"Ciała jak kotlet z kością utytłany w bułce" – ta książka o Powstaniu wciąż oburza, mimo że ma 50 lat

Miron Białoszewski w swoje książce zdemitologizował Powstanie Warszawskie.
Miron Białoszewski w swoje książce zdemitologizował Powstanie Warszawskie. Fot. Screen z filmu "Miasto 44"
Baby nie wpuszczały Powstańców do kamienic, a żołnierze i żołnierki gzili się po bramach w poszukiwaniu erotycznych przygód. Dla młodego Mirona Białoszewskiego Powstanie było doświadczeniem pokoleniowym i takim, od którego przez kolejne dwadzieścia lat nie potrafił się uwolnić.

"Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" został bardzo skrzywdzony wpisaniem go do kanonu lektur szkolnych. A książka Białoszewskiego to prawdziwa literacka rebelia, skandal towarzyski, wydawniczy i ogólnopaństwowe oburzenie. Czytanie "Pamiętnika" było manifestacją i zapewne, gdyby dzisiejsi "patrioci" zapoznali się z twórczością Białoszewskiego, byłby on w panteonie ich wrogów nr jeden, tuż obok Baumana i Miłosza.



Zagadać strach
– Przez dwadzieścia lat nie mogłem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O
powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to powstanie
opisać, ale jakoś przecież opisać – mówił o "Pamiętniku z Powstania" Białoszewski. Miron nie był żołnierzem Powstania, a cały zryw oglądał z perspektywy cywila. Nie potrafił tego, co widział na własne oczy, wpisać w romantyczno-patriotyczną narrację poświęcenia, walki za państwo, ofiary składanej na ołtarzu ojczyzny. Co gorsza w ogóle nie potrafił znaleźć słów, które będą w stanie zobrazować traumę. Swoją drogą, to właśnie jest najważniejsza cecha traumy, umyka ona wszystkim podstawowym narzędziom percepcji. Dlatego Białoszewski postanowił ją zagadać i to w sposób, który był bliski jego osobistym odczuciom z tamtego okresu, nawet jeśli miałyby być one infantylne, czy obrazoburcze.

To jedna z niewielu książek, w której autor pozawala sobie na parodyzowanie rzeczywistości powstańczej. Opisuje m.in. kobiety, mieszkanki kamienic, które zawzięcie kłócą się z powstańcami, nie chcąc wpuścić do środka. To kolejna ważna lekcja – pisarz pokazuje przykrą prawdę o Powstaniu – to nie cała Warszawa walczyła. A ci, którzy nie zamierzali się narazić Niemcom, nie chcieli z Powstańcami mieć nic wspólnego, a już na pewno im pomagać.
Autor do tematu podszedł bezkompromisowo i zawarł w nim to, czego wymaga forma pamiętnika. Zamieścił to, co rzeczywiście zapamiętał. A w jego pamięci utrwaliło się skojarzenie, że ciała wygrzebane z ziemi wyglądały jak kotlet z kością utytłany w bułce. Miron nadaje śmieszne nazwy broni przeciwnika, brnie w profanację. Działka nazwał krowami, a jednak bycie zabitym przez "krowę", to spora ujma dla ginącego. Co więcej opowiada, że gdy już po Powstaniu mógł obejrzeć maszyny, które ze znajomym nazywali krowami, uznał, że wyglądają jak mechaniczne dojarki – czyli jednak coś krowiego.

Won od moich przeżyć
Sposób opowiadania Białoszewskiego od początku budził niezrozumienie i niechęć. Krytycy i część czytelników nie byli w stanie zrozumieć, że autor nie opisuje wielkiej historii, ale mikrohistorię, czyli swoje własne doświadczenia, które nie poddają się schematom. Janusz Wilhelmi, autor wstępu do pierwszego wydania pamiętnika przyznał, że ta książka może odstręczyć. Twierdził, że autor poddał tekst infantylizacji. Ciekawe tylko, czy chodziło o język, czy o formę podejścia do
tematu, tak odmienną od patetycznych opisów walki na barykadzie, w których
Polacy się lubują.
Recenzje nie pozostawiały na autorze "Pamiętnika" suchej nitki. Chyba najbardziej miażdżącą był „Mironek w piwnicy” Wojciecha Żukrowskiego. W tym wypadku urażono uczucia autora, który również brał udział w Powstaniu jako żołnierz. Żukrowski przyrównuje Białoszewskiego do latającego przewodu pokarmowego, który myśli tylko do jedzeniu i wydalaniu. Uważa go za maminsynka niezdolnego do walki zbrojnej. Krytyka oburza fakt demitologizowania powstańców. Opisywania ich kontaktów z dziewczętami, niechlubnych śmierci w wychodkach. Dla osoby, która racjonalizowała tragedię Powstania wielkimi hasłami, takie przedstawienie tematu, było po prostu nieakceptowalne, bo godziło w jego własny los.
W dobie heroicznych filmów typu "Miasto 44" czy ekspozycji na modłę Muzeum Powstania Warszawskiego, po wyjściu z którego ma się wrażenie, że powstanie było wygrane, Białoszewski jest potrzebny, jak przyprawa w daniu. Bo poza szacunkiem dla poświęcenia powstańców – jakiekolwiek mielibyśmy stosunek do Powstania, perspektywa cywila rzuconego w wir wydarzeń na które nie ma wpływu. Bo według Białoszewskiego: Wojna jest zbiorem nieszczęśliwych wypadków, a powstanie wybuchem zbioru.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...