Przez balustradę wychylił się Jurij Gagarin i powiedział "ale tu daleko do ziemi", czyli czego jeszcze nie wiesz o PKiN

Mówi się że, pracownicy ochrony Pałacu Kultury i Nauki nie mogli zdradzać, gdzie pracują (nawet rodzinie!), a trzech z nich, nazywanych Kieliszkiem, Biskupem i Banią podchodziło do swoich obowiązków z takim zaangażowaniem, że raz nie wpuścili samego prezydenta Bieruta, gdyż nie zapowiedział swojej wizyty. Jednak nawet tak silna ochrona nie była w stanie zapobiec ludzkiej wyobraźni: włóczęga Marek spędził kilka miesięcy, ukrywając się w kinie "Wiedza", a do portierni wprowadziła się kobieta wraz z dzieckiem i łóżkiem. O tym, jak Pałac stawał się popularny (zwłaszcza na wsi) świadczy również fakt, że na jego adres przychodziła korespondencja z całej Polski. W listach skarżono się na władze gminne i powiatowe, proszono o pomoc, a nawet zwierzano z problemów osobistych.

Burzyć czy zostawić w spokoju?

Gdy Związek Radziecki z dobroci serca postanowił podarować Polakom prezent, chyba nikt się nie spodziewał, jak bardzo będzie on kłopotliwy. Od początku wokół budynku, który powstać miał w Warszawie toczono dyskusje, a z czasem zacięte batalie. O kształt, o lokalizację, o zdobienia, o przeznaczenie i otoczenie. I pomimo upływu tylu lat te kwestie poruszane są nadal. W 1981 roku na Kongresie Międzynarodowej Unii Architektów architekci z Hongkongu zaproponowali, żeby pociąć korpus Pałacu na kawałki, a następnie rozrzucić je po terenie. Inne pomysły na poradzenie sobie z podarkiem są niemniej interesujące. Miliarder ze Stanów Zjednoczonych chciał na przykład budynek rozebrać, przewieźć i złożyć na wzór amerykańskich zamożnych, którzy w podobny sposób potraktowali niektóre zamki nad Loarą. Polska nie zgodziła się na taką emigrację.



Po zmianie ustroju sytuacja wcale nie stała się łatwiejsza. Od 1991 roku starano się ocieplić wizerunek kolosa ogłaszając konkurs na "oswojenie PKiN”, który zamiast pomóc ujawnił jeszcze większe kłopoty, a w 1996 roku pod wpływem wizji artystycznej zrodził się pomysł pomalowania Pałacu na tęczowo. Oprócz artysty poparł go tylko ówczesny prezydent miasta, Marcin Święcicki, który dwa lata później chciał wokół Daru od Stalina wybudować "koronę ziemi", czyli osiem drapaczy chmur. Wszystko po to, by prezent nie raził w oczy. Na kolejną możliwość przysłonięcia Pałacu wpadł Czesław Bielecki wraz z Jackiem Fedorowiczem – zaproponowali, by wybudować większy budynek i zrobić w nim muzeum komunizmu. Ówczesny prezydent Paweł Piskorski nie poparł jednak planu, a wręcz postarał się o to, by uzupełniono pałacową bryłę o 4 gigantyczne tarcze zegarowe i zmodernizowano taras widokowy, który stał się Multimedialną Galerię Warszawy.

Kolejny raz gorąco zrobiło się w 2015 roku, gdy Pałac obchodził 60. urodziny. Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych z Krakowa zwróciło się do Hanny Gronkiewicz-Waltz o usunięcie „symbolu zniewolenia Polski przez Związek Sowiecki”. Dyskusje wokół tego pomysłu kolejny raz ujawniły, że nadal nie potrafimy poradzić sobie z kłopotliwym prezentem. A mogliśmy wybrać metro lub osiedle mieszkaniowe… Może one nie funkcjonowałyby jako tak wyraźny symbol naszej niełatwej przeszłości. Argumentem broniącym budynku może być jednak fakt, że polscy architekci mieli ogromny wkład w jego ostateczny kształt, a strona rosyjska ceniła ich głosy, brała pod uwagę historię naszego kraju i ważne zabytki architektoniczne. Chciano, by Pałac podobał się ludowi, by lud mógł pluskać się w fontannach przed i w pełni korzystać z nowoczesnych przestrzeni w budynku. Warto również podkreślić, że warszawski kolos bardziej wzorowany był na amerykańskich drapaczach chmur niż na rosyjskich „siostrach”, czyli siedmiu wysokościowcach w stylu bardzo radzieckim.

Bardzo duży prezent od bratniego narodu

"Rząd Związku Radzieckiego zobowiązuje się zbudować w Warszawie siłami i środkami Związku Radzieckiego 28-30 piętrowy gmach Pałacu Kultury i Nauki. Koszty, związane z budową bierze na siebie rząd Związku Radzieckiego”.

Chociaż wielu to może zdziwić, w umowie z 5 kwietnia 1952 roku o wspaniałym darze nie ma ani słowa, jakiegokolwiek zobowiązania ze strony polskiej. Pomimo głębokiego stalinizmu Pałac Kultury jawił się jako faktyczny prezent. Bez niczego w zamian. W lipcu 1951 roku przed Szefem Biura odbudowy Stolicy, Józefem Sigalinem postawiono ważne zadanie. Jako Naczelny Architekt oprowadzić miał po stolicy Wiaczesława Mołotowa. Sigalina uprzedzono „w tajemnicy”, że prawa ręka Stalina poinformuje go, że sam najwyższy dowódca planuje podarować bratniemu narodowi prezent. A prezent będzie duży, monumentalny, więc ten ma być „zaskoczony, ustosunkować się generalnie pozytywnie i nie wikłać się w szczegóły”. Architekt zatem się nie wikłał i tak zaczęła się tajemnicza historia Pałacu. Polacy wiedzieli jedno - budowa ma ruszyć najpóźniej za pół roku i potrwać nie dłużej niż 3 lata. Czyli w obliczu takiego wyzwania, projekt miał być ekspresowy. Reszta była niewiadomą i nikt nie miał odwagi, by pytać.
Zagadką była również lokalizacja. Warszawa dopiero podnosiła się po wojnie i nadal nie miała wyznaczonego centrum. A przecież taki dar zasługiwał na ważny i kluczowy punkt miasta. Zaplanowano pięć możliwych lokalizacji: dwie przy Marszałkowskiej, w rejonie Portu Praskiego, na skrzyżowaniu ulicy Grochowskiej z aleją Waszyngtona i na Mokotowie (u zbiegu Puławskiej, Waryńskiego i Rakowieckiej). Zdecydowano się na Marszałkowską, chociaż architekci wykształceni w kanonach przedwojennych obawiali się, że postawienie takiego olbrzyma w centrum miasta może być zwyczajnie nieestetyczne. Chciano jednak wykorzystać jak najlepiej taką propozycję od Stalina i zdecydowano się negocjować przeznaczenie Pałacu – nie miał być tylko ośrodkiem uniwersyteckim, ale posiadać jeszcze halę na 5-7 tys. osób.
Materiały ze strony www.pkin.pl

Sigalin wspomina też, w jaki sposób odbywały się owe ustalenia. Zaprosił do udziału w wizji lokalnej kilkunastu członków Komisji Urbanistyczno-Architektonicznej z Warszawy i oczywiście architektów radzieckich. Zebrali się w rejonie mostu Śląsko-Dąbrowskiego na prawym brzegu Wisły. Nad osią przyszłego Pałacu latał kukuruźnik wlokący za sobą balon; "wycieczka" miała kontakt radiowy z pilotem. Przymiarki wysokościowe zaczęto od 100 metrów, potem było 110 i 120. Tutaj Lew Rudniew stwierdził: wystarczy. 100-120 metrów, to dobra wysokość dla sylwety-dominanty Warszawy. Albo Polaków, ni stad ni zowąd, ogarnęła mania wielkości, albo doszli do wniosku: skoro dają, i to za darmo - trzeba brać jak najwięcej. Tak czy inaczej Naczelny Architekt stolicy, wraz ze swym współpracownikami krzyczał "Wyżej!" po każdych kolejnych 10 metrach.

Zarówno po stronie rosyjskiej, jak i polskiej dominowały wątpliwości, spierano się o dokładne ustawienie bryły i wysokość samego budynku. „Podarek” z każdym dniem okazywał się coraz bardziej kłopotliwy. Architekci z obydwu stron zacięcie walczyli o swoje racje. Ostatecznie udało im się dojść do porozumienia.

Słoń w koronkowych gatkach

Na kolejnych konsultacjach ustalono, że sylwetka gmachu musi być prosta, jasna i jednakowo widoczna ze wszystkich stron. Obawiano się, że gigant może przygnieść miasto i odbiegać od warszawskiej tradycji. Polskim architektom podobała się bryła, ale gdy nadeszła pora decyzji o detalach, zaczął pojawiać się kolejny kłopot – niektóre elementy uznano za niepowściągliwe, wskazywano na nadmiar kompozycji i bogactwo form, które odstają od obrazu polskiej skromności, jednak za najważniejsze kryterium uznano zadowolenie ludu. Później jednak to właśnie detale, monstrualne attyki, bogate zdobienia elewacji, wplątywanie gustu ludowego i dążenie do nieprawdopodobnych rozmiarów każdego elementu wpłynęły na karykaturalny wygląd. Pałac nazwano "słoniem w koronkowych gatkach".

Gdy w końcu ruszyła budowa, Polska Akademia Nauk zorganizowała specjalną Stację Naukowo – Badawczą. Dla potomnych spisano każdy, nawet najmniejszy szczegół prac. A efektem można było się chwalić - Pałac Kultury i Nauki w połowie lat 50-tych był drugim co do wysokości budynkiem europejskim. Zadania zostały dokładnie podzielone: strona polska miała przygotować teren pod samą budowę i otoczenie oraz przebudować arterie wylotowe. Jak poważne było to zadanie mogą świadczyć słowa Sigalina o tej przestrzeni, że była to "pustynia ze sterczącymi kikutami”. Strona rosyjska wiele gwarantowała, wymagała jednak najpiękniejszych rodzajów kolorowych marmurów i wapnia oraz różnokolorowych granitów. Jasnoszary sprowadzano ze Strzegomia, jasnoróżowy i czarny ze Szklarskiej Poręby. Uruchomiono również w kopalni Miękina produkcję ciemnoczerwonej kostki porfirowej, pojawiły się też kopalnie kostki kwarcytowej i sjenitu. Chyba nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że cała Polska "budowała" Pałac.

Praca wielu rąk

Na budowie pracowało 3,5-5 tys. Rosjan i 4 tys. Polaków. Zarabiali według swoich stawek narodowych. Dla strony polskiej rząd wybudował ośrodek hotelowy na Woli przy ulicy Elekcyjnej, a pracownicy radzieccy zamieszkali na osiedlu "Przyjaźń" na Jelonkach: w każdym domu mogło zmieścić się 60 osób i wybudowano je z prefabrykatów. Budowniczowie mieli również dostęp do dwóch stołówek, sklepów (świetnie zaopatrzone, po znajomości i za prowizję korzystali z nich również Warszawiacy), klubu kultury z biblioteką i sali widowiskowej na 700 miejsc. Na pracownikach ciążył jednak o wiele większy obowiązek niż tylko mieszać cement czy znosić cegły. Ich życie miało być źródłem przykładu, a osiedle szybko zaczęło być nazywane "Drużbą" i przez komunistyczną propagandę wykorzystywane jako wzór do naśladowania: robotnicy po pracy nie pili piwa, tylko zaczytywali się w literaturze pięknej, deklamowali Puszkina czy grali w szachy. I oczywiście uśmiechali się do dziennikarzy, którzy po licznych i częstych wizytach donosili polskiemu czytelnikowi, jak należy żyć.

1 maja 1952 zawyły silniki pierwszych radzieckich koparek. Zaczęło się windowanie norm i szaleńczy pęd. Przy takim tempie aż dziwne, że Pałac nadal stoi. Od tych pierwszych ruchów łopatami zaczęły się również nasilone działania propagandowe. Nagłówki z gazet krzyczały o "artystycznie wykonanym modelu Pałacu Kultury i Nauki", który oglądać można w Płocku w ogrodzie Floriańskim. Albo o Pałacu z cukru – ten stanął w witrynie kawiarni "Słoneczna" w Warszawie. To polityczne szaleństwo nie zwalniało jednak tempa prac, a pod koniec roku postawiono pomost, z którego każdy obywatel mógł oglądać powstające arcydzieło. W marcu 1953 roku budowa nabrała jeszcze większego prestiżu. Wielki Przyjaciel Polski opuszcza ziemski padół, stając się jednocześnie patronem pnącego się do nieba Pałacu, a na robotników spada nowy obowiązek reprezentacyjny.
Barbara Zawada, "Głos Pracy"

"Milcząco kroczą równych szeregach budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Pełni żalu, lecz nie złamani bólem, idą złożyć pośmiertny hołd swemu Wielkiemu Nauczycielowi, Najdroższemu Wodzowi, Umiłowanemu Ojcu. W ich milczeniu głębokim zawarta jest cała żałość ogromna i cały wielki hart, którego nic nie jest w stanie złamać"

Gdy wszyscy otrząsnęli się już po tej straszliwej stracie, powróciły dyskusje na temat tego, czy jest się czym zachwycać? Leopold Tyrmand zanotował, że lud Warszawy szybko zaczął nazywać Pałac "pekinem" – to lekceważąca nazwa domów rozpusty na rogu Złotej i Żelaznej, a Władysław Broniewski nazwał go "koszmarnym snem pijanego cukiernika". Po otwarciu Pałacu powtarzano natomiast zagadkę: "Jakie jest najpiękniejsze miejsce w Warszawie? 30 piętro PKiN, bo stamtąd go nie widać". Modna była również przyśpiewka: "Co nam obca przemoc dała, nocą rozbierzemy".

Szybko, szybciej, więcej

Mimo ironicznych komentarzy praca nie zwalniała. Montowano iglicę, która miała nawiązywać do Bramy Floriańskiej w Krakowie, a prasa na bieżąco śledziła poczynania na placu budowy: ile ton materiałów zużyto, ile wagonów je dowiozło i ile mieszkań można by z tego wybudować. Zastanawiano się również z jakiej odległości widać szczyt Pałacu – podawano nawet, że z 50 km. Ale od tamtego czasu zmieniła się nie tylko panorama miasta, ale i jakość powietrza… Nieustannie trwały prace wykończeniowe: huta ze Szklarskiej Poręby wykonywała żyrandol ważący 1,5 tony, na basenie stawiano trampolinę, w Teatrze Dramatycznym (roboczo nazywany teatrem Wojska Polskiego) montowano kurtynę, a w Muzeum Przemysłu (dzisiaj Muzeum Techniki) cyklinowano posadzki.
"Zapomniano" jednak o pewnym ważnym elemencie - pomniku Gwiazdy, Fundatora, Najbliższego Przyjaciela – Stalina. Dlaczego? Szczęśliwie okazało się, że nie ma w Polsce rzeźbiarza, który podołałby temu zadaniu. W zorganizowanym konkursie nie wyłoniono żadnego szczególnego projektu. W anegdotach przywoływany jest tylko jeden, autorstwa Xawerego Dunikowskiego, ostatecznie uznano go jednak za zbyt szpetny i przywołujący skojarzenie, jakoby Ojciec Narodu Radzieckiego pluł na cały świat (wydęte usta). Jeden z naocznych świadków wspomina, że podczas pokazu projektów jedynie Józef Cyrankiewicz parsknął śmiechem, reszta odwróciła wzrok w poczucie zażenowania i niesmaku. Prace wykończeniowe i aranżacyjne trwały do połowy lipca 1955 roku. Wszystko musiało być gotowe wielkie otwarcie, które zaplanowano na 22 lipca 1955 roku.

Przekazany Narodowi przez Naród

Przy stole ustawionym przed gmachem zasiadł ambasador ZSRR Pantelejmon Ponomarienko i premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz. Był 21 lipca 1955, godzina 16:00. Pałac został przekazany, protokół podpisany. „Całe społeczeństwo polskie” prezent odebrało następnego dnia - komunistyczna propaganda zrobiła z tego wydarzenia fetę na kształt wejścia Żydów do Ziemi Obiecanej. Budowniczowie otrzymali tysiące medali i pism gratulacyjnych od mieszkańców z całego kraju. Pomimo całej niezgody na stalinizm, instrumentalne traktowanie pracowników, angażowanie ich w polityczne przepychanki, trudno nie mieć szacunku do tempa i efektu prac. Na drodze do osiągnięcia tego celu życie straciło 16 osób. Pochowani zostali na Cmentarzu Prawosławnym na Woli. Do dziś o ich groby dbają pracownicy Zarządu Pałacu Kultury i Nauki.

Pomimo krytyki z wielu stron Pałac od początku traktowany był jako budynek administracyjny, a miesiąc od oddania do użytku odbył się w nim V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Odwiedzenie Pałacu stało się obowiązkiem każdego gościa przybywającego do stolicy. Czy to Nikity Chruszczowa, czy przywódcy Wietnamu Ho Chi Mina lub Korei Północnej - Kim Ir Sena. To w Pałacu wystawiono premierowo sztuki Mrożka czy Gombrowicza. To w tym gmachu śpiewali Marlena Dietrich, The Rolling Stones, Leonard Cohen czy Paul Anka, który przerwał koncert na wieść o zamordowaniu prezydenta Kennedy'ego. To przez pałacową balustradę wychylił się Jurij Gagarin i powiedział "ale tu daleko do ziemi", a na placu przed w 1987 roku mszę świętą odprawił Jan Paweł II.

Po odwilży, za Gomułki budynek zaczął stawać się mniej symboliczny i luksusowy – otwarto go dla każdego. I oczywiście wraz z tym, pojawiły się kolejne problemy – obawiano się zniszczeń, chociażby pięknych podłóg. Próbowano walczyć z roboczymi buciorami przy pomocy muzealnych kapci czy dywanów, te jednak powodowały bolesne upadki ludu nieprzyzwyczajonego do takich luksusów. Ostatecznie zrezygnowano z takich zabezpieczeń. Wprowadzono jednak inne – kraty ochronne na tarasie widokowym po ośmiu samobójczych skokach, których fala rozpoczęła się w 1956 roku.

Pałac Kultury i Nauki to najwyższy budynek w Polsce: ma 44 piętra, 237 m wysokości (bez iglicy 187,68 m).

Budowę rozpoczęto 1 maja 1952, a skończono 21 lipca 1955 r. W 2017 roku PKiN obchodził swoje 62 urodziny.

Powierzchnia Pałac to 123 084 m2, znajduje się w nim 3288 pomieszczeń.

Pomysłodawcą projektu był Józef Stalin, a architektem Lew Rudniew.

W sylwestrową noc z 2000 na 2001 rok na szczycie Pałacu Kultury odsłonięty został drugi co do wielkości w Europie zegar.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...