"Na temat wojska to już szkoda mówić. Jedną kłodę wyciągali prawie pół dnia" – tak wygląda pomoc wojska w Rytlu

Antoni Macierewicz zadbał o wizerunek wojska. Okazuje się, że wyciąganie drzew przez żołnierzy nie idzie tak jak powinno.
Antoni Macierewicz zadbał o wizerunek wojska. Okazuje się, że wyciąganie drzew przez żołnierzy nie idzie tak jak powinno. Fot. Jakub Noch / naTemat
Zniszczenia po ostatnich nawałnicach będą usuwane jeszcze przez wiele dni, ale wciąż nie milkną echa niezbyt szybkiej reakcji rządu i opieszałego działania odpowiedzialnych za pomoc w czasie klęsk żywiołowych służb. Teraz okazuje się, że jest jeszcze gorzej: w czasie usuwania zniszczeń rządzący zatroszczyli się przede wszystkim o swój wizerunek i wizerunek wojska. Ale prawda wychodzi na jaw.

Reakcja rządu na to, co stało się na północy Polski, krytykowana jest nie tylko przez polityków opozycji, ale także przez lokalnych samorządowców i mieszkańców poszkodowanych terenów. Okazuje się, że do opieszałości i niezbyt szybkiej pomocy, dochodzi arogancja władzy i kiepskie przygotowanie wojska.



Całe kilometry powalonych drzew, zablokowanych dróg i rzeki oraz uszkodzone domy – to może być okazja, by zadbać polityczny wizerunek. Antoni Macierewicz przyjechał w rejon dotknięty przez nawałnicę po 3 dniach od kataklizmu. I – jak wynika z relacji osób na miejscu – przede wszystkim chciał pokazać jak najlepiej w świetle kamer. Jak twierdzi jeden z mieszkańców pomagający w udrażnianiu rzeki, tuż przed przyjazdem rządowej kolumny polecono, aby przy pracy zostali tylko żołnierze. Ochotnicy i mieszkańcy mieli się schować na tych kilkanaście minut. Bo przecież telewizyjne obrazki z wojskiem samotnie walczącym ze skutkami nawałnic wypadną o wiele korzystniejsze niż "tylko" pomoc miejscowym ochotnikom.
Jakby tego było mało, według świadków, wspomniane wojsko nie radzi sobie ze swoimi zadaniami. – Widzieliśmy, jak pracuje wojsko. Na temat wojska to już w ogóle szkoda mówić. Jedną kłodę wyciągali prawie pół dnia. Gdzie my z chłopakami przez pół dnia udrożniliśmy chyba trzy, cztery kilometry. Profesjonalizm, jeśli chodzi o wojsko to jest masakra – mówił reporterowi TVN24 Marek Lewandowski, jeden z ochotników udrażniających koryto Brdy.

Na miejscu ciągle panują ciężkie warunki. Tysiące ludzi pozostają bez prądu, wiele domów ma pozrywane dachy, a okoliczne lasy przestały istnieć. Pomimo ogromu zniszczeń i skali potrzebnej pomocy, rząd nie decyduje się na wprowadzenie na tych obszarach stanu klęski żywiołowej. Wciąż za mało jest także rąk do pracy oraz sprzętu do usuwania drzew.

źródło: tvn24.pl
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...