Spojrzałem w dół i chciałem się wycofać. A to był początek spaceru w dół z 35 metrów

Spacer może być sportem ekstremalnym! Aby zejść z tego warszawskiego budynku trzeba zawisnąć poziomo głową w dół. Proste. Póki nie stanie się na krawędzi 11 piętra. "Walk in The Sky" opcja dla osób, które chcą zrobić krok w przód. Dosłownie i w przenośni.
Spacer może być sportem ekstremalnym! Aby zejść z tego warszawskiego budynku trzeba zawisnąć poziomo głową w dół. Proste. Póki nie stanie się na krawędzi 11 piętra. "Walk in The Sky" opcja dla osób, które chcą zrobić krok w przód. Dosłownie i w przenośni. Fot. Włodzimierz Szczepański / naTemat.pl
Okazuje się, że spacer może być sportem ekstremalnym. Na mapie Warszawy pojawiła się nowa fabryka adrenaliny. Polska nazwa tego dreszczowca jest dość trywialna – spacer po ścianie wieżowca. Nieświadomy tego, co mnie czeka "pospacerowałem". Gdy stanąłem na krawędzi budynku, chciałem zrezygnować. W końcu ruszyłem i co chwila powtarzałem: – O, kur...

Do końca nie byłem pewien, czy zdecyduje się na spacer z wieżowca. Zawsze podziwiałem gospodynie domowe, które myły okna na wysokości 11-tego piętra. Ukłucie zazdrości wywoływali palacze rozpierający się na balustradach malutkich balkonów z petem w dłoni. A mnie się kręciło w głowie już na czwartym piętrze. Strach, a właściwie chęć jego przełamania skusiła mnie, aby pójść na premierę "Walk In The Sky".



Horror na świeżym powietrzu
"Ścieżka spacerowa" jest na ścianie Kolmeksu. Z boku ogromnego, podłużnego transparentu, po którym śmiałek idzie, widoczne są metry, ponad 35 kresek. Z dołu wydaje się, że jest nisko.

– Eee, dam radę – stwierdziłem na ten widok. Aby uświetnić premierę nowej warszawskiej atrakcji, organizator ustawił leżaki niemal pod ścianą budynku. Można było poczuć się jak w kinie – tylko głowa zadarta. Dokładniej ujmując można poczuć się jak na seansie horroru. Gdy z platformy wychynęła pierwsza osoba, kobieca część widowni zaczęła krzyczeć z przerażenia.
– Oj, długo nie mogła zejść – komentował kolega z leżaka z lewej. – Widać, że jednak się boi – dodała koleżanka z prawej. W końcu, u góry, dziewczyna zawisła poziomo twarzą do ziemi. Aby zejść niżej, schodzący sam musi przesunąć linę. Widać, jak wisząca nad widownią dziewczyna przesuwa dłoń i po chwili traci równowagę, podkurcza nogi, skręca niemal uderzając bokiem ciała o ścianę. – Aaaa! – znów unosi się okrzyk przerażonych leżakowców.

A teraz pana kolej
Po chwili schodzi kolejna osoba. – Wow! Ale adrenalina! – krzyczy, gdy dotyka stopami ziemi. Niemal każdy uczestnik po zejściu mówił podniesionym głosem. Okazuje się, że to dyrektor firmy "Wyjątkowy prezent", która specjalizuje się w dostarczaniu takich atrakcji.
– Ten pomysł to wypadkowa naszych pasji i poszukiwań. Od 16. roku życia jestem taternikiem jaskiniowym. Badaliśmy rynek w poszukiwaniu nowych form rekreacji. W Niemczech wypatrzyliśmy "Walk the Sky" – wyjaśnia, Jakub Matuszewski. Jeden z obsługujących linę instruktorów pomaga mu zdjąć specjalną uprząż, która przypomina szelki spadochroniarzy. Przyznaje, że w całym przedsięwzięciu najtrudniej było znaleźć odpowiedni budynek w Warszawie. – Trudno przekonać właścicieli do pomysłu, którego jeszcze nikt w Polsce nie zrobił – opowiada. Ktoś trąca mnie w ramię i przerywa rozmowę. – Teraz pana kolej – mówi jedna z prowadzących imprezę. Mówi do mnie.

Spoko, luz, zero adrenaliny. Kłamię
Wciskam szelki. Najpierw nogi, a potem przez głowę szelki naramienne. Instruktor poprawia pasy na udach. Kontrola zapięć na plecach. Jeszcze kask i na koniec rękawice.
Na górę jedziemy windą. – Miałeś doświadczenie ze sportem ekstremalnym? – pyta przewodniczka. Przyznaję się, że nie. Może oprócz jednego. W dzieciństwo skoki z poduszką z dachu garażu. Otwierała się jak parasol za pociągnięciem sznurka z reguły już na ziemi. – Nie ma co się bać. Ja schodziłam wczoraj – zapewnia. Kilka szczebli drabin i już stoję na dachu budynku. Słońce jest oszałamiające.
W dodatku promienie odbiją się o sąsiednie wieżowce. Zaskakujące, ale nawet z tego poziomu samochody są wielkości dziecięcej zabawki. Zadzieram głowę, aby zerknąć na sąsiedni budynek. Otuchą napawa mnie widok starszej kobiety niemal przylepionej do szklanej ściany wieżowca, która niewzruszona z góry obserwuje schodzących. – Skoro ona się nie boi stać na krawędzi, to ja dam też radę – tłumaczę sobie. Z zamyślenia wyrywa pytanie pracownicy firmy. – Czy już czujesz adrenalinę? – Nie, luz – kłamię.

O kur...
Obsługa platformy daje znak, aby wejść wyżej. – Łukasz jestem – wita się instruktor. – Ja też Łukasz – dodaje drugi, który ściąga do worka linę. Jak się dowiedziałem, lina zrywa się dopiero przy obciążeniu 29 ton. – Ja ze swoim strachem przekraczamy masę krytyczną – żartuję. – Jest jeszcze lina asekuracyjna. Razem wytrzymają każdy strach – odpiera spalony od słońca instruktor. No i poleca wejść dalej na platformę. Zapina do niej krótką linę asekuracyjną. Dopina linę do szelek, a drugą dostaję w rękę. – A teraz odpinam linkę od platformy. Teraz już asekurujesz się sam – informuje.
Poleca podejść do krawędzi i stanąć na szeroko rozstawionych nogach. Podchodzę i natychmiast się cofam. – O kur... – wyrywa mi się z ust. Przez chwilę kręci się w głowie. Widzę leżaki z widzami. Najbliżej liny siedzi dziewczyna. Wyobrażam sobie, że spadłbym idealnie na nią. Dwa zgony na miejscu.
A mogę zrezygnować?
Robię krok wstecz. – Nie cofaj się! – słyszę od instruktora. – A mogę jednak zrezygnować? – pytam, a w głowie jeszcze kręci się od widoku leżaków i wizji betonu. – Nie – słyszę. Odwracam się i widzę, że Łukasz z trudem powstrzymuje uśmiech. Podziałał jednak motywująco. Podchodzę znów do krawędzi. – Padną trzy komendy. Na trzecią wychylasz się twarzą w dół – odpowiada. Kurczowo ściskam linę. – Go – pada ostatnia komenda. Tym razem działam już natychmiast. Wychylam się i znów wyrywa się przekleństwo.
Walczę ze strachem, a błędnik oszalał
Nie myślę już o tym, co na dole, tylko walczę z liną i nogami, które zrobiły się jak z waty. Błędnik szaleje, przez chwilę tracę orientację w przestrzeni.
Prawa noga ucieka. Czuję jak Łukasz, trzymając za linę na moich plecach, naprowadza mnie na właściwy kierunek. – Wyprostuj nogi – poleca.
Usztywniam się i uspakajam, gdy czuję stabilność liny. Dłonie nie ślizgają się po niej, czego najbardziej się obawiałem. Powoli idę w dół. Po chwili zatrzymuję się nawet, aby jedną dłonią poprawić kamerkę, która była przewieszona przez ramię.
Utrzymanie ciała poziomo twarzą w dół jedną ręką nie sprawia kłopotu. Mniejsza o to, że wiszę na dwudziestym metrze. Teraz spokojniej mogę spojrzeć na leżakowców. Jeszcze metr i przejmuje mnie kolejna osoba z obsługi. – A teraz pomogę spionizować – tłumaczy instruktor. Stojąc już na ziemi, uświadamiam sobie, że ciało lekko dygocze od adrenaliny.

Czas na kolejny krok

Nie do końca przekonany co do przełamania strachu dopadam Łukasza Kaczora, instruktora, który u góry wypuszczał mnie z platformy. – Nie ty jeden chciałeś zrezygnować – śmieje się w odpowiedzi. Wyjaśnia, ze to naturalny odruch obronny. Nienormalne właśnie jest, gdy się nie boimy. Łukasz coś o tym wie. Sportami ekstremalnymi trudni się od 2009 roku. Zaczynał od skoku na bungee.
– Właśnie mój pierwszy spacer porównałbym do tych emocji jak z pierwszego skoku. Ten sam dreszczyk strachu. Tutaj sobie nawet dawkujesz, bo chodzi o to, aby zejść powoli – przyznaje. Na dole wielu śmiałków powtarzało, że spacer był dla nich ćwiczeniem motywacyjnym. Łukasz Kaczora zgadza się z tymi opiniami. – Pokonałeś strach, przełamałeś coś, co nie leży w twojej naturze. Złamałeś jakąś barierę, teraz stać cię będzie na kolejny krok – podkreśla.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...