Audi A5 w letni weekend. Idealny dowód, że pieniądze jednak dają szczęście

Audi A5 świetnie prezentuje się na tle morza. Fot. naTemat
Przepiękne "coupe z czworgiem drzwi" od niemieckiego producenta nie jest tanie. Ani w bazowej wersji, ani tym bardziej takie, jak w tym teście. Co nie zmienia faktu, że to jedno z najlepszych aut, jakim jeździłem. Żywy dowód na to, że droższe auto zawsze będzie lepsze od tańszego. I jest wręcz stworzone na wakacje. Bo czym jechać w trasę ze stolicy nad Bałtyk, jeśli nie taką bryką?

Audi A5 przy okazji premiery opisywaliśmy całkiem niedawno. Teraz importer udostępnił je nam jeszcze raz, a ja sprawdziłem je w zupełnie innych realiach. Pierwszy test odbył się po ulicach Warszawy. Ja tymczasem skupiłem się na dalekodystansowej podróży nowym A5. I byłem całkowicie pozytywnie zaskoczony.



Piękne na sprytny sposób
Po pierwsze: po co podróżować brzydkim autem, skoro można ładnym? Jeśli mieliście już szczęście widzieć nowe Audi A5, to wiecie, jakie to dzieło sztuki. Długa maska, długa szyba, długo opadająca linia nadwozia ostro ścięta na tylnym zderzaku. I te trójwymiarowe reflektory w technologii Matrix LED. A5 zdecydowanie może się podobać. W testowanej wersji S-Line samochód nabiera przy okazji bardziej agresywnego wyglądu.
Pojawiają się większe i ładniejsze felgi, "agresywniejsze" zderzaki, chromowane końcówki wydechu i inne akcenty, które znacząco zmieniają odbiór auta. Co szalenie ważne, poza tymi wszystkimi bajerami z nadwozia auta wynika trochę magii, które uprzyjemniają podróż.

A5 tej generacji jest od poprzednika nieco węższe i niższe, ale i dłuższe. Co to daje? Świetny współczynnik aerodynamiczny na poziomie Cx=0,26. Dodatkowo samochód schudł o 85 kilogramów m.in. dzięki aluminiowej klapie bagażnika. Dzięki tym udoskonaleniom opływowe i lekkie auto spala mniej paliwa (przy dużej prędkości na autostradzie A5 zadowoli się 6-7 litrami oleju napędowego), a w środku jest też ciszej – dzięki mniejszym oporom powietrza.
Komfort, komfort, komfort
To bardzo ważne, bo A5, choć wygląda jak rasowe sportowe coupe (ponownie, z czworgiem drzwi), stawia przede wszystkim na komfort kierowcy. A silnik pracuje tak cicho, oczywiście jeśli go nie żyłujemy, że te opory powietrza rzeczywiście stają się największym źródłem hałasu.

Dzieje się tak dzięki zaawansowanemu układowi napędowemu zastosowanemu w aucie. Testowany model napędza dwulitrowy motor wysokoprężny, który współpracuje z siedmiobiegowym automatem S tronic. Efekt w trasie jest powalający. Przy prędkości delikatnie przekraczającej dozwoloną na autostradzie silnik pracuje na niskich obrotach –raptem ok. 2200 na minutę. W tak wygłuszonym aucie, przy takiej prędkości, to naprawdę nic. Można skupić się na rozmowie z pasażerami. A najlepiej ze współpasażerem.
Bo nie ukrywajmy, A5 to żadne auto rodzinne. Co prawda kanapa z tyłu jest bardzo wygodna i całkiem pojemna, ale nie kupujesz tego samochodu po to, żeby jechać z rodziną na tygodniowe wakacje w Bieszczady. Choć udałoby się, bo bagażnik jest duży. Kupujesz go po to, żeby porwać dziewczynę czy chłopaka na weekend w Sopocie.

I ta podróż jest niezwykle komfortowa. W środku jest cicho, ale to już wiecie. Zawieszenie w trybie comfort jest zestrojone idealnie na długą podróż. A w razie potrzeby fotele rozmasują wasze plecy. Co istotne, komfortowa podróż to także taka, w trakcie której nie masz problemu z wyprzedzaniem. 190-konny silnik nie jest żadnym demonem. Do setki rozpędza się w trochę ponad siedem sekund, jest ospały zwłaszcza na starcie z miejsca. Ale w trasie te osiągi są więcej niż wystarczające do szybkiego, komfortowego i bezpiecznego wyprzedzania.
Przewaga dzięki technice
PR-owcy koncernu z Ingolstadt nie wymyślili tego hasła przypadkiem. A5 uprzyjemnia kierowcy długą podróż także innymi "drobniejszymi" rozwiązaniami technicznymi.
Choćby opcjonalny wirtualny kokpit. To genialny wynalazek w trasie. Nie musisz praktycznie odrywać wzroku od drogi. To, czego nie widzisz na wyświetlaczu przeziernym na szybie, zobaczysz za kierownicą. 12,3-calowy ekran pokaże ci nawigację, informacje o stanie auta czy obsłużysz dzięki niemu multimedia. Drugi ekran na kokpicie staje się praktycznie zbędny. Niech zajmuje się nim współpasażer.

Do tego adaptacyjny tempomat z asystentem korka. Rozwiązanie stworzone na polskie drogi. Jechaliście ostatnio krajową siódemka na Pomorze? Mieszanka dróg krajowych, ekspresowych i... korków z powodu budowy. Kiedy pędzicie, adaptacyjny tempomat utrzyma odpowiednią odległość od auta przed wami. Kiedy ciągniecie się w korku, asystent zajmie się wszystkim za kierowcę. Sam ruszy z miejsca, sam się zatrzyma, sam się utrzyma na pasie i sam skręci w zakręcie. Wystarczy tylko go pilnować. I wreszcie napęd quattro. Czołówka w klasie, dzięki zastosowanej technice wyczuwa poślizg, zanim... do niego dojdzie. I oczywiście dostosowuje auto do sytuacji.
Ale moim ulubionym bajerem i tak jest system Audi pre sense. Pod tą nazwą kryje się bardzo skuteczny system przeciwzderzeniowy. U innych producentów do tej pory miałem wrażenie, że podobne rozwiązania są zbyt przeczulone lub zbyt ospałe. Co innego w A5 – idealnie wyczuwa sytuację na drodze. Reaguje w odpowiednim momencie, co niestety raz sprawdziłem. W trasie nad morze ruch potrafi gwałtownie zwalniać, a ja w newralgicznym momencie akurat spojrzałem na kierownicę. Sam też bym sobie poradził, ale... po co się denerwować?

Szykuj portfel
W tej trasie nad Bałtyk nie mogłem jednak zapomnieć o jednej kwestii. Audi A5 – choć piękne i zaawansowane technicznie – jest mimo wszystko dość drogie. Najtaniej można je kupić z silnikiem TFSI 1.4 o mocy 150 KM za niemal 160 tysięcy złotych. Ale, z całym szacunkiem dla Czechów, to silnik dobry do Skody Octavii, a nie do Audi A5. Żeby kupić samochód z testowanym 2.0 TDI, trzeba już przygotować niecałe 200 tysięcy. A żeby mieć auto wyposażone tak jak w teście, trzeba przygotować ponad 300 tysięcy.
To dużo, biorąc pod uwagę, że jeśli już mówimy szczerze, to w gruncie rzeczy mamy do czynienia ze zmutowanym Audi A4, co dobitnie widać choćby po (świetnie wykonanej) desce rozdzielczej. Rzecz w tym, że ten rodowód... wcale nie przeszkadza. Przynajmniej jeśli ma się te 300 tysięcy do wydania na samochód.

Jeździłem bowiem wieloma drogimi samochodami, ale mało który budzi we mnie takie pozytywne emocje. Zresztą nie tylko we mnie, ale i w przechodniach czy innych użytkownikach dróg. Choć akurat oni patrzyli na mnie z zazdrością. Jazda "a-piątką" daje kierowcy mnóstwo przyjemności i szczęścia. Co najmniej tyle co sam pobyt nad morzem. Ta frajda jest warta każdej wydanej złotówki.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...