Nie tylko mop parowy. 6 najbardziej absurdalnych rzeczy, które można było kupić w Telezakupach Mango

Telezakupy Mango to hit przełomu wieków. Ale jak się okazuje, w dobie zakupów przez internet mają się całkiem dobrze.
Telezakupy Mango to hit przełomu wieków. Ale jak się okazuje, w dobie zakupów przez internet mają się całkiem dobrze. Fot. screen z youtube.com
Branżowe media huczą o niespodziewanej decyzji właścicieli telewizji TVN: spółka sprzedaje wszystkie akcje telewizji Mango24. Pewnie myślicie: nic dziwnego, przecież nikt na tym nie zarabiał. I tu jesteście w błędzie! Przypominamy kilka przykładów najbardziej bezużytecznych i absurdalnych rzeczy, które można było tam kupić.

Okazuje się, że w dobie internetu i błyskawicznych zakupów, na telewizji sprzedażowej można całkiem nieźle zarobić. W ciągu ostatnich trzech lat, spółka mogła pochwalić się dochodem na poziomie 60 milionów złotych. I to wszystko na garnkach, sokowirówkach i wibrujących podstawach do odchudzania. Jednak i tak najbardziej absurdalne były produkty oferowane lata temu.

1. Pajączek

To absolutny klasyk, którym matki straszyły swoje garbiące się pociechy. Szelki zakładane na plecy dziecka miały korygować wady postawy – kiedy noszące dziecko zaczynało się garbić, wydawały one z siebie przeraźliwy pisk. Przypominało to trochę tworzenie odruchów Pawłowa i w żaden sposób nie powodowało, że Jaś czy Kasia rzeczywiście przyjmowali prawidłową postawę przy rysowaniu (dla tych urodzonych trochę później: tak, wtedy komputer w domu był rzadkością). W dodatku ten wynalazek kosztował ok. 60 zł (+przesyłka) i psuł się po kilku użyciach. Choć co zaskakujące, można jeszcze znaleźć w internecie ogłoszenia sprzedaży tego hitu. Ale chyba tylko w celach sentymentalnych.

2. Mop parowy

Tego urządzenia było na przestrzeni lat co najmniej kilka wersji. Ale łączy je jedno: mają usuwać zanieczyszczenia z każdej powierzchni i nie straszna im krew po bójce dzieci, przypalony tłuszcz czy plama po czerwonym winie. I to nawet na dywanie! Rzeczywistość była jednak mniej kolorowa. Z doświadczenia bliskich osób, które poddały się wyrafinowanym technikom perswazyjnym wiadomo, że skuteczność tego urządzenia była żadna. Zwykłe plamy na podłodze były zbyt brudną przeszkodą dla magicznego mopa, nie mówiąc o zabrudzeniach dywanu. Do tego nieszczelny pojemnik na wodę. I krótki kabel. I tak ponad 300 złotych było wyrzucane w błoto. A raczej szło z parą.

3. Maszyna do robienia waty cukrowej

Ach te klimaty wesołych miasteczek, które rozkładały swoje podwoje w środku osiedli miast powiatowych. Obowiązkowe były odwiedziny u pani, która w dużej maszynie robiła watę cukrową. Co prawda już po zjedzeniu połowy mdliło jak diabli, ale sceny z dzieciństwa pozostały. Jednak dzięki telezakupom, można było taką watę robić w domu. Wystarczył cukier, odrobina wody i maszyna. Za jedynie 229 złotych. Za te pieniądze dzieci miały być szczęśliwe. I to nie tylko te z obecnego pokolenia. Nic nie wiadomo o trwałości tego urządzenia i przekazywaniu jej z pokolenia na pokolenie, ale jedno jest pewne: wtedy jeszcze nie było fit-szaleństwa.

4. Maszyna do szycia Easy Stitch

Teraz podręczne maszyny do szycia nie robią na nikim wrażenia, jednak kilkanaście lat temu, to było coś. Mango zapewniało, że maszynę Easy Stitch, dzięki jej niewielkim rozmiarom, można zabrać wszędzie – na biwak (może nam się podrzeć namiot) lub na ślub (gdyby suknia panny młodej się popruła). A największą zaletą miało być to, że osoby które nigdy z szyciem na maszynie nie miały do czynienia, z łatwością miały sobie poradzić.

5. Kosmodisk

Nie wiadomo jak pas zrobiony z nylonu miałby ozdrowić nasze obolałe i przeciążone kręgosłupy, ale obietnice były kuszące. Oczywiście do niczego się to nie nadawało, nie można było w tym wygodnie siedzieć, a sam wynalazek co chwilę się zsuwał. A kręgosłup jak bolał przed użyciem, tak bolał i po. Cena? 279 złotych.

6. Motylek-masażer

I najbardziej okrutna pozycja z zestawienia. Tutaj też było wiele wersji tego wynalazku. Jak mówiła reklama, urządzenie miało relaksować i zmniejszać napięcie mięśni. Wystarczyło przykleić je na wybraną część ciała, a impulsy elektryczne miały zrobić resztę. Nigdy, przenigdy tego nie próbujcie. To raczej współczesne narzędzie tortur niż masażer. Na najniższym poziomie czuć było tylko łaskotanie, ale potem było naprawdę źle. Zamiast obiecanego masażu, był zwykły ból.



Nie wolno też zapomnieć o samych prowadzących te "pokazy". To głównie bohaterzy pierwszej polskiej edycji "Big Brothera" i Joanna Bartel. Ale to już zupełnie inny temat.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...