To przede wszystkim jej zawdzięczamy dwa weta prezydenta. Zofia Romaszewska, autorka słów, że... "nie należy rozmawiać"

To przede wszystkim jej zawdzięczamy dwa weta prezydenta. Zofia Romaszewska – osoba bardziej od Lecha niż Jarosława.
To przede wszystkim jej zawdzięczamy dwa weta prezydenta. Zofia Romaszewska – osoba bardziej od Lecha niż Jarosława. Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Oczywiście, że masowe protesty w całej Polsce miały wpływ na decyzję Andrzeja Dudy. Jasne, że nie bez znaczenia były rozmowy z politykami i prawnikami. Ale to nie przypadek, że w swoim przemówieniu z imienia i nazwiska prezydent wymienił tylko ją. Bo wiedział, że w Prawie i Sprawiedliwości Zofia Romaszewska cieszy się niekwestionowanym autorytetem. I bez wątpienia wiedział, że przywołanie jej nazwiska zaboli prezesa PiS.

Andrzej Duda
prezydent RP

Odbyłem wiele konsultacji z moimi kolegami prawnikami, sędziami, adwokatami, ale rozmawiałem także z profesorami: prawnikami, socjologami, filozofami; rozmawiałem również z politykami, z bardzo wieloma osobami. Ale przede wszystkim rozmawiałem z panią Zofią Romaszewską, osobą, której chyba nie trzeba prezentować, Damą Orderu Orła Białego, ale przede wszystkim – kobietą, człowiekiem, która jest symbolem walki z opresją, walki o wolną suwerenną Polskę, walki o wolność człowieka i sprawiedliwość wobec człowieka. I to od zawsze, od lat 70-tych, od Biura Interwencyjnego Komitetu Obrony Robotników, poprzez Biuro Interwencji Senatu, poprzez wreszcie wspomaganie mnie w realizacji tego, co nazywamy "Duda Pomocą", najpierw w trakcie kampanii, a potem tutaj w Kancelarii Prezydenta. I pani Zofia powiedziała do mnie słowa, które mnie uderzyły najbardziej, poza wszystkimi wywodami prawniczymi, które realizowałem i o których dyskutowałem w czasie tego weekendu. Pani Zofia powiedziała do mnie tak: "panie prezydencie, ja żyłam w państwie, w którym prokurator generalny miał nieprawdopodobnie silną pozycję i w zasadzie mógł wszystko. I nie chciałabym z powrotem do takiego państwa wracać".

Takie peany na cześć Zofii Romaszewskiej wygłosił Andrzej Duda jeszcze zanim obwieścił, że zawetuje ustawy o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Sama Romaszewska zareagowała jednak ze skromnością. Pytana przed Pałacem Prezydenckim przez dziennikarzy, co czuła, gdy to jej Andrzej Duda przypisał główną zasługę w przekonaniu go do tej decyzji, powiedziała tyle: "przyznam się, że czułam się zażenowana; mnóstwo osób go przekonywało. No ale, że jestem staruszką, to zostałam wzięta za przykład".



Argument "jestem staruszką" to bez wątpienia dowód skromności. Bo Zofia Romaszewska wie, że dla środowiska Prawa i Sprawiedliwości, w tym dla samego prezesa, jest kimś znacznie ważniejszym niż tylko "staruszką".
Choć zazwyczaj działała w cieniu, była jedną z najistotniejszych postaci w PRL-owskiej opozycji. Wraz z mężem, Zbigniewem Romaszewskim, w stanie wojennym tworzyła Radio "Solidarność", była jego główną spikerką. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, jak wielki był to akt odwagi.

Latem 82 roku została aresztowana, potem skazana na 3 lata więzienia. Wyszła na wolność po roku na mocy amnestii. Odwagi nie brakowało jej też i wcześniej, już w latach 70', gdy działała w Komitecie Obrony Robotników. I w którym obok siebie działali tacy opozycjoniści, jak Adam Michnik i Jacek Kuroń oraz Antoni Macierewicz. Działali, współdziałali, choć pod wieloma względami różnili się.
Przed rokiem w wywiadzie dla "Dużego Formatu" Romaszewska tłumaczyła, kiedy zaczęły się te podziały i kiedy nastąpiło apogeum. Jej zdaniem, ci bardziej lewicowi działacze "Solidarności" ignorowali tych bardziej prawicowych. Wokół Kuronia zgromadziła się tzw. "Familia", wobec której jej środowisko było izolowane. Po upadku PRL te podziały się tylko nasiliły, a od katastrofy smoleńskiej to już właściwie nie ma o czym i jak rozmawiać między sobą.
Zofia Romaszewska

Próbuje pani czasem bardziej życzliwie zrekonstruować sposób myślenia drugiej strony?

Co tamci myślą Uważają, że jesteśmy "faszyści". I że razem z Kaczyńskim doprowadzimy do autorytaryzmu. Taki mają pomysł.

Da się coś z tym zrobić?

Nie da się.

Można komuś powiedzieć...

"Jesteś świnią". Po co?

Nie. "Mylisz się w tym i w tym". Porozmawiać.

Nie należy rozmawiać, należy poumierać.

Bo?

Nie da się rozmawiać. Już nie. To dlatego, że pozwolono na pewne zachowania po 10 kwietnia. Można wcześniej było mówić o jakiejś symetrii, jedni są tacy, inni siacy, niech się dogadają. Ale siusianie na znicze nie jest symetryczne! Nie ma już żadnej symetrii! Nasza strona była grzeczna i delikatna w porównaniu z tym, co wasza wyprawiała.

Myśmy sikali?!

Ale na to pozwolono!

Czyli musi być na noże?

Jeżeli nasza strona się przy władzy utrzyma, to wy osłabniecie.

I będziemy upokorzeni.Ci najważniejsi – będą. A inni nie będą. Bo patrzą na nową władzę i się przekonają, że ta władza jest słuszna, skoro się utrzymuje.

Okropne.

Świat tak wygląda, kochany chłopczyku, i nie wyglądał nigdy inaczej. Co by pan chciał właściwie?

Żebyście z okazji 40-lecia KOR potrafili ze sobą wytrzymać w jednym pomieszczeniu chociaż przez kwadrans.

Nie sądzę, żeby tamci przyszli. Za żadne pierniki świata do prezydenta Dudy nie przyjdą.

"Duży Format", 15 września 2016 r., rozmawiał Grzegorz Sroczyczyński
I rzeczywiście – po 2010 r. Romaszewska właściwie zerwała kontakty z dawnymi przyjaciółki z opozycji, którzy nie są związani z PiS-em. M.in. zrezygnowała z funkcji kanclerza kapituły Orderu Odrodzenia Polski przy prezydencie Bronisławie Komorowskim.

W wywiadzie dla "Dużego Formatu" jednocześnie Zofia Romaszewska nie szczędziła ciepłych słów prezesowi PiS, dementując pojawiające się komentarze, że Jarosław Kaczyński nie miał zasług dla opozycji w czasach PRL. "Jarek Kaczyński zgłosił się wcześnie, bo już w 1977 roku, i wścieka mnie, jak sobie drwicie z jego opozycyjności. Zawsze był w opozycji i zawsze był ciekaw, co się dzieje i gdzie się dzieje. Tyle że tamci go nie wciągnęli, chociaż był z Żoliborza, więc niby do Kuronia miał blisko. Z nami współpracował. Ale myśmy byli marginesem, z czego wtedy nie zdawałam sobie sprawy" – tłumaczyła Romaszewska.
Jej słowa mogłyby świadczyć o tym, że dawna opozycjonistka gra rolę "żołnierza PiS-u". W końcu jeszcze całkiem niedawno, tuż przed lipcową "miesięcznicą" napisała list do szefa Amnesty International, apelując by nie ulegał "prymitywnej propagandzie" w kwestii kontrmanifestacji smoleńskich.

Zofia Romaszewska pisze do Amnesty International: W Polsce każdy ma prawo do pokojowych demonstracji

Opublikowany przez Niezalezna.pl na 9 lipca 2017
Skąd zatem ten zwrot? Odpowiedź wydaje się prosta: Zofia Romaszewska jest zwyczajnie szczególnie wyczulona na to, by władza była sprawiedliwa. Była i w czasach PRL, i pozostała teraz. – Minister sprawiedliwości nie może rządzić w Sądzie Najwyższym. W normalnym państwie coś takiego nie może mieć miejsca – oświadczyła Romaszewska, wbijając szpilę Zbigniewowi Ziobrze. A pośrednio też i prezesowi PiS. I zrobiła to, co w przeszłości robił także jej mąż.
Zbigniew Romaszewski był i legendą opozycji, i jedną z najważniejszych polityków skupionych wokół Jana Olszewskiego. Zmarł w 2014 roku. Przez lata współpracował z Jarosławem Kaczyńskim, był senatorem PiS. Ale też – gdy uznał, że tak należy – potrafił się prezesowi sprzeciwić. Tak było w słynnej sprawie senatora PO Krzysztofa Piesiewicza. Gdy jeden z tabloidów opublikował film senatora Piesiewicza w sukience zażywającego biały proszek, Romaszewski był jednym z nielicznych, którzy stanęli w jego obronie (później okazało się, że Piesiewicz był szantażowany przez autorkę nagrania, sąd uniewinnił go od zarzutów związanych z narkotykami). Senator Romaszewski – wbrew stanowisku władz PiS – zagłosował przeciwko uchyleniu immunitetu polityka PO. Został za to zawieszony. Nie przyjął tej decyzji z pokorą – postanowił sam wystąpić z klubu PiS. Stwierdził wtedy, że nie godzi się na zastraszanie polityków w celu wymuszania politycznej jedności.
Zbigniew Romaszewski

Posłowie są zmuszani do posłuszeństwa obawą, że kierownictwo nie umieści ich na listach wyborczych. (...) Metoda ta obecnie powszechnie stosowana w największych polskich ugrupowaniach politycznych jest tym, czego nie mogę zaakceptować mając w pamięci atmosferę towarzyszącą większości mojego życia, które upłynęło w PRL.

wypowiedź z 15 lutego 2010 r.
Szkoda, że takich osób w polityce jest tak niewiele. Nie tylko tych, którzy pamiętają PRL, bo poznali na własnej skórze, czym był totalitaryzm. Ale tych, którzy – nawet jeśli to będzie niepopularne we własnym środowisku politycznym – potrafią postąpić zgodnie z własnymi zasadami. Bo "warto być przyzwoitym". Po prostu.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...