Ten film to ambitniejsze “50 twarzy Grey’a”. Seks na ekranie może iść w parze z dobrą fabułą

Kadr z filmu "Podwójny kochanek" Francoisa Ozona
Kadr z filmu "Podwójny kochanek" Francoisa Ozona Fot. materiały prasowe
Intencją Francoisa Ozona prawdopodobnie nie było stworzenie odpowiedzi na filmową adaptację jednej z najpoczytniejszych powieści erotycznych ostatnich lat. Chociaż z drugiej strony, musiał sobie zdawać sprawę, że tworząc obraz skomponowany w znacznej części z kobiecych erotycznych fantazji, porównań do “50 twarzy Greya” nie uniknie. Być może zrobił to z premedytacją, aby udowodnić, że seksu na ekranie nie trzeba sprzedawać tanio i tandetnie? Jeśli tak, gratulacje - (seks)misja zakończyła się sukcesem

“Ten film nigdy nie mógłby powstać w Ameryce, ale brak purytańskich zahamowań z pewnością wyszedł mu na dobre” - tak podsumował “Podwójnego kochanka” Francoisa Ozona recenzent “Vulture”, jednego z największych amerykańskich portali poświęconych rozrywce. Jak jednak odnotował jego kolega z tego samego portalu, nawet publiczność festiwalu w Cannes, gdzie film debiutował, opuściła salę w stanie lekkiego poruszenia. A to jak na liberalnych francuzów, którzy “dostarczyli kinematografii całą paletę cielesności, a tolerancję dla dosłowności zakroili bardzo szeroko”.



“Można by pomyśleć, że tematów taboo, które mogłyby canneńską publiczność zszokować jest niewiele. Jednak podczas projekcji “Podwójnego kochanka” Francoisa Ozona mieliśmy do czynienia ze sceną tak zuchwałą, że zgromadzona w sali widownia najpierw wstrzymała oddech, potem chichotała, aby koniec końców - zacząć bić brawo” - relacjonował Kyle Buchanan.

Sekwencja, o której mowa, jak prognozuje autor, wejdzie do historii kina, jako jedna z najbardziej zaskakujących dosłownością scen otwarcia. Warto powstrzymać się przed kliknięciem odnośnika do przytoczonego wyżej tekstu i dać się zaskoczyć podczas seansu. Ale nawet ci, którzy tej przyjemności sobie oszczędzą, nie powinni być “Podwójnym kochankiem” rozczarowani, bo ten thriller erotyczny w pełnym napięciu trzyma od pierwszej do ostatniej minuty. Pierwsza scena to dosłowne, wizualne tłumaczenie komunikatu pod tytułem: “Nic nie jest takie, jakie się wydaje”. Widz przez cały film ma podejrzewać, wątpić i zastanawiać się, czy to, czego doświadcza główna bohaterka, dzieje się naprawdę, czy jest tylko wytworem jej wyobraźni.

Postacią, która ma nas do takich przemyśleń sprowokować, jest Chloé, grana przez Marine Vacth. Byłą modelkę poznajemy w momencie, kiedy, za namową lekarza postanawia udać się na terapię. Chroniczne bóle brzucha, które towarzyszą jej niemal nieustannie, mają mieć podłoże psychosomatyczne. Chloé trafia do Paula Meyera (Jérémie Renier) - rzekomo doświadczonego psychiatry, który jak się jednak szybko okaże, z własną emocjonalnością radzi sobie równie kiepsko, co jego pacjentka. Kilka sesji później Paul wyznaje Chloé miłość i sugeruje, aby poszukała innego terapeuty. Jako że ex-pacjentka uczucia odwzajemnia, miłosna sielanka trwa w najlepsze, a bóle brzucha ustępują, dalsze leczenie powoli przestaje być tematem rozmów - para skupia się na przeprowadzce do nowego, wspólnego mieszkania.

Rozpakowując pudła, Chloé odkrywa, że Paul być może nie jest tym, za kogo się podaje - tak przynajmniej sugeruje jego paszport, w którym zamiast nazwiska “Meyer” figuruje “Delord”. Wątpliwości nie rozwiewają ani mętne tłumaczenia Paula (“To nazwisko mojego ojca; zmieniłem je, kiedy rozpocząłem praktykę”), ani fakt, że w czasie, kiedy powinien być w pracy, Chloé widzi go w zupełnie innym miejscu. Ten jednak idzie w zaparte i zarzeka się, że jednak spędził cały dzień z pacjentami. Następnego dnia kobieta odkrywa, że w miejscu, w którym “przyłapała” swojego kochanka, również znajduje się praktyka psychiatryczna. Mając w pamięci tytuł filmu, nie trudno domyślić się, jak będzie wyglądał przyjmujący w niej lekarz.

Oglądanie nagości i scen seksu w kinowym powiększeniu bywa żenujące, zwłaszcza jeśli są one teatralnie wystudiowane i po hollywoodzku przerysowane. “Podwójny kochanek” tego typu doznań widzom oszczędza. Seks jest u Ozona dosłowny, miejscami brutalny, czasem podrasowany zaskakującymi przejściami kamery i lustrzanymi ujęciami. Mimo to cały czas wydaje się realny i prawdziwy co dowodzi, że w czasach, kiedy najdziwniejsze seksualne fiksacje są w zasięgu kliknięcia myszką, najbardziej szokująca i bezwstydna wydaje się... prawda.

Artykuł powstał we współpracy z Gutek Film.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...