"Fake newsy" o urlopach to wśród ludzi "dobrej zmiany" jakaś moda? Paczuska poszła w ślady Tarczyńskiego

Kontrowersje wokół urlopu Marzeny Paczuskiej nie kończą się na spekulacjach o jej odwołaniu. Spore emocje wywołał też ten "urlopowy" wpis na Twitterze.
Kontrowersje wokół urlopu Marzeny Paczuskiej nie kończą się na spekulacjach o jej odwołaniu. Spore emocje wywołał też ten "urlopowy" wpis na Twitterze. Twitter.com/MarzenaPaczuska
Jakąś dziwną modę zaczynają lansować udający się na urlop ludzie "dobrej zmiany". Kilka dni temu głośno było o tym, jak swego rodzaju "fake newsa" wokół rzekomej podróży do Miami próbował wyprodukować poseł PiS Dominik Tarczyński. Teraz okazuje się, że w jego ślady poszła szefowa "Wiadomości" Marzena Paczuska. "Jakby co, to od wczoraj, jestem na urlopie" – napisała w niedzielne popołudnie. I dodała urlopowe zdjęcie, na którym internauci dostrzegli, że coś się nie zgadza...

Wokół tego urlopu Marzeny Paczuskiej jest już mnóstwo zamieszania, bo branżowe serwisy poinformowały, że szefowa "Wiadomości" miała zostać na niego wysłana przymusowo. Jej obowiązki zostały przekazane szefostwu Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i sugeruje się, iż Paczuska może już do TVP nie wrócić. Jednak na tym urlopowe kontrowersje się nie kończą. A wszystko przez tego tweeta:
Można przypuszczać, że Marzena Paczuska opublikowała ten wpis na Twitterze, by uspokoić emocje wokół jej zniknięcia z TVP. Miało wyglądać na to, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego i odpoczywa ona na urokliwej włoskiej wysepce Ponza. Osiągnęła jednak zupełnie inny skutek, bo na jej nieszczęście internauci szybko zauważyli, że coś się nie zgadza. A właściwie, że nie zgadza się wszystko.
Marzena Paczuska nie mogła wykonać tego zdjęcia na starcie urlopu, ponieważ pochodzi ono z... w 2008 roku. Co więcej, Marzena Paczuska nie jest jego autorką. Dziewięć lat temu na Ponzie ten kadr uchwyciła francuska fotografka Marie Therese Magnan. I można podejrzewać, iż szefowa "Wiadomości" nie otrzymała zgody na wykorzystanie fotografii, gdyż Magnan nie udostępniła go w sieci w ramach wolnej licencji, a w swoim portfolio w serwisie Flickr zastrzega sobie wszelkie prawa, w tym obligatoryjne uznanie autorstwa.



Skąd to wszystko wiemy? Właściwie już od dawna technologia umożliwia łatwe demaskowanie takich fotograficznych kłamstewek. W odnalezieniu pierwotnego źródła zdjęcia zazwyczaj pomaga Google Images. Potem trzeba jeszcze sprawdzić, który z wyników można uznać za pierwszy plik załadowany do sieci. Jeśli będziemy mieli szczęście (tak, jak w tym przypadku), pierwotne zdjęcie będzie zawierało dane EXIF, a z nich dowiemy się nie tylko, kto jest autorem, ale i kiedy (a czasem także gdzie) zostało ono wykonane.

źródło: Twitter.com/MarzenaPaczuska; Flickr.com/marite2008
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...