Ten film "rozsławił" polskich myśliwych na świecie. Pojechali upolować lwa. 8 strzałów, jeden w plecy kumpla

Tak polscy myśliwi polowali na lwa. W tle słychać "ja pierd…"
Tak polscy myśliwi polowali na lwa. W tle słychać "ja pierd…" Facebook / Club de Caza
Podchodzili do lwa, kiedy zwierz zerwał do ataku. Słychać ryk, kilka strzałów, okrzyk "ja pier***e!". W finale na ziemi lądują ubity zwierz i jeden myśliwy, prawdopodobnie raniony kulą wystrzeloną przez swojego kolegę.

Hiszpański portal łowiecki Club deCasa zamieścił film, z czegoś co trudno uznać za udane polowanie. Ostrzegamy przed drastyczną sceną dobijania zwierzęcia.

Por algo se llama caza peligrosa.

Opublikowany przez Club de Caza na 15 lipca 2017
Wśród uczestników byli polscy myśliwi. Słychać jak biegiem uciekając przed atakującym lwem jeden z nich mówi "Ja pierd***ę". Po chaotycznej strzelaninie – sześć oddanych strzałów – na ziemi ląduje zwierz oraz... jeden z uczestników polowania.



Pokazując prawdziwe kulisy hobby dla bogatych snobów, film wzbudził wielkie emocje. Głównie dlatego, że polowanie nie było żadnym heroiczno-romatycznym wyczynem, gdzie szanse starcia człowiek vs. dziki drapieżnik choćby w przybliżeniu są rozłożone po równo. Widzimy za to "bohatera" wyposażonego w półautomatyczną broń, podprowadzanego przez przewodnika. A ci są jeszcze ubezpieczani przez kolejnych dwóch uzbrojonych mężczyzn. Do lwa, który zrywa się do ataku, strzela więc 4 facetów. Do tego niecelnie.

– On krwawi. Zobaczcie jak on krwawi – słychać język polski w tle. To o towarzyszu polowania, który padł zaraz obok lwa.
– Shot again! Shot again! – zarządza ktoś z uczestników, gdyż lew jeszcze wykazuje oznaki życia. Gdzieś zza kamery pada strzał i komentarz po polsku "jeszcze raz". Znowu strzał.
Prowadzący polowanie: – Wow, wow, już wystarczy.

Potem, kiedy przewodnik opatruje rannego mężczyznę, a inni rozładowują jego broń, słychać wyraźnie "nie mam kuli". Kim jest ranny? Trudno ocenić. Przewodnik zwraca się do niego po angielsku, w odpowiedzi padają niezrozumiałe słowa.
Janusze i lew
Kiedy film udostępniono na jednym, z polskich forów łowieckich, polscy myśliwi podsumowali, że to chyba jacyś "Janusze kontra Simba". Wielu komentujących jest przekonanych, że rana na ramieniu myśliwego to przypadkowy postrzał od kolegi. Na filmie widać dziurę w lewym barku rannego.

Kiedy film poszedł w świat (w kilka dni uzyskał 270 tys. odtworzeń, ponad 1500 udostępnień, tysiące komentarzy), jego "bohaterowie" stali się obiektem kpin i ostrej krytyki. – Na pewno nie powstanie z tego ładna fotka do łowieckiego albumu, czy do prospektu firmy organizującej polowania w Afryce. Zamiast publikować nagranie "aleśmy tego lwa ubili", ci myśliwi powinni spalić się wstydu. Całe szczęście, że "polski akcent" nie został dostrzeżony przez większość komentujących – komentuje dla naTemat myśliwy i jeden z uczestników podobnych safari.

Pod opublikowanym filmem wybucha za to gorąca dyskusja, jaki sens mają takie łowy. Możemy się tylko domyślać, że lew najpewniej został obdarty ze skóry. A po zacerowaniu dziur w skórze zawisł w jakimś gabinecie czy salonie. Polowanie dla trofeum – nie dla mięsa – jest uznawane za nieusprawiedliwioną niczym zabawę w zabijanie.

Hobby dla bogaczy
W wielu krajach jest to jednak dozwolone. Polowanie na tak zwaną wielką piątkę: lew, słoń, bawół, nosorożec i lampart to hobby dla bogatych snobów. Jest możliwe legalnie pod warunkiem wykupienia zezwoleń. Dzień wyprawy kosztuje 400 euro, do tego koszty przewodników. Za trofeum lwa trzeba zapłacić około 14 tys. euro. To cennik agencji polowań na terenach KwaZulu na wschodnim wybrzeżu RPA.

Zazwyczaj takie polowania przedstawiane są jako romantyczne wyprawy safari w stylu Hemingwaya. Jeszcze więcej kontrowersji wzbudza myśliwski przemysł rozwijający się dużych farmach, gdzie dzikie zwierzęta są trzymane właśnie z myślą o myśliwych. Taka turystyka stanowi dochód rządów Tanzanii, Mozambiku, Zambii, Ugandy. Spotyka się z gorącym oporem organizacji chroniących zwierzęta, ale też zwykłych ludzi, którym nie podoba się, że łowcy zrobili z Afryki skansen, gdzie mogą sobie pozwolić na wszystko.

Sprawa do złudzenia przypomina historię lwa Cecila, symbolu Parku Narodowego Hwange w Zimbabwe. Zabił go podczas safari 55–letni dentysta z Minnesoty Walter Palmer. Lew został podstępnie wywabiony z chronionego terenu parku zapachem innej upolowanej zwierzyny. Palmer postrzelił Cecila z kuszy, a następnie przez około 40 godzin tropił, by dobić i oskórować. Relacje z tego polowania wywołały taki sprzeciw w USA, że Palmer musiał zamknąć na pewien czas swój gabinet.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...