Byliśmy w zniszczonym Rytlu. Miejscu, gdzie zwykli ludzie zostali bohaterami, a rządzący się skompromitowali

Tak wygląda krajobraz po kataklizmie w Rytlu. Od pierwszych chwil do pracy przy usuwaniu skutków nawałnic i walki o to, by nie doszło do powodzi na Brdzie, ruszyli okoliczni mieszkańcy. Wojsko przybyło na pomoc dopiero po kilku dniach. Fot. Jakub Noch / naTemat
Kojarzycie te sceny z amerykańskich filmów, gdy w obliczu zagrożenia wszyscy ramię w ramię stają do walki? Dziś takie obrazki widzieliśmy na własne oczy. Tak wygląda rzeczywistość w pomorskim Rytlu i okolicach, które kilka dni temu nawiedził niszczący kataklizm. Po wielu dniach błagań do miejscowości wreszcie dotarło wojsko. No i członkowie rządu. Jeśli jednak Beata Szydło i Antoni Macierewicz czekali tu na wiwaty, to srogo się zawiedli.

To, co stało się w Rytlu i okolicznych leśnych miejscowościach, z trudem opisują meteorolodzy i leśnicy. Pierwsi nie do końca potrafią nazwać burzowe zjawisko, które miało taką siłę, że doszczętnie zniszczyło wszystko, co napotkało na swojej drodze. Trudno im też wyjaśnić, dlaczego taką postać przybrało akurat tutaj. Natomiast ci drudzy z przerażeniem patrzą na ogrom zniszczeń w przyrodzie. Ponad 15 tys. hektarów lasu właściwie zniknęło. Jeszcze leżą miliony metrów sześciennych drewna i nie wiadomo, jak długo zajmie usuwanie wiatrołomów, ale kiedy prace się zakończą, będzie tu pustka. Ogromny las trzeba będzie zasadzić na nowo. Większość z nas nie doczeka chwili, gdy te tereny będą wyglądały tak samo, jak jeszcze kilka dni temu.
Wiele mówiło się głównie o tej przyrodniczej tragedii, ale te kilka dni, które minęły od chwili, gdy nad okolicami Rytla przeszła nawałnica, to przede wszystkim dramat ludzi, którzy tu mieszkają. Uszkodzone domy, zniszczone warsztaty, stodoły i obory to nie wszystko. Od soboty wszyscy z przerażeniem patrzyli przede wszystkim na to, co mogło dopiero nadejść. Powalone przez kataklizm drzewa zablokowały bowiem rzekę Brdę i kanały. Lokalna zapora ledwo wytrzymuje napór wody, szybko przekroczone zostały normy jej wytrzymałości. Pojawiły się nawet nieoficjalne informacje, że szpital w Chojnicach dostał nakaz utrzymywania w gotowości kilkuset miejsc. Dla ofiar powodzi, która zapewne byłaby nieunikniona, gdyby tylko ostatnie dni był ulewne. Cudem pogoda tym razem okazała się łaskawa.
Jednak od pierwszych chwil mieszkańcy Rytla i okolic nie chcieli zdawać się na cuda. Najpierw podniesiono alarm i ruszono na pomoc harcerzom z obozu w Suszku. Potem zakasano rękawy i zaczęto usuwać zniszczenia. – Innych rąk do pomocy nie było. Cały weekend i poniedziałek to był tylko i wyłącznie nasz wysiłek. Mówią, że od razu pojawili się strażacy i ciężki sprzęt? Kur... mać! Przecież to wszystko nasi! Strażacy z wszystkich okolicznych OSP i zawodowcy z Chojnic i chyba z Gdańska też. Tak samo koparki, dźwigi i piły. Wszystko z tutejszych firm – oburza się pan Stanisław. Którego spotykam, gdy w podkoszulku, przemoczonych spodniach i kaloszach wraca ze swojej "zmiany" przy sąsiedzkiej akcji usuwania skutków kataklizmu.
Wczorajszego wieczora pan Stanisław i pozostali wolontariusze doczekali się wreszcie tak upragnionej pomocy ze strony wojska. Choć do jednostki w Chełmnie z Rytla jest godzina drogi, dopiero w poniedziałek minister obrony narodowej Antoni Macierewicz na wniosek wojewody pomorskiego Dariusza Drelicha pozwolił działać chełmińskim saperom. Od razu udali się oni głównie głęboko w las, by tam usuwać najgroźniejsze "tamy" z drzew na Brdzie. W miejscowości żołnierzy jednak prawie nie widać. Zniszczeniami wokół domostw i pierwszymi prowizorycznymi naprawami zwykli ludzie muszą zajmować się sami. Gdzie mogą, pomagają także strażacy.



No i ludzie dobrej woli, którzy w Rytlu masowo pojawili się szybciej niż pomoc zarządzona w Warszawie. – Ludzie przyjeżdżają z najróżniejszych stron i pytają, jak mogą pomóc. Ktoś mówi, że jest z Chojnic, ktoś inny z Gdańska. Jednak przyjechali też ludzie z Poznania i wielu innych dość odległych stron – mówi sołtys Rytla Łukasz Ossowski. Młody i dynamiczny człowiek. Gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że to polityk ze znacznie wyższej ligi. – Dopiero teraz okazało się, że mamy właściwego człowieka na właściwym miejscu. Chwała Bogu, że pan Łukasz nam sołtysuje. On od początku wiedział, co robić – mówi o nim starsza mieszkanka Rytla, którą zagaduję podczas małego wiecu, jaki utworzył się w okolicach sztabu kryzysowego, gdy gruchnęła wiadomość, że na miejsce jedzie ktoś z rządu.
Zgromadziło się kilkudziesięciu ciekawskich. Głównie najstarsi mieszkańcy, którzy już nie mogą pomóc przy usuwaniu skutków kataklizmu, dziennikarze z wszystkich największych redakcji i sporo osób, które na widok tego zbiegowiska zatrzymały się, gdy przejeżdżały przez tę miejscowość. Mówiono, że ma pojawić się premier Beata Szydło, więc już na widok pierwszej rządowej limuzyny jakaś grupka zaczęła wznosić okrzyki "Ta kobieta nic nie może!" i "Stan wyjątkowy!". Okazało się jednak, że pierwsi w Rytlu pojawili się minister środowiska Jan Szyszko i szef MON Antoni Macierewicz. Później wreszcie pojawiła się także sama szefowa rządu. Objechała okolice, by rzucić gospodarskim okiem na to, co się dzieje i złożyła kilka zapewnień, że będzie dobrze.

W Rytlu nie zrobiła jednak wielkiego wrażenia. Tłumy mieszkańców nie przerwały prac, by dowiedzieć się, co ma im do powiedzenia pani premier. A ci, którzy ją oglądali, na wiwaty nie mieli ochoty. – Wszyscy mówią, że tu stało się coś, co nigdy w historii nie miało miejsca. A oni wysyłają wojsko po kilku dniach błagań i przyjeżdżają dopiero po defiladzie w Warszawie? Szkoda słów... – słyszę młodej mamy, która twierdzi, że na spotkanie z Beatą Szydło przyszła z dzieckiem głównie po to, by odpoczęło ono od dźwięku pił, jaki bez przerwy słychać pod jej domem.
To nieodosobnione rozczarowanie. – Na co tu było czekać? Mówiliśmy władzom od samego początku, co się stało. I nie mówili tego ludzie, którzy tu mieszkają od wczoraj. Myśmy wychowali się w tych lasach. Wychowaliśmy się na Brdzie. A usłyszeliśmy z góry, że "może nie ma takiej potrzeby", by przysłać tu większą pomoc. Tymczasem widzieliśmy na przykład, jak rzeka zaczęła przybierać zupełnie nienaturalnie. Jak dzieją się rzeczy, które mogą zrobić naprawdę wielkie nieszczęście – mówi sołtys Ossowski.

Jeśli jacyś politycy w Rytlu pomogli, to byli to raczej posłowie opozycji. – Działają Ochotnicze Straże Pożarne, Państwowa Straż Pożarna, ale nie ma w ogóle reakcji całego kraju. A tutaj jest roboty na parę miesięcy! – grzmiał w poniedziałek w rozmowie z naTemat pochodzący z Pomorza szef klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Sławomir Neumann. I ujawniał, jak samorządowcy i posłowie musieli uparcie naciskać na rząd, by wreszcie wydano odpowiednie rozkazy wojsku. W Rytlu mówią jednak, że zapamiętają przede wszystkim pomoc posła ruchu Kukiz'15 Pawła Skuteckiego. – Był tutaj, działał. Wysyłał apele do ministrów i premier Beaty Szydło, po których coś się chyba ruszyło – zwraca uwagę Łukasz Ossowski.

Dziękuję Pani Premier! Przywraca Pani moją wiarę w struktury państwa. Kiedy byliśmy w Rytlu w niedzielę, to było piekło....

Opublikowany przez Paweł Skutecki na 15 sierpnia 2017
Jednak sołtys Rytla dodaje też, że nie polityka i żale zaprzątają teraz głowy jemu i jego sąsiadom. – Wszyscy maksymalnie angażują się w pracę. W odpowiedzi na nasz apel na dzisiejszej zbiórce stawiło się prawie tysiąc osób!
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...