji, zwalniając doświadczonych urzędników i robiąc miejsce dla "Misiewiczów". Wiceszef MSZ na posiedzeniu podkomisji zapewniał jednak, że nie chodzi o obniżenie wymagań wobec dyplomatów.
Jan Dziedziczak
wiceminister spraw zagranicznych

Szanowni Państwo, to jest decyzja ministra kierującego urzędem, jakich potrzebuje pracowników. Jeśli na przykład poszukujemy pracownika kierującego departamentem Ameryki i odnajdujemy wspaniałego fachowca, który tym zagadnieniem się od lat zajmuje, to naprawdę nie jest konieczne, żeby on znał język francuski, rosyjski jako drugi. Wystarczy jeden język do kontaktów na przykład ze Stanami Zjednoczonymi. Wolę mieć fachowca, który będzie się tym zagadnieniem zajmował niż studenta czy absolwenta lingwistyki stosowanej i żeby głównym kryterium była znajomość drugiego, niepotrzebnego w tym wypadku, języka.

PO wnioskowała ("bo trzeba równać w górę a nie w dół" – przekonywał poseł Marek Krząkała) o wykreślenie z dokumentu tej propozycji – ale w podkomisji większość ma PiS i rządzący nie mieli najmniejszego problemu z odrzuceniem wniosku opozycji. A internautom od razu przypomniało się ostanie wystąpienie posła Marka Suskiego w Bukareszcie bez tłumacza.
Jak kiepsko jest z językami w MSZ, przekonaliśmy się tuż przed wyborami prezydenckimi we Francji. Resort przygotował polską odpowiedź dla Emmanuela Macrona – nie po francusku, lecz po angielsku. I to tak, jakby korzystano z translatora w Google.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...