Najdroższy niehollywoodzki film w historii kina. Widzieliśmy najnowsze dzieło Luca Bessona

4 sierpnia na ekrany polskich kin wchodzi film science fiction „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Reżyserem ekranizacji popularnego francuskiego komiksu jest Luc Besson, twórca takich hitów jak „Leon zawodowiec” czy „Piąty element”
4 sierpnia na ekrany polskich kin wchodzi film science fiction „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Reżyserem ekranizacji popularnego francuskiego komiksu jest Luc Besson, twórca takich hitów jak „Leon zawodowiec” czy „Piąty element” Materiały prasowe / Kino Świat
Dwie dekady. Tyle czasu minęło, zanim Luc Besson, jeden z najsłynniejszych europejskich wizjonerów kina, spełnił swoje marzenie, jakim było przeniesienie na duży ekran ulubionej lektury z młodości – „Valérian i Laureline”. Już 4 sierpnia do polskich kin trafi „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”, wysokobudżetowa ekranizacja tego kultowego komiksu. Na specjalnym pokazie prasowym zorganizowanym przez Kino Świat i Orange Polska mogliśmy się przekonać, czy warto było czekać na ten tytuł.

Komiksowy rodowód
Wyreżyserowany przez Luca Bessona film to adaptacja bestsellerowego komiksu science fiction. Stworzona przez scenarzystę Pierre'a Christina i rysownika Jean-Claude'a Mézièresa seria komiksowa zadebiutowała w 1967 roku na łamach czasopisma „Pilote” i jako czyste ucieleśnienie gatunku space opera stanowiła przez wiele lat źródło inspiracji dla takich filmów jak „Gwiezdne Wojny” czy „Piąty Element”.



– Dla mnie ten film, nad którym prace z chwilą otrzymania zielonego światła zajęły aż 7 lat, to uniwersalna metafora ludzkiego nieszczęścia. Sytuacji, gdy społeczeństwo odbiera nam coś wartościowego, a my potem zaczynamy z całych sił walczyć o odzyskanie tego utraconego dobra – opowiadał o przesłaniu filmu podczas wspólnej konferencji z Orange reżyser Luc Besson, znany z nakręcenia takich filmowych hitów jak „Leon zawodowiec”, „Piąty element” czy „Lucy”.
Wzorowany na francuskim komiksie obraz przenosi widza w XXVIII wiek i skupia się na kosmicznych przygodach pary superpolicjantów w 2740 roku. Major Valerian i sierżant Laureline, agenci pracujący dla rządu United Human Federation, zostają wysłani przez ministra obrony z misją odzyskania z wielowymiarowego Wielkiego Targu ostatniego ocalałego Konwertera, istoty reprezentującej gatunek o cudownej mocy rozmnażania przedmiotów.

Po wykonaniu tego niewolnego od trudności zadania funkcjonariuszom wywiadu nie dane jest wypocząć. Zgodnie z rozkazami wyruszają statkiem do Alpha – Miasta Tysiąca Planet, gdzie mają zająć się ochroną komandora Aruna Filitta, który w związku z wykrytym na stacji kosmicznej zagrożeniem nieznanego pochodzenia zwołuje nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa. W centrum galaktyki duet agentów rządowych natrafia na ślad mrocznej tajemnicy, w obliczu której przyjdzie im dokonać trudnego wyboru.

Kinowy rekord
Ożywiony wyobraźnią francuskiego reżysera film już przeszedł do historii kinematografii jako najdroższy obraz wyprodukowany poza granicami USA. Powołanie do życia filmowego wcielenia Valeriana pochłonęło niemało, bo ponad 200 mln dolarów, a lwia część (70 proc.) tego ogromnego budżetu została przeznaczona na efekty specjalne. Patrząc na stronę wizualną najnowszego dzieła Luca Bessona, trzeba sprawiedliwie oddać, że pieniądze te nie zostały wyrzucone w błoto.
Na ekranie zaserwowano widzom prawdziwą ucztę dla oka. Wykreowany dzięki magikom z Industrial Light & Magic (wytwórnia założona przez George'a Lucasa) świat tworzą iście gwiezdnowojenne lokacje, zastępy niesamowitych stworów i szereg niezwykłych technogadżetów. Swoim pięknem zniewala ojczysta planeta ludu Pereł (skojarzenia z „Avatarem” jak najbardziej trafne), której smutny los ukazano w bardzo widowiskowym stylu. Dech w piersiach zapiera też gigantyczna zamieszkała przez tysiące gatunków metropolia Alpha, która śmiało może równać się z masywną stacją Yorktown z filmu „Stark Trek: W nieznane”.

Wyżej podpisany na ogół nie przepada za seansami 3D, jednak „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” to bodaj jeden z tych filmów, które koniecznie trzeba obejrzeć za charakterystycznymi ciemnymi szkłami. Pozwala to nie tylko czerpać większą przyjemność z rozgrywających się w międzygalaktycznej scenerii bitew, pościgów i strzelanin, ale także lepiej wychwytać szczegóły i inne wizualne smaczki. A tych nie brakuje, co z pewnością docenią wielbiciele komiksowej twórczości Christina i Mézièresa.

Kosmiczna przygoda
W konkurencji na najlepszą oprawę wizualną ekranizacja przygód kosmicznych agentów nie powinna mieć kompleksu niższości wobec największych amerykańskich superprodukcji. To na pewno dowód na to, że kina europejskiego w wymiarze technicznym nie dzielą już lata świetle od Hollywoodu. Jeśli szukać jakiegoś punktu, w którym „Valerian” mógłby zostać dopracowany, to będzie nim scenariusz. Trochę można pogubić się w akcji, zdarzają się też dłużyzny.
W tej fantastycznej opowieści przewijają się typowe dla tego gatunku motywy od miłości i wybaczenia, poprzez heroizm i poświęcenie, aż do zbrodni i zdrady. W niektórych scenach mogłyby one wybrzmieć nieco mocniej. Niemniej jednak, kiedy film się kończy, widzowie nie pozostają obojętni i są pełni emocji. Razem z bohaterami przeżyli ciekawą przygodę i pewnie wielu z nich będzie oczekiwało na ciąg dalszy.

Scenariuszowe niedoróbki największa produkcja w karierze francuskiego filmowca nadrabia stojącym na bardzo przyzwoitym poziomie poczuciem humoru, starając się przy tym naśladować klisze znane z marvelowskich „Strażników Galaktyki”. W tym wszystkim nie sposób pominąć milczeniem obsady, w której mimo europejskich korzeni filmu nie zabrakło tak sławnych amerykańskich nazwisk jak Clive Owen czy Ethan Hawke. To jednak gwiazdy drugiego czy trzeciego planu, bo pierwsze skrzypce gra młodsze pokolenie: zdolny Dane DeHaan i stawiająca coraz śmielsze kroki na planie filmowym Cara Delevingne.
Specjalna prapremiera
Lądowaniu „Valeriana” w Polsce towarzyszyło dodatkowo wyjątkowe wydarzenie. Była nią wizyta Luca Bessona w Warszawie, który spośród wielu opcji wybrał kraj nad Wisłą, aby promować swoje najnowsze dokonanie. Artysta gościł na uroczystej prapremierze filmu, a także wziął udział w spotkaniu z dziennikarzami. Wystąpił m.in. na zorganizowanej przez dystrybutora Kino Świat i operatora Orange konferencji prasowej, która odbyła się dzień po zarezerwowanym dla mediów pokazie.

– Pamiętam, jak w młodości sam czytałem z wypiekami na twarzy komiksy o Valerianie. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że będę współtworzył film na jego podstawie i promował jego premierę w Warszawie, nie uwierzyłbym – komentował towarzyszący reżyserowi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska, firmy, która wniosła wkład w produkcję „Valeriana”.

Pomarańczowy operator od 9 lat wspiera światową kinematografię, angażując się w tworzenie, marketing oraz promocję filmów. Dotychczas dzięki jego sponsoringowi do kinowej dystrybucji trafiły 34 filmy fabularne oraz 6 filmów dokumentalnych, a koprodukowane przez niego tytuły obejrzało już ponad 19 mln polskich widzów.

We współpracy z siecią Multikino prowadzi w wakacje plenerowe seanse ''Filmowe Lato z Orange'' oraz zaprasza na ''Środy z Orange'', dzięki którym w cenie jednego biletu dwie osoby mogą wybrać się na dowolny środowy seans. Oprócz tego wspiera najnowsze technologie audio-wideo, udostępniając filmy w jakości 4K w ramach Orange Love i bogaty wybór tytułów w cyfrowej wypożyczalni Orange TV.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...