Złote zasady Praktikera – spolonizować, zredukować, zamknąć. Czyli krótka historia transferu z niemieckiego na polski

Pracownicy Praktikera codziennie muszą stawiać się do pracy, której nie ma. Fot. Maciej Stanik
W Praktikerze obowiązywało siedem złotych zasad, którymi mieli kierować się wszyscy pracownicy. Jedna zasada na jeden dzień tygodnia. Na pamięć. Z czasem okazało się jednak, że zasady są tylko dla pracowników. Właściciele mogą nie mieć żadnych.

Wyobraź sobie, że codziennie rano idziesz do pracy, której nie ma. Nastawiasz budzik, może dzisiaj ci się nie chce, bo pada deszcz i jest zimno. Może musisz przygotować rodzinę do szkoły, przedszkola, kogoś odprowadzić. Prasujesz koszulę, nakładasz tusz do rzęs. Może masz blisko, ale możesz mieszkać w sąsiedniej miejscowości i dojazd zajmuje ci godzinę. Możesz mieć samochód, ale nie jest to takie oczywiste, zostają autobusy, pekaesy. Codziennie przyjeżdżasz pod biuro, sklep, czy gdziekolwiek pracujesz, ale nie możesz dostać się do środka.



Witasz się z kolegami, podpisujesz listę obecności i tyle. Przed tobą cały dzień, który przez kilkanaście lat wypełniony był obowiązkami, a teraz musisz przetrwać osiem godzin pracy tylko z pozoru. Pięć dób. Dwa dni niezasłużonego weekendu. I szopka zaczyna się od nowa. Jeśli chcesz otrzymać należne ci pieniądze musisz deklarować swoją gotowość do pracy. Codziennie. Dzień w dzień. Zachorowałeś? Bierzesz L4, wypadło ci coś ważnego – bierzesz NŻ. Odgrywasz tę szopkę.

Nie dostajesz wypłat od trzech miesięcy, ale tylko twoja codzienna obecność na miejscu może być jakąkolwiek gwarancją, że w końcu odzyskasz pieniądze, w tym te za staż pracy. Klincz.
W 2013 roku niemiecka spółka Baumarkt Praktiker International ogłosiła swoją upadłość. W 2014 roku udziały od Niemców odkupiła spółka PAPAG AG, natomiast w 2016 markety przechodzą do spółki New Finance Services, którą zarządza Magdalena Trawińska. Miało być świetnie. Pierwszy przykład polonizacji sieci zachodnich marketów. Duma. Jednak coś poszło nie tak. Może dlatego, że Trawińska ma pod skrzydłami 17 spółek, a sama zaledwie 23 lata. Po co polska spółka kupowała bankruta, czyim słupem jest 23-latka? Z New Finance Services nie sposób się skontaktować. Podobnie jest z numerami w Centrali Praktikera – cisza.

Na początku 2017 roku do ostatnich otwartych marketów Praktikera wszedł komornik. Z kolei na jesieni 2016 rozpoczął się proces restrukturyzacji. Właściciel do tej pory nie chce jednak ogłosić upadłości. Co to oznacza dla pracowników, którzy już od trzech miesięcy nie dostają pensji? Że wciąż są zatrudnieni i niestawienie się na miejscu pracy może skutkować zwolnieniem, a tym samym stratą wszystkich dodatków i przywilejów wynikających z długiego stażu pracy. To oznacza, że najbardziej pokrzywdzonymi są wieloletni i najbardziej oddani firmie pracownicy marketu. Teoretycznie cały czas pracują, mimo że nie mają gdzie.

Małgorzata, co się do centrali dzwonić nie bała
Centrum M1 w Czeladzi było pierwszym tak dużym na Śląsku. A tamtejszy Praktiker pierwszym marketem budowlanym z prawdziwego zdarzenia. Praca tutaj była czymś wyjątkowym – nowy typ marketu, niemiecki właściciel, system motywacyjny, umowy o pracę, wczasy pod gruszą, szkolenia w Warszawie.

Dziś po wielkości nie ma śladu, porozwalane wózki na parkingu nie są nikomu potrzebne, sklep jest zamknięty. Mimo to załoga przyjeżdża codziennie. Tak jak dzisiaj, w deszczowy czwartkowy poranek. Podpisują listę obecności, rozmawiają chwilę, ktoś komuś przekazuje zbierane na szlachetne cele plastikowe nakrętki od butelek, a potem wracają do domu.
Małgorzata pracuje w Praktikerze 20 lat. – To była moja trzecia praca, ale pierwsza marketowa. Wcześniej pracowałam w Łodzi, w szwalni. Tutaj czułam się bardzo wyjątkowo, zostałam szybko zastępcą kierownika działu i dla mnie to było bardzo duże wyróżnienie. Potem tych zastępców zredukowali, ale pensje nam zostawili. Człowiek był zaangażowany. Do dzisiaj pamiętam pierwsze zamówienie klienta na markizy. To było coś, bo nikt się tych markiz nie podejmował, ja byłam jedna. Dlaczego? To było bardzo skomplikowane. Żeby jedną markizę zamówić, trzeba było pięć kodów wprowadzić. Wiedzieć, jak się co nazywa, dzwonić do centrali – wspomina Małgorzata.

Mariusz Włodarczyk, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Pracowników Praktiker Polska dodaje, że do centrali to się ludzie bali dzwonić, a Małgosia zawsze odważnie, jak dla klienta coś trzeba było załatwić.

– To było twórcze, mobilizujące, coś zrobiłam, udało mi się, klient był zadowolony. Na następny rok mówi mi: ta markiza jest super. Ludzie przychodzili i dziękowali za poszczególne rzeczy, za dobrze zrobione drzwi. Ale nie tylko. Traktowali mnie jak ekspertkę. Zagadywali, że coś nowego będą robić, to może bym im zaproponowała jakieś rozwiązanie. Trzeba było mieć rozeznanie, wiedzieć, co jest modne. Mieliśmy kurs na indywidualnego doradcę klienta, gdzie trzeba było taki test przejść i mnie się udało. To był sukces. Człowiekowi się chciało – opowiada Małgosia.

Ale ważne było też bezpieczeństwo finansowe. – Dla mnie to były wykupione leki i możliwość zatankowania samochodu, na który mogłam sobie pozwolić dzięki tej pracy. Jak był Niemiec, to mieliśmy porządny fundusz socjalny, były podwyżki, premie. Ale to się zmieniło. Od kiedy pojawił się Polak, wszystko zaczęło lecieć w dół. Wobec nas rosły wymagania, a z kolei z drugiej strony zobowiązania pracodawcy bardzo szybko się kurczyły. I była klasyczna śpiewka – wy musicie zrozumieć, bo jest kryzys i ciężko. I my to nawet rozumieliśmy – zaznacza.

Kiedy Praktiker był polonizowany pracownicy zrzekli się funduszu socjalnego, żeby ratować firmę. – Mieliśmy do wyboru, albo zrzekamy się, albo koniec pracy. Miało to się ostatecznie wiązać z jakimiś podwyżkami, których nikt jednak nigdy nie zobaczył. I od tamtej pory wszystko kolosalnie poleciało w dół, brakowało towarów, a od pracowników wymagano siedmiu złotych zasad. A my się pytaliśmy, jakie wy stosujecie zasady wobec nas?
Małgosia recytuje z pamięci: Przygotowanie siebie (jak było 40 stopni na markecie, to nie wolno było rękawków podwinąć, bo to brak szacunku wobec klienta, nie można było nic zjeść na sklepie, bo cierpiał na tym wizerunek firmy), powitanie klienta, szukanie kontaktu, zbadanie potrzeb klienta, zaprezentowanie towaru, sfinalizowanie zakupu, pożegnanie klienta. Pracodawca jednak wobec pracowników nie odwdzięczył się podobnymi zasadami, a już najbardziej nie wyszło im pożegnanie.

– 7 lutego dostałam wiadomość, od znajomego z pracy, żeby przyjechać wcześniej, bo komornik wszedł. To było niespodziewane. Dopiero wydrukowana była gazetka z nowym asortymentem. Dla mnie to był szok. Po 19 latach pracy, to jest takie uczucie, jakbym kogoś bliskiego straciła. Na początku roku wszystko mi się posypało. U mojego męża zdiagnozowano nowotwór i pracodawca zakończył z nim stosunek pracy. Po prostu nie przedłużył umowy. Powiedziano mężowi, że jak wyzdrowieje, to znowu go zatrudnią. Dobrze, że syn pracuje i pomaga. Jakoś to przetrwaliśmy. Leki i codzienny dojazd do Gliwic były potężnym obciążeniem, załatwiliśmy więc, że to Gliwice jeździły po męża. Jego leki, moje leki – po prostu horror. Sama mam cukrzycę, mam dyskopatię od dźwigania ciężarów na markecie – mówi Gosia.
Na cukrzycę Małgorzata zachorowała 12 lat temu, ma przyznaną niepełnosprawność, bo stwierdzono, że nie ma szansy na poprawę nawet operacyjną. – Moja taryfa ulgowa polegała na tym, że nie musiałam pracować 8 godzin tylko 7. Ale żadnych przerw dodatkowych, specjalnego traktowania nie było. Mimo to, jak myślę o tej pracy, to dzięki niej dużo dobrego w moim życiu się wydarzyło. Dzięki funduszowi socjalnemu przyznali mi połowę pieniędzy na zakup aparatu słuchowego, a to było 8 tys. zł za całość, więc naprawdę poważne pieniądze. Można było korzystać z pożyczek pracowniczych, nie trzeba było brać w parabankach. Można było sobie jakiś remont zaplanować, ja traktowałam tę firmę z wielkim szacunkiem, bo dzięki niej udało mi się w życiu wiele rzeczy zaplanować. Ale najbardziej boli mnie to, że to Polak nam to zrobił. Polak doprowadził tę firmę do sytuacji, w jakiej teraz jest i nie poczuwa się wcale do odpowiedzialności. A w tym wieku znaleźć pracę z moją niepełnosprawnością jest bardzo ciężko. Zostały mi trzy lata do emerytury.

Irek, któremu obiecano, że dorobi do emerytury
– Jak ja dzisiaj słyszę słowo "praktiker", to aż gęsiej skórki dostaję – tłumaczy mi Ireneusz i rzeczywiście aż zaciska pięści.

Do Praktikera trafił w 2001 roku. Wcześniej pracował w kopalni. Kopalnię zamknięto. W markecie był najpierw z doskoku, żeby wykonywać tzw. wystawki. A to płytki pokazowo ułożyć, a to kabinę skręcić. Po pół roku dostał etat. Ireneusz pracował w Katowicach, ale tam ogłoszono upadłość i pracownicy dostali odprawy. Irkowi zaproponowano jednak przeniesienie do Czeladzi.

– Jak główna pani personalna dawała nam zwolnienia, a mnie przeniesienie, to ją zapytałem. Zadałem jej proste pytanie, czy ja mam szansę dorobić do emerytury w tym markecie w Czeladzi? I ona patrząc mi głęboko w oczy odpowiedziała: spokojnie: pan sobie dorobi. A teraz jestem ciekaw, jak ona mi spojrzy w oczy. Bo przecież doskonale widziała, co się dzieje w zarządzie. W Katowicach dali mi przeniesienie 28 lutego. A w Czeladzi komornicy weszli już 7 lutego. Przecież od razu wiedzieli, w co mnie pakują! – Ireneusz jest wściekły. – Później próbowałem się z tą personalną skontaktować wycofać to, anulować to przeniesienie i zwolnienie wziąć normalne, jak reszta pracowników z Katowic. Pensje dostać, odprawy. A ona powiedziała, że nic się nie da już zrobić.

Jak bardzo to przeżył?

– Ach, niech mi pani nawet nie mówi, żona do dzisiaj mi wytyka. Mówi "coś ty chłopie zrobił najlepszego?!" Nie wiem co mam zrobić, jakby nie rodzina, to nie wiem, jak byśmy żyli. Żona pracuje, też w markecie. Mieliśmy trochę odłożone, ale to już trzeba było wydać, no bo z czegoś te rachunki trzeba popłacić. I nikt się nie pyta, czy ty masz na prąd, czy masz na bilet, na bieżące potrzeby. Dzieci są dorosłe zarabiają na siebie. Ja mam trójkę, dwójka mieszka z nami, bardzo pomagają.
Nigdy nie usłyszałem, że nie będą mnie wspierać, że mam zrezygnować. Ja już dwa razy przechodziłem załamanie, że się zwolnię, że nie dam rady. Kiedy przyszli Polacy, to dyrektor w Katowicach był taki, że każdego potrafili zgnoić. Wchodził sobie na monitoring i patrzył, aż upatrzył sobie, którego pracownika będzie obserwował.
I na koniec dniówki zapraszał go do biura i robił mu wykład, co w trakcie dnia dany człowiek zrobił źle. Ile czasu spędził w pracy, a ile na innych niepotrzebnych czynnościach. Mnie wręczył naganę, bo paletę wkładałem bez kasku. Człowiekowi się odechciewało, czuł się wiecznie podejrzany. Wcześniej fajnie było. Wiadomo, każdy ma hopla na jakimś punkcie. Jeden dyrektor uwielbiał pięknie poukładane roślinki inny elegancko wystawione drzwi, ale to się dało przeżyć. Później to się zaczęło wszystko targać. Te złote zasady to były codziennie na zebraniu koronnym z menedżerem albo dyrektorem i omawiane.

Pytam, czy nie czuli się jak dzieci, kiedy kazano im deklamować septalog idealnego pracownika.

– Czuliśmy się poniżani. Skoro jestem tym sprzedawcą od kilkunastu lat, to takie odpytywanie było uwłaczające godności. To tak jakby ktoś do pani podszedł i zapytał, a pani co tu robi, wywiad pani przeprowadza? Proszę podać siedem zasad dobrego wywiadu! A sami nie mieli pojęcia, jak market prowadzić. Przestali płacić dostawcom, to i towarów zaczęło brakować. I co ja miałem powiedzieć klientowi, kiedy on chciał kupić farbę niebieską, a ja go musiałem namówić na kupno zielonej, bo niebieskiej nie było. Raz, dwa razy to się nawet udało, no ale to nie był standard. Klient dwa trzy razy nie dostał, czego chciał i potem już nie wracał. Nie było towaru, nie było klientów, a potem na zebraniach słyszeliśmy, że to nasza wina, że za mało sprzedajemy – zaznacza.

– U mnie wszyscy w rodzinie w handlu pracują, mamy podobne problemy. Bez rodziny nie dałbym rady, ja przez tę pracę dostałem przepukliny. I co teraz mam zrobić, poddać się operacji? W obecnej sytuacji? Żyć trzeba, rachunki płacić. Nigdy do końca nie byłem zadowolony z wynagrodzenia, ale wcześniej były momenty, że czułem tę satysfakcję. Że byłem doceniony. To nie były wielkie kwoty, ale człowiek czuł, że ktoś widzi jego ciężką pracę.

Iwona, która nie odpuści, bo niby dlaczego?
19 lat w Praktikerze. Jest bardzo zmotywowana, nie odpuści i nie da sobie wmówić, żeby samodzielnie się zwolnić. – My mamy finansowo najwięcej do stracenia, to są pieniądze, które nam się należą.
Gdyby została ogłoszona upadłość, to pracownicy dostaną wypowiedzenia. Tam zostaną podane przyczyny ekonomiczne, leżące po stronie pracodawcy. Dzięki temu pracownikowi należy się pięć wynagrodzeń plus odsetki karne. Warto zaczekać – zaznacza tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ja przez wiele lat bardzo dużo dałam tej firmie dużo od siebie. Przeszłam przez kilka działów. Zaczynałam jako kasjerka, potem był dział elektryczny, dział administracji, byłam dysponentką, menedżerem magazynu. Mam naprawdę potężną wiedzę.

W Czeladzi zaczęła pracować od razu po szkole. – Spędziłam tu połowę życia. Bywało różnie, ale najważniejsze jest poczucie stabilizacji finansowej, to daje dużo. Stać mnie było na przykład na wakacje. W tym roku dziecku muszę powiedzieć, że nigdzie nie pojedziemy.

Iwona od ośmiu lat choruje na przewlekłą chorobę. Czasem jest lepiej, bywa gorzej. – Etat tutaj dawał mi duże zabezpieczenie psychiczne, że mam na przykład pieniądze na leki. W ciężkich chwilach, bo moja choroba ma okresy reemisji, bywało tak, że ta praca dawała mi poczucie, że muszę wstać, ogarnąć się. Ludzie bardzo mi pomogli. To był dla mnie motor, teraz wszystko legło. Co najgorsze właściciele nie mają potrzeby rozstać się z nami przyzwoicie.

Iwona przyznaje, że nie miała tu źle. – Kiedy przyznano mi leczenie biologiczne, dwa razy w tygodniu musiałam jeździć na zastrzyki i dla pracodawcy nie było z tym problemu. A teraz? Znalezienie nowej pracy z chorobą, którą mam jest prawie niewykonalne. Nie mogę się nawet przyznać, bo nikt nie przyjmie osoby przewlekle chorej. Ktoś, kto mnie nie zna, nie wie jak pracuję, nie będzie chciał iść na żadne ustępstwa.

Koleżanki Iwony zaznaczają, że bardzo dużo poświęciła pracy. – Były takie momenty, że przychodziła na poranną zmianę, a zostawała z nami do wieczora – mówi Beata.

– Mam dwoje dwoje dzieci. Starszy syn dorabia i pracuje, więc mogę tu liczyć na jego pomoc. Z kolei ja źle całą tę pracę psychicznie znoszę, bo usunął mi się grunt pod nogami. Ten strach dręczy codziennie. Już się trochę przyzwyczaiłam, ale to jest na tyle długotrwały stres, że odbija się to niestety na moim stanie zdrowia. Musze brać leki, które pomagają mi usnąć. Mam problemy z kręgosłupem, chodzę do neurologa, mam problemy reumatologiczne – tłumaczy.
Ale Iwona od dłuższego czasu działa na linii frontu. Gdy w firmie zaczęły się problemy, a dostawcy nie otrzymywali zapłaty za swoje produkty ona pracowała jako dysponent. – Zwłaszcza, kiedy robiłam zamówienia, dostawcy mieli pretensje. Trzeba było umiejętnie z nimi rozmawiać. Na szczęście większość rozumiała, gdzie leży problem.

Kiedy wszedł ten plan restrukturyzacji, dla wszystkich to była iskierka nadziei. Pracowników zapewniano, że nie ma co się martwić. – Inne markety zamykano, a nas zapewniano, że zostaniemy długo i szczęśliwie w pracy. I wszyscy nam zazdrościli. A jednak stało się inaczej, ci zwolnieni wyszli na plus, dostali swoje pensje, a my utknęliśmy w martwym punkcie.

Czy będąc w takiej sytuacji można coś planować?

– Na razie nie mam planu, mam nadzieję. Że w jak najszybszym czasie zadziałają sądy i będzie ogłoszona upadłość. Osoby, które doprowadziły do takiej sytuacji zostaną pociągnięte do odpowiedzialności. I dopiero, kiedy zaległe pieniądze zostaną wypłacone, będzie można swobodnie planować. Mam nadzieję, że tutaj powstanie coś podobnego. Fajnie byłoby, gdyby załoga była taka sama. Ostatnie czasy bardzo nas skonsolidowały. Nie wywlekamy tego, jak nam ciężko, staramy się podbudować niż dobijać, bo inaczej zwariujemy. To najprostsze gesty są wielką pomocą. Czasami wiszę na telefonie pół dnia, każdy do każdego telefoniady.

Razem

Ekipa z Czeladzi niejedno już razem przeżyła, przeżyją i to. Kiedy wszystko zaczęło iść w złą stronę przypuszczali, że coś jest na rzeczy.

– Pojawiły się braki towaru, od dostawców słyszeliśmy, że są zablokowane pieniądze – mówi Beata.

– Ja pracowałam na dziale "drewno", gdzie robiliśmy zamówienia klienta. I co ja miałam zrobić, gdy firma mówi mi, że nie przyślą towaru, bo nie dostali od nas pieniędzy. A ja na to – co mnie to obchodzi? Klient wpłacił zaliczkę i ma otrzymać umówiony towar. To oznaczało, że w międzyczasie musieliśmy się też zmierzyć z wściekłymi ludźmi – zaznacza Małgosia.

Pracownicy opowiadają mi, że wtedy powoli zaczęli wpadać w przerażenie. – Mówiliśmy: Jak to, oni nie płacą za towar?! Z czasem okazało się też, że nie płacą także czynszu. Ale wtedy wszedł zarządca i przeprowadził restrukturyzację, a my widzieliśmy światełko w tunelu. Ja naprawdę wierzyłam, że ta firma stanie na nogi, nawet z innym właścicielem – wspomina Małgosia.

Wspólnie zależało im na wizerunku firmy. – Kiedy klient potrzebował paneli, a my nie mieliśmy, to menedżer wskakiwał do samochodu i pędził do kumpla, który miał hurtownię i tam kupował. Żeby nie stracić twarzy przed klientem – opowiada Małgosia.

Ale Mariusz Włodarczyk z Solidarności zaznacza, że trudno tak łatwo ferować wyroki. Podkreśla, że pracownicy mogli już zapomnieć, że za czasów Niemca też wcale nie było różowo. – Ja bym nie generalizował, że po repolonizacji firmy nagle pogorszyły się warunki. Tutaj działo się bardzo źle od 20 lat. Fundusz socjalny był wywalczony przez związkowców, a złote zasady też obowiązywały dużo wcześniej. Jestem bardzo głęboko w kwestiach formalnych i prawnych i zdaję sobie sprawę z tego, że z perspektywy czasu wielu pracownikom wydawało się, że wcześniej było lepiej. Ale to nie do końca prawda. Niemcy też stawiali na twardy HR i moim zdaniem pracownicy niejednokrotnie byli traktowani przedmiotowo i źle. Firma przez 20 lat tylko raz wykazała zysk i to na poziomie 1 proc. Pracownicy byli oszukiwani na wynagrodzeniach, klienci na marżach a pieniądze były wyprowadzane z kraju. To, że Praktiker przeszedł w polskie ręce w takich, a nie innych okolicznościach jest przykładem niewydolności mechanizmów państwowych. Wtedy przejęcie Praktikera starała się też firma 3W DB, doświadczona w tego typu przejęciach. Dziś 3WDB znowu stara się o przejęcie sieci marketów, dlatego tak kluczowe jest, żeby sądy w tej sprawie się pospieszyły, bo jest realna szansa na uratowanie miejsc pracy – wyjaśnia.

Ktoś może powiedzieć, że było – minęło. Trzeba poszukać nowej pracy.

– Fajnie tak mówić. Najpierw trzeba znaleźć pracodawcę, który zgodzi się, że ja przyjdę na 10 do pracy, bo o 9 muszę być tu. Wszyscy, do których się zgłaszałam, mówili: pani tu sobie poukłada, a dopiero potem się do mnie zgłosi – mówi Małgosia.

– A ta praca dała nam popalić. Jak człowiek był sam na dziale to paletę ławek żeliwnych musiał przerzucić. I nikogo nie interesowało, że np. jest tam tylko kobieta. Część z nas ma już poważnie zniszczone kręgosłupy –tłumaczy Beata.

– Największym problemem jest to, że my się nie cenimy, jako pracownicy. Sami sobie robimy krzywdę, słyszę tylko o naszej odpowiedzialności wobec pracodawcy, a jaka jest odpowiedzialność pracodawcy wobec pracownika? Wrobiono w nas nawyk, że jak masz rodzinę i chcesz zarobić, to masz pracować po 12 godzin, siedem dni w tygodniu. A jak masz ten weekend to idziesz do galerii handlowej a nie sztuki – tłumaczy Mariusz Włodarczyk.
A pracownicy z Czeladzi wiedzą, że mają swoje prawa, odezwali się do kogo mogli.

– Burmistrz Czeladzi obiecał pomoc prawną, zaniesiona mu została lista pracowników. Ma dać znać, że jak coś się będzie w okolicy otwierało. W urzędzie miasta w Będzinie podobnie. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas poseł Michał Wójcik z PiS. Spotkał się z nami niezwłocznie po tym, kiedy dostał od nas pismo z opisem sytuacji. Złożył zawiadomienie do prokuratury krajowej. Pisaliśmy do minister Rafalskiej, Rzecznika Praw Obywatelskich – wymienia mi Iwona.

Co zrobią, kiedy dostaną należne im pieniądze i cały ten koszmar się skończy? Najpierw dostaję spontaniczną odpowiedź, której jednak nie pozwalają mi zacytować. – Na kawę, pójdziemy razem na kawę – śmieje się Mariusz Włodarczyk.

A potem do pracy. Takiej normalnej, w której się pracuje i dostaje za nią pieniądze.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...