"Starsi górnicy piją alkohol, młodsi biorą narkotyki"-o tym jak pracuje się pod ziemią na haju i jak trudno z tego wyjść

Problem narkotyków w kopalniach nie jest nowy, ale o wiele trudniej wykrywalny niż alkohol.
Problem narkotyków w kopalniach nie jest nowy, ale o wiele trudniej wykrywalny niż alkohol. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Problem pijanych górników fedrujących setki metrów pod ziemią, powraca przy okazji każdego poważniejszego wypadku w kopalni, o którym od razu robi się głośno w całej Polsce. Jednak alkohol to nie jedyny problem – czytamy w najnwoszym "Newsweeku" Coraz częściej górnicy pracują na haju. Wszystko po to, aby się nie bać, pracować wydajniej, szybciej i dłużej. I zapomnieć o zmęczeniu.

Jeszcze kilka lat temu, picie alkoholu w czasie pracy lub tuż przed nią przez górników było ogromnym problemem. Po serii wypadków w kopalniach, w tych rozpoczęły się wyrywkowe kontrole trzeźwości, zarówno przed rozpoczęciem zmiany jak i w trakcie pracy, już po zjechaniu pod ziemię. Jednak to tylko część problemu, bo alkohol to nie jedyny "wspomagacz" górników.



Śnieg, Władek, feta - to tylko niektóre z określeń metaamfetaminy, którą młodsi górnicy zażywają, aby pokonać lęk, zmęczenie i uśmierzyć ból. – Nikt nie narzeka głośno, bo wyjdzie na mięczaka, ale czasem kręgosłup tak nawala, że wstać z łóżka nie można. Siadają kolana, stawy, z płucami zaczyna się problem. I jak tu wytrzymać kilkadziesiąt lat? - mówi Tomasz, 28 letni górnik ze Śląska, z którym rozmawiał "Newsweek".

I o ile o alkoholu wiedzą wszyscy i stosunkowo łatwo da się go wychwycić (niełatwo schować butelkę przed zjazdem po ziemię, w dodatku są kontrole alkomatem), o tyle mała paczuszka z działką "fety" jest niezauważalna. I rozszerzonych źrenic w ciemnościach nie widać. W dodatku jest to temat kompletnie nie znany starszym kolegom z szychty. – Dla starszych górników, również tych, którzy nadzorują pracę, dragi to czarna magia. Oni nie rozumieją, jak mówimy, że będzie niezła feta, przyjedzie wujek Władek albo że przydałoby się trochę śniegu – 30-letni Adrian, górnik w jednej ze śląskich kopalni.
Problem narkotyków w kopalniach w oficjalnych statystykach nie istnieje. Wyższy Urząd Górniczy, nazywany policją górniczą, przyznaje, że nie ma żadnych danych, bo kopalnie nie przekazują wyników kontroli, jakie przeprowadzają. W dodatku nie ma przepisów, które nakazywałyby kopalniom lub firmom, które świadczą usługi na ich rzecz, przeprowadzanie testów na obecność substancji psychoaktywnych we krwi. Byłby to też dodatkowy koszt, bo komplet kilkunastu narkotestów kosztuje kilka tysięcy złotych. W skali całych spółek górniczych byłoby to wydatek wielu milionów złotych miesięcznie.

Jednak wyjście z uzależnienia wcale nie jest takie proste. Bardzo często żony górników nie wytrzymują i odchodzą. Pracodawcy stawiają twarde warunki, ale najgorsi są inni górnicy, którzy traktują kolegów na odwyku jak dziwolągi. Nie biorą, nie piją, obserwują. Może doniosą?

Więcej o fedrujących na haju, ich leczeniu i gangach dilujących przed kopalniami w jutrzejszym wydaniu "Newsweeka".
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...