8 zdań, które kobiecie inteligentnej nie przejdą przez gardło

Scarlett Johanson w filmie „Lucy” kadr z filmu
Inteligencja to nie tylko wyniki testu IQ kwalifikujące do dołączenia do Mensy, ale także subtelności, które wyłapujemy z otoczenia. Reakcje mimiczne rozmówców, potencjalna wieloznaczność wypowiadanych słów, świadomość tego, co może sugerować sposób w jaki mówimy. Słowem poziom niemierzalny testami.

„Wiesz, ja bym w życiu za to tyle nie dała…”

Stosunek jakości do ceny nowego żakietu koleżanki to twoje największe zmartwienie. I to zmartwienie tym większe, im dłużej zastanawiałaś się ostatnio czy nie kupić sobie podobnego. Głupio powiedzieć Joli czy Basi, że brzydki. Przecież nie jesteś wredną małpą, tylko kobietą z klasą i wiesz, że o gustach się nie dyskutuje oraz, że lepiej nie powiedzieć nic, niż powiedzieć coś niemiłego. Ale uwaga o cenie przecież taka nie jest. Po prostu uważasz, że Jola (Basia) za dużo wydaje na ubrania. Jeśli chodzi o rozsądek powinna brać przykład. Z ciebie na przykład.



EDIT: To może być szokująca informacja, ale cudze pieniądze są, no cóż – cudze. Niezależnie czy tę torebkę wartą twoją półroczną pensję kupił Marinie Wojtek, czy też kupiła ją sobie sama, NIESPODZIANKA, to nie tobie to ma pasować, a kupującym. Podobnie jak ludzie różnią się zarobkami, różnią się też priorytetami wydawania pieniędzy. To, że ktoś woli pomykać w designerskich adidaskach i jeść na mieście od rana do wieczora, nie czyni go gorszym człowiekiem od osoby, która zbiera na „przygodę życia” w postaci grupowej objazdówki po Tajlandii.

Tak jak o gustach z dobrymi znajomymi nie tylko można, ale wręcz wypada dyskutować, tak wtrącanie się do cudzych wydatków jest poniżej krytyki. Nawet w formie „ja bym tyle nie zapłaciła”. Bo tak właściwie – kogo to obchodzi?

„A tak się dla niego poświęcałam”

Gotowałaś, sprzątałaś, Chodakowską robiłaś, w bieliznę od Agent Provocateur się wbijałaś i co? I nic! Jak on mógł stracić zainteresowanie, zrezygnować z usług pielegnacyjno-seksualnych świadczonych na tak wysokim poziomie. Nie wiesz, co zrobiłaś źle. Być może powinnaś karmić go częściej tak, jak lubi, ale myślałaś, że to związek na lata, więc bombardowałaś surówkami i sokiem z chia w imię wspólnego „długo i szczęśliwie”. A może chodziło o to, że za rzadko nosiłaś sukienki...?

EDIT: Oferta rynku matrymonialnego wielkomiejskich singli nie zachwyca. A że na bezrybiu i rak ryba, zaskakująco wiele kobiet ma tendencję do wikłania się w historie bez przyszłości. Nawet jeśli związkowa lekcja nr 1 została odrobiona i nie wierzymy już w prawidła z Disneya w rodzaju „siła miłości go zmieni”, przekonanie, że dbanie o związek polega na serii poświęceń pokutuje nieraz i do śmierci (uczucia lub jednego z małżonków).

Nikt nie kocha ani nie szanuje kogoś za liczbę zrobionych brzuszków, kanapek do pracy ani wyprasowanych koszul. To tylko miły dodatek, który nie nadrobi braku namiętności czy kulejącej komunikacji. Chyba, że luby urodził się w latach 20. ubiegłego wieku lub ma rys psychopatyczny. Poświęcenia tego typu są składane nie na ołtarzyku miłości, ale raczej własnej głupoty.

„Także, jak już mówiłam”

Świat jest lekcją WF-u, a ty nie tylko masz strój, ale i własną piłkę do kosza i zmianę obuwia w zależności od dyscypliny. Twoje słowo to synonim racji i prawdy, zaś argumenty ostre jak brzytwa, logiczne jak Garri Kasparow.

Kiedy więc orientujesz się, że ktoś śmiał uronić choć słówko z twojej tyrady (lub też po prostu opowieści o tym, co jadłaś wczoraj na obiad), trudno ci ukryć irytację. Spójrzmy prawdzie w oczy – wszyscy oprócz ciebie to trochę motłoch i bydło, a fakt, że czasem zdają się tego nie dostrzegać i nie spijają słów z twoich ust, tylko dodatkowo utwierdza cię w tym, co o nich myślisz.

EDIT: Po tym zdaniu od razu rozpoznacie erudytkę, melomankę, poliglotkę, – słowem omnibuskę. „Jak już mówiłam” sugeruje nie tylko irytację z powodu konieczności powtórzenia części wypowiedzi, ale też zdradza wysokie mniemanie o sobie osoby mówiącej.

Nie jest to może dowód na brak inteligencji per se, ale okazywanie innym ludziom wyższości w 9 na 10 przypadków nie jest opłacalną zagrywką. A rzucanie sobie i to nawet potencjalnych kłód pod nogi nie jest szczytem roztropności. Bywa oczywiście i tak, że ta fraza to zwykła naleciałość językowa nie różniąca się szczególnie od kolokwialnych „no weź” czy „ej”. Jednak JAK JUŻ MÓWIŁAM, rozumienie wydźwięku słów też jest oznaką inteligencji.

„Jestem za równouprawnieniem, ale nie popieram feministek”

Feministka to taka gruba, awanturna na-pew-no-lesbijka utrzymująca się z warsztatów odlewania wzgórków łonowych w gipsie, a w wolnych chwilach protestująca przeciw goleniu nóg. Do tego nienawidzi facetów. Stąd prosty wniosek, że ty żadną feministką nie jesteś. Kiedy koledzy zarzucają ci podczas dyskusji o dysproporcji w zarobkach, że jesteś feministką, robi ci się zawsze trochę nieswojo. Brzydkie słowo na „f” skupia w sobie niejedną obelgę i przeraża tym bardziej, że nie do końca wiadomo jaką.

EDIT:
Chcąc uniknąć sromotnego ośmieszenia, trzeba wbić sobie do głowy kilka żelaznych zasad. Po pierwsze: lepiej nie używaj słów, których znaczenia nie znasz, lub nie jesteś pewna. Wikipedyjna definicja feminizmu może przytłaczać, ale od czego są poręczne, internetowe słowniki. Rzut oka wystarczy, by zrozumieć, że celem feminizmu jest prawne i społeczne równouprawnienie kobiet. To co, jesteś za odebraniem sobie praw wyborczych, nie-feministko?

„No i co z tego, ja przynajmniej nigdy nie…”

Zaczyna się jatka. Może jeszcze nie krwawa, ale ręka zaczyna już drżeć nad kaburą. Chciałaś tylko powiedzieć tej zdzirze, twojej najlepszej przyjaciółce, że umiarkowanie podoba ci się jej sukienka w kwiaty (skoro pytała), a nagle na wierzch wypływają przedawnione konflikty, a zabliźnione rany zostają rozdrapane. Odpowiedź na, zdawać by się mogło zwykłe, pytanie kończy się tsunami reperkusji. Liczy się już nie sukienka, ale udowodnienie miastu i światu kto tu jest tą dobrą, a kto tą złą.

EDIT: Wściekłość zalewa niektórych stopniowo, innym raczej spada na głowę. Tyle że atak niekoniecznie jest najlepszą obroną w sytuacjach, które nie są politycznymi przepychankami na wizji. Względnie myśląca osoba zdaje sobie sprawę z przekłamań kryjących się w terminach takich jak „wszyscy”, „zawsze” i „nigdy” oraz, że dyskusji nie wygrywa ten, kto głośniej będzie krzyczał/sprawi, że drugiej osobie będzie przykro. Typowy argument osoby bez argumentów.

„Za moich czasów nastolatki takie nie były”

Kiedy ty byłaś nastolatką nie było mowy o malowaniu się do szkoły, robieniu selfie czy spędzaniu popołudnia w centrum handlowym. No i relacje były takie prawdziwe…wszyscy z kluczami na szyi latali po osiedlu, w dwa ognie grali, harcerzami byli, a nie to, co teraz. W głowach się dzieciarni poprzewracało. Widujesz ich w autobusach i tramwajach, naprawdę, dramat. Co z nich wyrośnie wolisz nie wiedzieć, twoje dziecko na pewno takie nie będzie, internet na 18. urodziny, nie wcześniej!

EDIT: Co zabawne, takie teksty nie są wcale domeną nobliwych matron po 70., a często są wygłaszane nawet przez 25-latki. Ludowe porzekadła prześcigają się w naukach – „Zapomniał wół jak cielęciem był”, „Każdy wiek ma swoje prawa” i tym podobnych, a historia (choćby literatury) dostarcza przykładów, że konflikt starzy – młodzi (klasycy – romantycy) trwa minimum od starożytności. Co nie przeszkadza wielu osobom perorować zaciekle na temat rzekomego zepsucia „dzisiejszej młodzieży”.

Może i 15-latki żyją z nosem w ekranach, ale nie będą się musiały uczyć obsługi pakietu Office na kursach dla starszych i niezaawansowanych organizowanych przez zakład pracy. Może i nie spędzają ze sobą czasu na żywo, ale za to są ze sobą właściwie nieustannie – witając się po otwarciu oczy i żegnając przed pójściem spać. Dzięki czemu budują dużą sieć łatwych do podtrzymania, ale i niemal rodzinnych relacji.

Wymieniać międzypokoleniowe różnice można w nieskończoność, trudniej ze zrozumieniem, że to jak nas, w „naszych” czasach wychowywano to nie złoty wzorzec, ale raczej wynik wielu wpływów i tendencji, także mody – a to na kindersztubę, a to na wychowanie bezstresowe. Zanim pierwsza rzucisz kamieniem przypomnij sobie papierosy za szkołą, dokuczanie koleżance sms-ami z Nokii 3310 starszego brata i jak pokazałaś majtki za paczkę Laysów paprykowych. I co, wyrosłaś na ludzi, mimo tych zmaz? Właśnie.

„To ona go sprowokowała”

Nigdy ci się nie podobała ta cała Oleńka. On taki spokojny, zrównoważony, a ona jakoś za głośno się śmiała, za żywo dyskutowała. Kiedy usłyszałaś od znajomych, że Bartek szarpał ją na imprezie za bardzo się nie przejęłaś, znasz go nie od dziś, to dobry chłopak, na pewno to ona go sprowokowała. Może to ją czegoś nauczy, kto inny by z nią wytrzymał, no naprawdę…

EDIT: Żyjemy w takim kraju i w takich czasach, że ciężko nie przesiąknąć seksizmem, praktykowanym w domach i w zagrodach. Jednak co bardziej rozgarnięte jednostki zaczynają w pewnym momencie widzieć, że coś tu się nie zgadza i uświadamiać sobie niekiedy krzywdzące schematy, w których widzą rzeczywistość.

Myśląca osoba wie, że za gwałt nie odpowiada różowa szminka, ani nawet skórzana miniówka. Użycie przemocy fizycznej w społeczeństwie utopijnym powinno być obłożone tak silnym, że niemal nieprzekraczalnym tabu. Po pierwsze dlatego, że gwarantuje bezpieczeństwo i to nawet tym, którzy popierają jakieś pewne formy użycia siły.

Zdania w rodzaju „Ona go sprowokowała” przechodzi niektórym zaskakująco łatwo przez gardło. Tyle że przemoc jest obiektywna, w przeciwieństwie do tego, co znaczy „sprowokować”. Kiedyś wszystkim wyznawcom teorii o prowokowaniu ktoś może spuścić manto w ciemnej uliczce. Za prowokujące patrzenie w komórkę na przykład. Albo prowokująco brzydką fryzurę.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...