To uzależnienie jest równie niebezpieczne jak alkohol i narkotyki, a nadal wielu je gloryfikuje

Kadr z filmu "Nimfomanka" (2013)
Twoja partnerka lubi seks i wymaga zbliżenia więcej niż raz w tygodniu? Nimfomanka. Koleżanka umawia się z nieznajomymi kilka razy w tygodniu w konkretnym celu? Nimfomanka. Pozycja inna niż na misjonarza i gadżety erotyczne? Nimfomanka. Na płaszczyźnie językowej bardzo łatwo przychodzi nam używanie tego słowa. Chociaż coraz głośniej mówi się o potrzebach seksualnych kobiet i wielu próbuje przeskoczyć stereotyp, że kobiety pragną mniej i rzadziej, wciąż te, które lubią seks i mówią o tym otwarcie, nazywane są nimfomankami. A to, co wyrażamy z taką pobłażliwością jest chorobą. Uzależnieniem, które, gdy spojrzeć na nie z perspektywy gabinetu lekarskiego, już niekoniecznie jest takie przyjemne i śmieszne.

Znane z lubieżności

Jedną z najbardziej znanych z historii nimfomanek jest Waleria Messalina, żona Klaudiusza (stryj Kaliguli). Chociaż o jej rozpuście napisano wiele, najbardziej sugestywna jest anegdota o tym, jak jednej nocy przyjęła 25 kochanków, wygrywając tym samym zakład z profesjonalną prostytutką. Nie została zaspokojona. Drugą pasją kobiety były spiski i knowania, nie należała do najspokojniejszych partnerek. Równie dużo problemów i również z powodu szczególnych potrzeb seksualnych, miała rodzina Napoleona Bonapartego. Jego siostra, Paulina Borghese, nazywana „Don Juanem w spódnicy” gorszyła, ale i fascynowała, a przy tym uważana była za najpiękniejszą kobietę w Europie. Nie gardziła żadnym kochankiem: lubiła aktorów, oficerów, ale również służących. Nawet gdy złapała chorobę weneryczną nie ustawała w podbojach. Dwóch lekarzy ginekologów starało się ją uleczyć. Winę zrzucano na karb genów i… chorobę pęcherza. W XVIII wieku wiedza na temat tej przypadłości była nikła. Wszyscy pragnęli, by Paulina była cnotliwa, ta jednak, wykorzystując swoją niebywałą urodę nie zamierzała rezygnować z miłosnych uniesień. Nie trzeba wielce trudzić się analizami, by domyślić się, że Bonaparte nie był zadowolony z przynoszących hańbę rodzinie zachowań siostry. Wspierał ją jednak zawsze, a ci, którzy zaszli kobiecie za skórę szybko byli przez niego wysyłani na front.



Łatki „rozpustnych nierządnic” przylgnęły również do Marii Stuart, Izabeli Bawarskiej czy Emmy Hamilton. Czy skoro na kartach historii tyle kobiet zapisało się pod hasłem „nimfomanka”, to obecnie korzysta się z tych przypadków? Biorąc pod uwagę, że nawet współcześnie w środowiskach medycznych wiele dyskutuje się na temat źródeł, powodów i sposób leczenia seksoholizmu, nie dziwi, że dawniej za jedyne „lekarstwo” uważano męski członek, a kobietę osądzano o moralną niegodność. Na szczęście obecnie są inne sposoby niż izolacja w klasztorze lub berberysowy sok. Po lekturze kilku pikantnych historii i forów internetowych wątpliwości było coraz więcej. Postanowiliśmy je rozwiać i zgłosiliśmy się do psycholog i seksuolog, Justyny Lepiarz. Kiedy w końcu należałoby się martwić? Trzeba to powiedzieć głośno: nie, nie trzeba iść na terapię, jeżeli lubi się seks i uprawia się go codziennie.

- Kobieta powinna się martwić, kiedy zaczyna nadmiernie poświęcać swój czas i zaangażowanie na aktywności zmierzające do realizacji zachowań, fantazji seksualnych lub "emocjonalny powrót do siebie" po doświadczeniach seksualnych. To co powinno zaniepokoić to pojawiające się przed i po seksie nieprzyjemne emocje, napięcie, złość, lęk, poczucie winy, a także przymus powtarzania pewnych sytuacji pomimo ich negatywnych skutków - konkretyzuje psycholog. Co to jednak oznacza w praktyce? Właściwie to, co nadal jest w sferze domniemania – jakie jest źródło problemu? U niektórych skrajne zachowania mogą być powodowane silnym popędem seksualnym, poczuciem niższości, nieśmiałością, niewiarą w swoje możliwości i chęcią sprawdzenia ich, ale również traumatycznych przeżyć z dzieciństwa lub innych zbliżeń. - Osoby cierpiące na seksoholizm próbują ukoić nieprzyjemne emocje seksem. Kiedy to zrobią najpierw czują rozładowanie emocjonalne, ale potem przychodzi poczucie winy, że znowu nie dały rady się powstrzymać - tłumaczy seksuolog. Na szczęście ani kontrowersyjne postaci z historii, ani sposoby ich wybawiania z nałogu nie stanowią inspiracji dla współczesnej medycyny.

Dewiantka i puszczalska

O tym, że słowo „nimfomanka” nabiera znaczenia pozytywnego, a już na pewno nie kojarzonego z zaburzeniem, świadczą chociażby komentarze na temat filmu "Nimfomanka" Larsa von Triera z 2013 roku. Może gdyby posługiwać się terminem „seksoholiczka”, to konotowałoby to pejoratywne znaczenie. W tym jednak przypadku tak nie jest, dlatego można przeczytać, że filmowa Joe ma szał macicy, „robi z pochwy chlew”, a w ogóle to po co robić film o „puszczaniu się”. Takie komentarze dziwią i to nie dlatego, że nadal uznajemy, że wszystko, co my robimy w łóżku jest normalne, a cała reszta jest be, ale dlatego, że pokazują, że nie dostrzegamy w tym problemu. Pomagamy chorym na raka, wpłacamy pieniądze na zagraniczne terapie, ale wszelkie zaburzenia psychiczne, depresję i uzależnienia kwalifikujemy jako problemy mniej ważne, wymysły, często oznaki głupoty.

Dzięki szczegółowej narracji von Triera dokładnie możemy przyjrzeć się postaci Joe (Charlotte Gainsbourg) z jej samokrytycznej perspektywy. Kobieta zdaje sobie sprawę, że znajduje się w sytuacji krytycznej - straciła mężczyznę, na którym jej zależało, porzuciła dziecko, ma nielegalną pracę, jest agresywna i odkrywa coraz to nowe i fetyszystyczne metody uzyskiwania satysfakcji seksualnej. Po częstych i przypadkowych zbliżeniach, wchodzi w relację sadomasochistyczną z anonimowym mężczyzną, marzy o seksie z czarnoskórym chłopakiem, który mówi w obcym dla niej języku, a następnie spełnia się w związku homoseksualnym z młodziutką podopieczną. Sceny, podczas których widz ma okazję skonfrontować się z najzmyślniejszymi sposobami osiągania spełnienia są bardzo biologiczne i dosadne. Podobnie jak powracające stany załamania, lęku i bezsilności. To nie jest bowiem tylko film ze śmiałymi scenami erotycznymi, a studium upadku i pokaz wszelkich tragicznych konsekwencji tej choroby (od psychicznych, po fizyczne uszkodzenia narządów rodnych). Komentarze nie pozostawiają jednak złudzeń - wielu widzów nie znalazło miejsca na współczucie, a jedynie negatywną, wulgarną i obraźliwą ocenę Joe.

Jeszcze silniej wybrzmiewa taka postawa, gdy przejrzy się fora internetowe. Z jednej strony kobiety piszą anonimowo o swoich fantazjach bądź potrzebach, nazywając siebie nimfomankami, z drugiej wylewa się fala obraźliwych komentarzy spłycających problem – nawet jeżeli osoba pisząca nie jest chora lub zwyczajnie koloryzuje. W internetowych dyskusjach plagą są stwierdzenia kobiet, że „są nimfomankami i dobrze im z tym” lub mężczyzn marzących o takiej partnerce. Wielu z nich nie wie, że to jednostka chorobowa, która nie polega tylko na zwiększonej częstotliwości zbliżeń. - Zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn uzależnionych, seks nie spełnia już funkcji zaspokojenia psychicznego, uczucia radości czy funkcji więziotwórczej z partnerem. Staje się przymusem, czymś, co niszczy ich codzienne funkcjonowanie, relacje z otoczeniem i bliskimi - tłumaczy Justyna Lepiarz.

Osoba uzależniona nadużywa nie tylko siebie, ale i partnera, który staje się narzędziem do rozładowania nieprzyjemnych emocji, często "masturbuje się partnerem". A problem nie kończy się w łóżku. Zaburzenie nie pozwala na kontrolę impulsów, a chory ma poczucie winy i wstydu, co generuje kolejne napięcia i próby rozładowania ich. Tak właśnie działa błędne koło.

Dar od Boga, a raczej jego "niedźwiedzia przysługa"…

Nimfomania, wbrew wszelkim zapewnieniom jakoby miała być „darem od Boga” wcale nim nie jest. To nadal wstydliwy i poważny problem, który może budzić skrajną frustrację. - Często podejmowanie ryzykownych zachowań wiąże się z zaburzeniem osobowości typu borderline. Pacjentki zgłaszają się na terapię, kiedy zauważą, że zbliżeń jest za dużo, źle się po nich czują, nie potrafią zaangażować się w trwałą relację lub utrzymać jej. Równie często z powodu groźby rozpadu związku, kiedy partner odkrywa kolejne zdrady, kiedy doświadczają zagrażających im zdrowiu lub życiu sytuacji związanych z przypadkowym seksem - mówi psycholog. Nadal dla wielu pań udanie się na konsultację jest bardzo trudne.

Skoro zatem rozpatrujemy seksoholizm w ramach uzależnienia czy i objawy są podobne? Okazuje się, że niekoniecznie. Początkowo mogą być zbliżone: to, od czego jesteśmy uzależnieni, w tym przypadku seks, skutecznie wypiera inne zainteresowania, a aktywność seksualna angażuje osobowość. - Zachowania seksualne zaczynają przybierać formy zrytualizowane, stają się natrętnym przymusem. Z czasem zmniejsza się kontrola, a potem są automatyczne - mówi psycholog. Potem następuje etap dolegliwości biologicznych. Niezrealizowane pragnienia objawiają się zniecierpliwieniem, drażliwością, lękiem, nerwowością, bezsennością, mogą pojawić się również zawroty głowy, bóle ciała, głowy, a w konsekwencji zmiany nastroju i depresja. Justyna Lepiarz podkreśla również, że takie objawy związane są z niemożnością rozładowania napięcia emocjonalnego, a nie seksualnego (popędowego).

Kolejny etap jest bardzo tożsamy z tym, co obserwować można u alkoholika czy narkomana – seks utrudnia uzależnionej osobie funkcjonowanie, wywiązywanie się z obowiązków zawodowych, domowych, społecznych, a zachowania kontynuowane są pomimo ryzyka chorób wenerycznych, aborcji, niechcianej ciąży, utraty partnera czy praw rodzicielskich. Taki stan może trwać całe życie, ale również może się zmieniać wraz z wiekiem. Lub wtedy, gdy podejmiemy leczenie.

Penis jedynym lekarstwem

Hiperseksualność u kobiet nazywana jest nimfomanią, a u mężczyzn satyryzmem. Niezależnie od płci jest uzależnieniem wyniszczającym i uciążliwym, w którym stosunek seksualny staje się najważniejszą częścią życia. W XVII i XVIII wieku nie potrafiono diagnozować i rozpoznawać seksoholizmu jako choroby. Dlatego uznawano, że sposobem są izolacja lub… zaspokojenie. „Leczenie miłością” można domniemywać z działań Rasputina, który fallusem wypędzał z kobiet szatana. Delikatną sugestię, jakoby prawdziwe uczucie mogło pomóc można znaleźć również w "Nimfomance". W pierwszej części filmu Larsa von Triera bohaterka wspomina, że zupełnie zrezygnowała z seksu po odejściu ukochanego mężczyzny. Dopuszczała się jedynie masturbacji w metrze.

To, jak w ogóle postrzegano kobiecą seksualność świetnie pokazuje książka doktora medycyny M.D.T. de Bienville’a „Nimfomania, czyli Traktat o szale macicznym”. Chociaż współcześnie nie jest to wartościowa pod względem naukowym lektura, jasno wskazuje, że „szał maciczny” atakował znienacka (szczególnie młode wdowy czy zaniedbane żony), wpierw wprawiał w zadumę, a następnie doprowadzał do szału i manii: kobiety krzyczały, obnażały się publicznie, gadały od rzeczy, klaskały. Byleby tylko pobudzić mężczyznę i zaspokoić pożądanie. Pierwszy opis pięciu przypadków erotomanii przedstawił francuski psychiatra G.G. de Clérambault w 1921 r., a Maria Bogucka w książce „Gorsza płeć. Kobieta w dziejach Europy od antyku po wiek XXI” przywołuje powszechną w tamtym okresie opinię, że „kobieta jest ofiarą nieustannych żądz swej macicy”. Pierwsze programy terapeutyczne powstały w Stanach Zjednoczonych i w 1979 roku, za zgodą Anonimowych Alkoholików, przejęły od nich metodę 12 kroków. W Polsce zainteresowani mogą korzystać z grup Wspólnoty "Anonimowi Uzależnieni od Seksu i Miłości” lub Anonimowych Seksoholików. Również w filmie „Nimfomanka” bohaterka podejmuje próbę leczenia. Bardzo sugestywną sceną jest ta, w której ma za zadanie wyeliminować ze swojego otoczenia wszystko, co może pobudzić ją seksualnie. To znamienne przedstawienie, bo ujawnia, że dla Joe było to wszystko – od lustra, książek, wszelkich dodatków w mieszkaniu, po krzesła czy ranty mebli. Współcześnie mamy dostęp do innych narzędzi, żeby pomagać takim osobom. - Leczenie farmakologiczne pomaga obniżyć napięcie emocjonalne wynikające z objawów depresyjnych i lękowych, które towarzyszą seksoholizmowi, ale nie wpływa na źródła. Mogą nimi być nadużycia seksualne, przemoc psychiczna i fizyczna, odrzucenie przez bliskie osoby, deprywacja potrzeb emocjonalnych. Terapia pomaga przepracować te źródła, pokazuje wynikające z nich dysfunkcyjne schematy zachowań oraz drogę jak z nich wyjść - tłumaczy psycholog Justyna Lepiarz.

Celem terapii jest powstrzymanie, nieodtwarzanie dysfunkcyjnych schematów. A tak często dzieje się w przypadku skrzywdzonego dziecka, które w dorosłym życiu powiela zachowania, czując, że nie zasługuje na więcej i tylko dzięki aktywności seksualnej może liczyć na czułość i bliskość. Psycholog dodaje, że to, co leczy to również zaspokojenie zdeprawowanych w dzieciństwie potrzeb opieki, akceptacji i więzi. Tego pacjentki nie dostały i szukają w dorosłym życiu, a kartą przetargową jest seks. Dzięki psychoterapii i zrozumieniu źródła problemu możliwe jest wyswobodzenie się z sideł nałogu. Chociaż zdania na temat całkowitego wyeliminowania problemu nadal są podzielone – przecież nie można całkowicie zrezygnować z seksu, a jedną z dróg jest odzyskanie pełnej kontroli nad kompulsywnymi zachowaniami.

Nadal choruje mniej kobiet

Seksuolog podkreśla, że w poszukiwaniu źródła trzeba zrozumieć, że to nie potrzeba seksualna jest powodem rozpoczęcia aktywności seksualnej, a napięcie emocjonalne. Pacjentki cierpiące na seksoholizm "seksualizują stres", mylą napięcie emocjonalne, złość czy lęk z pobudzeniem seksualnym. Problem pojawia się, kiedy pacjentki wykorzystują zachowania seksualne do regulacji napięcia. Justyna Lepiarz wskazuje również, że nadal kobiet uzależnionych od seksu jest znacznie mniej niż mężczyzn. Tylko rodzi się pytanie czy faktycznie mniej kobiet cierpi na tę przypadłość, czy po prostu panie rzadziej przyznają się do problemu w obawie przed łatką „puszczalskiej”? Bo jak się okazuje, pomimo szerokiego dostępu do wiedzy, wielu nadal nie dopuszcza myśli, że równie niebezpieczna jak chora noga, jest chora głowa.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...