Wakacyjne love story nie dla dziewczynek. 3 proste miłosne historie, które nie mają w sobie nic a nic z Harlequina

Wakacyjne love story nie dla dziewczynek, czyli historie miłosne, które niczym nie przypominają kiczowatych opowiastek z harlequinów Prawo autorskie: rasstock / 123RF Zdjęcie Seryjne
Choć powiedzenie "What happens in Vegas, stays in Vegas!" ma w sobie zaskakująco dużo życiowej prawdy w odniesieniu do wakacyjnych romansów, bywa, że to, co wydarzyło się w "Vegas" ciągnie się za nami przez resztę życia. I to z całkiem sympatycznym rezultatem. Oto trzy historie wakacyjnych miłości, które nie mają nic wspólnego z kiczowatymi opowiastkami dla nastolatek.

Historia Beaty
Moi rodzice od zawsze powtarzają, że pod namiot jeżdżą tylko fajni ludzie, jednak nigdy nie pomyślałam, że ta "mądrość" kiedyś zmaterializuje się w postać mojego obecnego męża – śmieje się 31-letnia Beata. Kiedy dwa lata temu przyjechała na nieduży kemping nad polskim morzem, położony na całkowitym odludziu, była strzępkiem nerwów i cieniem człowieka. - Przez połowę 2015 roku rozwodziłam się. Po 8 latach wiary, że jakoś to będzie, postanowiłam dłużej nie znosić tego, czego znieść się nie da. Nieważne co się działo, w każdym razie mój były mąż wytoczył mi batalię o nasz "majątek". Chyba w ramach zemsty za to, że przestaję godzić się na to, jaki jest. Nie mamy dzieci, więc gdy już postanowiłam o rozwodzie miałam nadzieje, że rozwód to będzie tak zwana krótka piłka. Byłam naiwna – opowiada.



W dzień, w którym Beata oficjalnie odzyskała status singielki było 32 stopnie w cieniu. To był pierwszy dzień jej dwutygodniowego urlopu. - Warszawa była nie do zniesienia. Wróciłam z sądu, usiadłam na kanapie, słyszałam hałas jakiejś demonstracji z ulicy. Rozejrzałam się po ciasnym, zabałaganionym mieszkaniu, które wynajmowałam i którego szczerze nienawidziłam, zobaczyłam kurz w powietrzu, stos brudnych naczyń chyba z całego tygodnia i poczułam, że natychmiast muszę stąd wyjść. Wykręciłam numer do rodziców – opowiada Beata. "No cześć córeńko... no... no... No i bardzo dobrze! Słuchaj, my z ojcem dziś stacjonujemy nad morzem, przyjedź, Włodek załatwił drewno na ognisko" – usłyszała w słuchawce. Nie wahała się dłużej niż minutę. Późnym wieczorem była na miejscu.

Gdy zajechałam zobaczyłam zupełnie inny, choć znajomy świat. Mój ojciec w kwiecistej koszuli i słomkowym kapeluszu w środku nocy znoszący brudne papierowe tacki do kosza, moja matka zanosząca się śmiechem z jakimiś obcymi ludźmi przy stole, wielki nieznany mi pies ganiający kauczukową piłkę po alejce... To, co przeżywałam przez ostatnie miesiące, te szare smutne kadry z mojego życia spowodowały, że w tych okolicznościach poczułam się jak Kafka tylko w pozytywnym sensie, jak na planie filmowym dobrej komedii – wspomina Beata. Rodzice Beaty zawodowo od lat zajmowali się handlowaniem przyczepami kempingowymi. - W latach 90. tak pokochali życie w trasie, tak mocno poczuli się częścią kempingowych społeczności, że nie mogli wybrać inaczej. Najpierw kupili trzy przyczepy, ustawili je na modnym kempingu, zapłacili za możliwość stacjonowania przez cały rok każdej z nich i wywiesili ogłoszenia, że przyczepy są do sprzedania. Rozeszły się jak świeże bułeczki, i tak się zaczęło – tłumaczy Beata.

Dziś rodzice Beaty mają kilkanaście przyczep w różnych miejscach w Polsce. Na każdej wisi kartka z ofertą sprzedaży i numerem telefonu. Od kwietnia do końca września odwiedzają każdą z nich, a gdy tylko dostają telefon od potencjalnego klienta, w ciągu doby zjawiają się na miejscu, sprzątają i zapraszają na oględziny. - Zabawne, bo rodzice traktują każdą przyczepę jak swój dom i sprzedają je z żalem, nigdy przypadkowym osobom, tylko tym, którym "dobrze z oczu patrzy", tym, którzy ich zdaniem pasują do danego miejsca – śmieje się Beata.

Tym razem przyjechali, bo następnego dnia miał się zjawić potencjalny klient. - Oni czekali cały dzień, a ja łaziłam po plaży i alejkach kempingu i nie mogłam się nadziwić, że wcześniej nie doceniałam tej błogiej atmosfery. Tu wszyscy zachowują się jakby znali się od dawna, nic nikomu nie przeszkadza, nie ma spięć kiedy obce dziecko wchodzi ci do namiotu, kiedy czyjaś lotka od badmintona ląduje w twojej kolacji, albo czyjś pies ładuje ci się pod zewnętrzny prysznic, ten, którego używa się do opłukiwania się po wyjściu z morza. Naprawdę cały dzień spędziłam coraz bardziej się temu dziwiąc i obserwując ludzi. Uświadomiłam sobie, że przez ostatni rok nie poznałam tylu miłych osób, co tutaj przez jeden dzień – mówi Beata. I zdaje się, że to właśnie to dopasowanie do tego typu społeczności miało decydować o tym, kto zostanie nabywcą przyczepy od rodziców Beaty.

Robert, potencjalny klient, przyjechał późnym wieczorem. Zastał ich gdy dogaszali ognisko. - Rodzice od razu zaproponowali mu nocleg w jednej z przyczep i oficjalne rozmowy przełożyli na następny dzień. Rano zaskoczyło mnie, że o 7 Robert wracał z plaży... w szlafroku z pustym kubkiem brudnym od kawy. Poranne spacery w piżamach, czy kawa w filiżance pita na zejściu na plażę to zachowania "starych kempingowiczów". Tak robią "stali bywalcy", którzy czują się tu jak w domu – opowiada Beata.

Dalszego ciągu nie trudno się domyślić. - Robert zdecydował się na kupno, a ja na spędzenie urlopu nad morzem. Nie działo się nic spektakularnego, po prostu spędzaliśmy czas jak "sąsiedzi z przyczepy obok", czasem sami, sporo z moimi rodzicami. Kiedy Robert wyjeżdżał do domu byłam na wycieczce rowerowej z mamą. Zostawił swój numer telefonu zapisany na papierowym talerzu, który leżał na stole przed przyczepą moją i rodziców. Był z Warszawy, więc po powrocie oddzwoniłam. I tak się zaczęło. Tą papierową tackę mam do dziś, a gdy tylko mamy okazję jedziemy na nasz kemping, do naszej ciasnej przyczepy. Nie miałam najmniejszych wątpliwości o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego rozpadło się moje pierwsze małżeństwo i dlaczego bez oporów weszłam w kolejny związek – od początku szukałam kogoś, z kim będę czuła się tak, jak moi rodzice czują się na "swoich" kempingach – jak w domu, bezpiecznie i dobrze, jak wśród ludzi, dla których "lubię cię" to status wyjściowy. A to uczucie w obecności Roberta zadziwia mnie do dzisiaj.

Historia Maćka
Po jednym sezonie pracy w hotelowej restauracji można napisać stos książek. Gdybym był dziennikarzem, tak jak ty, nie wahałbym się ani chwili przed podjęciem takiego eksperymentu – zapewnia mnie 34-letni Maciek. Pracował jako kelner w znanym polskim nadmorskim kurorcie przez kilka sezonów z rzędu. - Po moich humanistycznych studiach nie mogłem znaleźć nic "normalnego" i stacjonarnego w Warszawie, i jakoś nie mogłem znieść tego siedzenia na tyłku i życiowej stagnacji. Ciągle szukałem pracy, ciągle trafiałem na kiepskie mieszkania i nudnych ludzi... Sezonowe dorabianie w turystycznych miastach było super odskocznią – opowiada.

Jak każdego lata w trzygwiazdkowym hotelu w Międzyzdrojach Maciek miał okazję obserwować setki przedstawicieli tzw. klasy średniej. - Obsługiwałem bufety dla gości, którzy mieli all inclusive i już po jednym sezonie można było ułożyć kategorie naszych gości. Dwie najliczniejsze to śmiertelnie poważni Niemcy, którzy kanapki jedli nożem i widelcem – serio! I typowi Polacy na wakacjach, czyli nerwy, oczekiwania i zero luzu. Wyśmiewaliśmy się z kolegami z pracy z ich zachowań, czasem denerwowaliśmy, ale wnioski były dla nas dość smutne – choć byliśmy wśród ludzi, nigdy nie udało nam się poznać kogoś fajnego spoza hotelu – opowiada Maciek. Jego dzień kończył się po 23, szedł na plażę na jedno piwo z kimś z personelu, kto też zostawał dłużej, i tyle. Gdy miał wolne, jeździł rowerem po lasach, raczej stronił od tłumów na znanym miejskim deptaku.

Nie wiem czy dlatego, że tak mało było fajnych ludzi wokół, którzy przebywali w hotelu, czy to przeznaczenie, ale Ewelina od razu wpadła mi w oko – wspomina Maciek. Ewelina przyjechała na wakacje z dwójką dzieci, które sama wychowywała. - Strasznie mi się podobało jak ogarniała te urwisy. Dziewczynka miała cztery lata, na oko, chłopiec dwa. Robiła to tak super kobieco, tak miękko, ale stanowczo. Nigdy z agresją choć wyobrażam sobie, że można stracić cierpliwość, gdy twoje dzieci wbiegają do pustej stołówki i wchodząc na krzesła zaczynają testować jak działa echo – śmieje się Maciek. Po kilku sytuacjach, w których Ewelina okazywała się osobą wyjątkowo interesującą dla Maćka, ten postanowił zaaranżować spotkanie. - To może dziwne, ale jak przez kilka dni obserwujesz kogoś jak je, zajmuje się dziećmi, czyli widzisz go z boku w dość intymnych, ale codziennych sytuacjach, zaczynasz mieć wrażenie, że go znasz i że choć nie zamieniliście ani słowa, jesteście blisko. Pod wpływem tego dziwnego uczucia uznałem, że czas zagadać – mówi Maciek.

Wiedział, że co wieczór spaceruje z wózkiem i córką, bo mały nie może spokojnie zasnąć w hotelowym pokoju (słyszał jak Ewelina mówiła o tym komuś przez telefon). Znał porę (widział ich przez tarasowe okna restauracji), więc w pierwszy wolny wieczór po prostu zaszedł im drogę, wręczając małej balona. - Nie miałem za bardzo ustalonej koncepcji, więc wymyśliłem, że wkupię się w łaski dziecka – śmieje się. - Wiedziałem, że Ewelina zna mnie z widzenia, więc nie obawiałem się, że mnie odtrąci. Zaproponowałem spacer w stronę Białej Góry. Doszliśmy na sam szczyt. Stamtąd roztacza się boski widok – morze, klify, miasto w oddali. Akurat zachodziło słońce. Okazało się, że to pierwszy zachód jaki Ewelina może zobaczyć nad morzem – o tej porze dzieciaki już spały w hotelowym pokoju. Umówiliśmy się, że kolejnego dnia też tu przyjdziemy – opowiada Maciek.

Tak spotkali się jeszcze kilka razy. Potem Ewelina wróciła do siebie (mieszka w Pile), a Maciek po sezonie do Warszawy. - Odwiedziłem Ewelinę przez kilka miesięcy, dobrze się rozumieliśmy, ale związek na odległość to ciężka sprawa, zwłaszcza gdy w grę wchodzi dobro dzieciaków. Tęskniły za mną, ja nie mogłem się wtedy przenieść, dlatego dla ich dobra postanowiliśmy nie mieszać im w głowach. Ale niczego nie żałuję, dziś jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi.

Historia Natalii
Na te wakacje pojechałam sama i szczerze mówiąc planowałam, że się zakocham – śmieje się Natalia. Od zawsze podróżowała na własną rękę. Szukała lotów w dobrych cenach, potem pokoju w centrum miasta, najlepiej w prywatnym mieszkaniu. Lubiła podglądać jak żyją tubylcy, poznawać ich obyczaje. - Miejscowi zawsze polecają najlepsze poukrywane knajpki, znają wyjścia na bardziej odludne plaże, wiedzą to, czego nie ma w przewodnikach. Dlatego i tym razem wybrałam tę formę spędzania wakacji, a dodatkowo miałam wielką nadzieję, że przeżyję taki typowy wakacyjny romans. Nie że pojechałam szukać męża, oj nie... (śmiech) Chciałam coś przeżyć, bo od 4 lat jeśli nie byłam sama to srogo zawodziłam się na Polakach – mówi Natalia.

Od zawsze chciała odwiedzić Hiszpanię, ponadto słyszała od koleżanek wiele obiecujących historii o randkach z Hiszpanami. Wybrała się więc do Barcelony. - Gdy wylądowałam na miejscu, a potem znalazłam "swoje" mieszkanie, byłam zachwycona. Dokładnie tak to miało wyglądać. Ciasny pokój urządzony po studencku z małym balkonem wciśniętym w stare kamieniczki... I jeszcze te koty łażące po rynnach... - wspomina Natalia. Równie dobre wrażenie zrobił na niej właściciel tego uroczego pokoiku. - Spojrzeniem zwalał z nóg. Kiedy się rozpakowywałam prześladował mnie wzrokiem, czułam się jakby zaraz miał się na mnie rzucić, a gdy na niego zerkałam stał nieruchomo, z rękami w kieszeniach i nawet mu powieka nie drgnęła! - wspomina.

Tego samego popołudnia spacerowali razem po plaży i zjedli wspólnie kolację. - Rano gdy się obudziłam od razu dostałam zaproszenie na śniadanie podane na balkonie wychodzącym z jego sypialni... Przez chwilę poczułam się tak, jakbym przyjechała tam do niego i pomyślałam "hola hola, to są moje wakacje i ja tu rządzę". Jednak to jak się zachowywał było tak urocze, jedzenie tak dobre i w ogóle wszystko tak miłe, że szybko zapomniałam o co mi chodziło – śmieje się Natalia. Pierwszą upojną noc spędzili ze sobą po trzecim wspólnym dniu, potem kochali się gdy tylko mogli, kąpali się w morzu, jeździli na rowerach... - Ale nie gadaliśmy zbyt wiele i choć to wszystko brzmi jak scenariusz z najpiękniejszego snu, po tygodniu zaczęło mi się nudzić. To jest takie uczucie lekkiego zniecierpliwienia i zawodu, kiedy twoje największe pragnienia i potrzeby zostają zaspokojone i okazuje się, że kolejnych zaspokoić się już nie da. U Emilio spędziłam jeszcze kolejnych siedem dni, bo byłam trochę w pułapce – choć wiedziałam, że niczego ode mnie nie oczekuje trudno byłoby mi wyjaśnić dlaczego chcę przerwać tak dobrą zabawę, wyszłoby na to, że się usztywniam – tłumaczy Natalia.

Ponadto, w momencie opisywanego zniecierpliwienia pojawił się brat Emilio, Oscar. - Przychodził do Emilio co najmniej raz dziennie, bo w jego mieszkaniu wysiadła lodówka i u brata trzymał zapas jedzenia dla swojego kota. Oscar mieszkał dwie przecznice dalej i często zostawał z nami na obiad, albo gdzieś wychodził. Nie podrywał mnie, ale nie traktował mnie też jak dziewczyny swojego brata. Tak jakby wiedział, że Emilio w ten sposób spędza wakacje – wynajmuje pokój ładnym Polkom, które może znaleźć na Facebooku zanim przyjmie rezerwacje i w ten sposób co dwa tygodnie ma nową porcję wrażeń. Świadomość tego, że tak jest nic a nic mi nie przeszkadzała i choć przyjechałam się zakochać (śmiech) nie czułam zawodu. Dziś wiem, że nie zmieniłam miejscówki po tygodniu właśnie przez Oscara – mówi z sentymentem Natalia.

Wszystko to, co Natalia pamięta z tej podróży w sensie turystycznym, poznała przez Oscara. - Dzięki niemu sięgnęłam po kilka filmów i książek. Leżąc z Emilio, pisałam na czacie z jego bratem traktując go przez cały pobyt jak źródło wiedzy i rozrywki, jakoś chyba przez to, że miałam z kim odbyć "romansową" część moich wakacji, w ogóle nie patrzymałm na Oscara jak na faceta. To, że za nim tęsknię uderzyło mnie dopiero po powrocie do domu – opowiada Natalia. To z nim pisała na Facebooku, to jemu przesłała kilkadziesiąt wspólnych zdjęć. Od tamtej pory minął rok, a Oscar i Natalia nadal są ze sobą w kontakcie. - Choć nie wyszliśmy poza układ "kolega-koleżanka", mam przeczucie, że to się niebawem zmieni... Ostatnio dostałam od niego maila, że dostał się do Warszawy na studia. Na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze...

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...