Lepszej definicji "musztardy po obiedzie" w Polsce nie ma. Na Śląsku możemy mieć stadion-widmo za 700 mln zł

Stadion Śląski zostanie oddany z sześcioletnim opóźnieniem.
Stadion Śląski zostanie oddany z sześcioletnim opóźnieniem. Fot. Kamila Kotusz / Agencja Gazeta
Pamiętacie jeszcze Stadion Śląski? Dawniej największa arena sportowa w Polsce, później rezerwowy stadion na Euro 2012. Opóźniona o sześć lat przebudowa właśnie dobiega końca. W obiekt wpompowano gigantyczne pieniądze, na odzyskanie których dzisiaj nie ma szans. Główne pytanie na Śląsku to teraz "czy się sam utrzyma". – Ile będą zarabiali, a kto będzie dokładał... Zobaczymy – mówi w rozmowie z naTemat Janusz Cięcioła, dziennikarz katowickiego "Sportu" i działacz sportowy ze Śląska.

Jest piękny, wciąż pachnie nowością. I jeszcze trochę będzie na nim roztaczać się woń betonu. Obiekt nie został jeszcze bowiem uruchomiony, ale nastąpi to w tym roku, a na samym stadionie już nie trwają żadne większe prace. Na kibicu mimo wszystko musi robić olbrzymie wrażenie. Jego dach (przez który w dużej mierze stadion został wybudowany z wieloletnim poślizgiem, ale to inna historia) rozciąga się na powierzchni aż 43 tys. metrów kwadratowych. Drugiego takiego w Polsce nie ma.



Na trybunach zainstalowano ponad 54 tys. krzesełek w żółtych i niebieskich barwach. To ukłon w stronę Ślązaków, w końcu to ich barwy. To niewiele mniej, niż wynosi pojemność warszawskiego Stadionu Narodowego. W trakcie koncertów obiekt ma pomieścić nawet 90 tysięcy widzów.
Wszystko pięknie, a przez to... niebezpiecznie. Bo aż za bardzo przypomina wspomniany Narodowy. Od razu powinna nam się zapalić czerwona lampka.

Przeżyć warszawskie problemy
Budowa Stadionu Narodowego pochłonęła około dwa miliardy złotych. Jedni wypominali rządowi Donalda Tuska horrendalne koszty, które obiekt będzie generował i w trakcie budowy, i po, ale w narodzie przeważyło wtedy patriotyczno-sportowe uniesienie.

Stadion powstał na czas i doskonale sprawdził się w czasie mistrzostw. Czy kiedykolwiek zwrócą się koszty jego budowy? Oczywiście, że nie, ale na to chyba nikt nie liczył. Ale obiekt przygotowano chociaż tak, żeby nie generował dalszych kosztów. Narodowy to tak naprawdę olbrzymi biurowiec. Kompleks po Stadionie X-Lecia odziedziczył gigantyczną nieckę otoczoną wysokim wałem. Na tej przestrzeni, pod trybunami, a dookoła murawy, udało się upchnąć 9 kondygnacji biurowych i 1800 miejsc parkingowych. Całkowita powierzchnia na wynajem to 15300 metrów kwadratowych. To jedna czwarta tego, co oferuje 180-metrowy warszawski biurowiec Warsaw Spire.
Do tego dochodzi 69 bardzo drogich w wynajmie lóż, które chętnie wynajmuje stołeczny biznes, otoczenie 2-milionowej aglomeracji i dogodne położenie na mapie Polski. Efekt? 2013 rok to 13,2 mln zł straty spółki PL.2012+, która administruje obiektem. 2014 rok to strata 1,5 mln zł. Dopiero teraz stadion zaczął wychodzić na delikatny plus.

Na tej samej sportowej fali województwo śląskie zadecydowało o modernizacji swojego obiektu. Wtedy jednak stała się rzecz nieoczekiwana. W trakcie przebudowy zaczęły bowiem pękać tzw. krokodyle – filary, które miały podtrzymywać dach. – Problem stadionu zawsze polegał na tym, że był bardzo upolityczniony. Zaczęło się to od Dziurowicza, który (były prezes PZPN, związany ze Śląskiem, także polityk - red.) był najpierw w SLD, potem kończył w PSL, tu się cały czas zmieniały władze. Stąd się brały opóźnienia. Ktoś chciał wybrać ekipę nie z Wrocławia, tylko skądś tam i dlatego pękły "krokodyle". Wszystko poszło w złym kierunku – mówi ostro Cięcioła. Skandal był tak duży, że sprawą zainteresowała się nawet NIK. Ale nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Dlatego stadion, na który Ślązacy czekali, w Polsce ma raczej... nieciekawą opinię. Co widać w internecie.
A przecież miało być inaczej. – Obiecuję, że prace na tym stadionie będą się odbywały z taką dokładnością, jak w szwajcarskim zegarku – mówił przed laty Henryk Liszka, prezes zarządu HOCHTIEF Polska. To ta firma odpowiadała za "krokodyle", dzisiaj te słowa brzmią co najmniej komediowo. Efekt? Stadion miał być gotowy w 2011 roku, a ostatecznie ruszy dopiero w październiku 2017.

Te sześć lat to szmat czasu w Polsce. W całym kraju wyrosły jak grzyby po deszczu nie tylko stadiony piłkarskie, ale i wielofunkcyjne hale – jak choćby Atlas Arena w Łodzi, która z racji swojego centralnego położenia w skali kraju regularnie zgarnia duże imprezy kulturalne. Decyzja o rozbudowie Stadionu Śląskiego zapadała w innych realiach, kiedy obiekt był monopolistą w Polsce na duże wydarzenia (pamiętacie pierwszy koncert U2?), ale zakończono ją tak późno, że mamy do czynienia z typową musztardą po obiedzie.
Porównanie do stolicy nie było przypadkowe. W porównaniu z Narodowym Stadion Śląski nie ma właściwie żadnego z tych argumentów, które mogą zadecydować o jego komercyjnym sukcesie. Włodarze województwa, którzy zaciągnęli kredyt na 700 mln zł, żeby sfinansować przebudowę obiektu, sami się prosili o kłopoty.

Pięć minut na piłkę nożną już jest za nami
O tych problemach doskonale wiedzą miejscowi. Stadion przede wszystkim nie ma szans na wielką piłkę. Uchwałą PZPN wszystkie oficjalne mecze kadry rozgrywane są na Stadionie Narodowym. Jedynie spotkania towarzyskie mogą być na innych obiektach, ale tych w całym kraju powstało wiele. I to w czasie tych sześciu lat, kiedy w Chorzowie sypała się budowa.

Choćby w pobliskim Zabrzu powstał nowoczesny stadion dla Górnika. W każdym z tych miejsc też chcą kadrę przy jakiejkolwiek okazji, więc Chorzów melduje się co najwyżej w środku rozciągniętego peletonu. W połowie, bo PZPN na pewno nie odmówi jakiegoś meczu "na otwarcie". Ale potem sentymenty się skończą. – Będą dwa mecze reprezentacji U-19, jeśli wszystko pójdzie po myśli, będzie na jesień jakiś mecz reprezentacji pierwszej, ale nic nie wiemy. To się wiąże z tym, czy wejdziemy wcześniej na mundial w Rosji. Wtedy Nawałka chce mecze sparingowe – tłumaczy Cięcioła.
O tym, że Śląsk nie jest już domem polskiej piłki, przekonywał już w 2015 podczas debaty o przyszłości obiektu Andrzej Dziuba, prezydent pobliskich Tychów. – Trzeba patrzeć na fakty i na realia. Nie ma żadnych szans, żebyśmy dostali chociaż złotówkę. Był moment, kiedy w Polsce inwestowano w piłkę nożną i te stadiony wyrastały (Euro 2012 – przyp. red.). Wyłożono na nie olbrzymie pieniądze. Dzisiaj jest zupełnie inna strategia. Na piłkę nożną nie dostaniemy 10 groszy. Zapomnijmy o tym – mówił w trakcie dyskusji zorganizowanej przez "Dziennik Zachodni".

Na Śląsku nie ma też klubu, który byłby w stanie funkcjonować na Stadionie Śląskim. Ruch Chorzów dopiero co spadł z Ekstraklasy i dogorywa w I lidze. Klub ma permanentne problemy finansowe i rozgrywa swoje mecze na anachronicznym stadionie przy ulicy Cichej. Branie obiektu w dzierżawę na czas meczów można włożyć między bajki. GKS Katowice także gra w I lidze. Ma obiekt odpowiedni na swoje możliwości, liczbę kibiców i finanse. Zresztą miasto nosi się z możliwością rozbudowy obiektu. Górnik Zabrze ma ultranowoczesny stadion. A właściwie to trzy trybuny, bo czwarta jeszcze nie powstała. Koniec końców na stadionie i tak ma być ponad 30 tysięcy krzesełek. GKS Tychy jest daleko – poza tym od dwóch lat ma nowy stadion i nikt tam o żadnej przeprowadzce nie myśli.
– Gdyby Ruch był w Ekstraklasie, byłyby może mecze derbowe. Ale Ruch bardzo dołuje teraz. W Katowicach będą budować, Górnik ma swój stadion – podsumowuje Cięcioła. Czyli nawet w sytuacji, gdyby Ruch był na fali wznoszącej, rozgrywałby na Śląskim jedynie pojedyncze spotkania. A to wizja meczu co dwa tygodnie przez cały sezon daje obiektom życie. – Jak będzie na stadionie 50-tysięcznym wyglądał mecz Ruch–Termalica? W Ruchu jest teraz koncepcja, żeby przy Cichej powstał nowy stadion. To chyba jedyne rozsądne wyjście – uważa Cięcioła.

Na fali jest coś innego
To może lekkoatletyka? Po fali sukcesów polskich sportowców na ostatnich mistrzostwach świata ta gałąź sportu jest na topie. Rzeczywiście, władze województwa i Polski Związek Lekkiej Atletyki mają mocarstwowe plany. 2022 – mistrzostwa Europy. A potem świata. Tak, te które właśnie odbyły się z wielką pompą w Londynie na Stadionie Olimpijskim na niemal 70-tysięcznym obiekcie.

Realia są jednak bardzo brutalne. – Duża lekkoatletyczna impreza, jak np. mistrzostwa świata, jest drugim pod względem trudności turniejem do zdobycia, po piłce nożnej. Żeby taką imprezę "dostać", trzeba wydać kilka milionów euro – tłumaczył przed laty prof. Zbigniew Waśkiewicz z Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Przeniosą się tu co prawda władze PZLA, ale przecież nie po to budowano ten stadion. – Na pewno lekkoatletyka będzie miała tutaj swoje centrum dowodzenia. Tu się przeniesie siedziba PZLA, nie ma takiego drugiego stadionu w Polsce (Stadion Narodowy nie ma bieżni – red.). Może się uda przenieść memoriał Kamili Skolimowskiej.
"Może". To może coś mniejszego, jak choćby Drużynowe Mistrzostwa Europy (kontynuacja lekkoatletycznego Pucharu Europy)? Będą za dwa lata. W Bydgoszczy.

Szklanka do połowy raczej pusta
Władze województwa pocieszają od dawna: nie liczy się sport, przecież są jeszcze wydarzenia społeczne, kulturalne. Tak, tylko że po pierwsze nie muszą się opłacać, a po drugie nie wiadomo, czy w ogóle do nich dojdzie.

Pierwszego października, w dniu otwarcia obiektu, będzie miała na nim metę trasa Silesia Maratonu. To znamienne, że nawet na otwarcie imprezy nie udało się sprowadzić żadnej gwiazdy. Tak samo nie wiadomo, czy na chorzowski obiekt w przyszłości wrócą duże koncerty. To tylko gdybanie samorządowców.

A jeszcze rok temu plany były – a jakże – mocarstwowe. – Rozmawiamy z trzema topowymi wykonawcami. Jednym z nich jest Metallica. Mogę potwierdzić, że przyjazd tego właśnie zespołu do Chorzowa jest najbardziej prawdopodobny – mówił Kazimierz Karolczak, wicemarszałek województwa, na łamach "Dziennika Zachodniego". Pozostali wykonawcy to Bruce Springsteen oraz... Justin Timberlake.

W tym samym miesiącu ze stadionu wystartuje Rajd Śląska. Mamy więc dwie imprezy duże, ale tylko na skalę lokalną – a mówimy o drugim największym stadionie w kraju. Na dodatek, jak informował portal Stadiony.net, stadion nie zarobi na nich ani złotówki. Co więcej, trzeba będzie do obu imprez dopłacić. Dalsze plany są bardzo mgliste. Władze miasta i stadionu chcą, żeby światowi artyści wrócili na obiekt, ale nie ma żadnych konkretów.
I taka będzie rzeczywistość przerośniętego Stadionu Śląskiego. – On musi funkcjonować na okrągło, jak na zachodzie. Są plany kursów, paneli. Muszą w tym kierunku iść. Pytanie czy ci ludzie uniosą ten ciężar – mówi Cięcioła o tych, którzy będą zarządzali obiektem. W tym co mówi co chwilę przewijają się "może", "plany" i inne sformułowania świadczące o niepewności Ślązaków. Zresztą mój rozmówca, kiedy pytam, czy stadion może się utrzymać, odpowiada dość zaskakująco: – Stadion powinien generować jak najmniej strat.

– Nikt nie będzie do tego dokładał, na pewno jest koncepcja taka, żeby zarabiać. Chyba nie ma sensu zakładać, że będą straty. W przyszłości to ma pracować na siebie. To nie mogą być jeden dwa koncerty. To musi pracować cały rok. Ma powstać jakiś lokal, siłownia, fitness, sklepik – dodaje. Tak, dobrze czytacie. Sklepik.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...