Patologia czy tylko trudna miłość? Granica jest bardzo cienka i wyznacza ją jeden szczegół

Kadr z filmu "Gorzkie gody" (1992)
Gdy źle się dzieje w związku mówimy, że ta relacja jest toksyczna. Gdy mamy zły humor mówimy, że mamy depresję. Oba sformułowania odnoszą się jednak do problemów głębszych niż "nie układa nam się" i "mam zły nastrój", a przez powtarzanie ich w błahych sytuacjach, odbieramy im pierwotne znaczenie. Za pomocą takiego wyolbrzymienia podkreślamy, jak bardzo jakaś część naszego lub cudzego życia jest niepokojąca. Tylko kiedy to zaniepokojenie staje się niebezpieczne? O to, kiedy w relacji z drugim człowiekiem powinna zapalić nam się czerwona lampka zapytaliśmy psychoterapeutkę Laboratorium Psychoedukacji, Annę Bersz.

Związek toksyczny to…

Nie ma jednej definicji toksycznego związku. Oczywistością jest, że wszelkie naruszenia naszej fizyczności, uderzenie czy niewłaściwy dotyk kwalifikują relację jako zaburzoną. Trudniejsza do uchwycenia jest jednak przemoc psychiczna. Relacja toksyczna, jeżeli mamy spróbować teoretyzować, to taka, która utrudnia rozwój, blokuje, unieszczęśliwia i w której ponosimy więcej kosztów niż zysków. Gdy cierpimy, ograniczamy się, związek działa destrukcyjnie, nie odczuwamy spełnienia i nie rozwijamy się możemy mówić o toksyczności.



Jaki może być pierwszy sygnał, że nasza relacja jest toksyczna lub zmierza w tym kierunku?

Może zacząć się od delikatnego przekraczania granic drugiej osoby, nadużywania. Dla nas pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak może być poczucie zniechęcenia. Robimy coś na co nie mamy ochoty, jesteśmy przymuszani do niekomfortowych dla nas sytuacji. To delikatna wersja. W trudniejszym przypadku skończyć się może na ostrej przemocy. Wtedy, gdy granic już nie ma, nie decydujemy sami o swoim życiu, tylko tę rolę przejmuje nasz partner. Narusza naszą godność i autonomię psychiczną i fizyczną.

Czy pierwsze symptomy, docinki i wyzwiska mogą lub zawsze ewoluują w przemoc fizyczną?

Te granice nie muszą się przesuwać. Ten, teoretycznie subtelny poziom wyłączający agresję czy bicie może nie zmienić się nigdy. Jeżeli zatem w stosownym momencie nie postawimy granic, to krzywdzenie może ulec nasileniu, ale nie musi. Zawładnięcie nami niekoniecznie musi być celem, może nim być gra pozorów czy próba sił.

Kiedy zatem powinniśmy powiedzieć „stop”?

Jeżeli mamy poczucie, że dzieje się coś, na co nie mamy wpływu, pewne sytuacje wydarzają się wbrew naszej woli. To może być sygnał. Związek jest toksyczny, jeżeli brak w nim równowagi, nie mówimy o swoich potrzebach, potrzeby jednej strony są ważniejsze niż drugiej, jedna poświęca się dla drugiej. Ważne jest to, aby jasno określać swoje potrzeby i oczekiwania.

To znaczy?

To znaczy, że to co nam, obserwatorom, wydaje się krzywdzeniem drugiego człowieka w rzeczywistości może wcale nim nie być. Wiele zależy od perspektywy, osobistych przeżyć, doświadczeń i potrzeb. Na to czy czujemy się komfortowo wpływ mają subiektywne odczucia, np. nowoczesna aktywna kobieta, której zależy na rozwoju poczuje się osaczona, jeżeli partner wymagać będzie od niej zrezygnowania z kariery i zajęcie się domem. Z jej perspektywy może to być związek toksyczny, jeżeli zdecyduje się w nim trwać, ponieważ ważna część jej osobowości nie będzie mogła się spełniać. Inna kobieta, której dumą i potrzebą jest wzorowe prowadzenie domu i opieka nad dziećmi nie będzie mogła zrozumieć, dlaczego tamta jest nieszczęśliwa.

Czyli stawianie diagnozy przez pryzmat swoich odczuć jest błędem? Nie powinnam iść do koleżanki i powiedzieć „wiesz co, uważam, że powinnaś odejść od tego chłopaka”?

Stawianie diagnozy na podstawie teoretycznych sytuacji czy „wydaje mi się, że” oczywiście nie wchodzi w grę. Ale to, czy nie powinna pójść pani do koleżanki i tak powiedzieć – już niekoniecznie. Rola przyjaciół i bliskich jest bardzo ważna. Może gdy kilka osób zwróci uwagę na brak równowagi, to ofiara w końcu zrozumie, że coś jest nie tak i postanowi wraz z partnerem coś zmienić. Nie bójmy się interweniować, ale nie dyktujmy innym, jak mają żyć. Jeżeli widzimy coś, co nas bardzo niepokoi - mówmy. Pewne sytuacje mogą źle rokować, ale niekoniecznie być niebezpiecznymi. Ludzie żyją w różnych relacjach i musimy to akceptować. A związek nie jest nam dany raz, trzeba nad nim pracować.

Czy zatem, gdy tylko czujemy się w związku niekomfortowo, to powinnyśmy z niego zrezygnować

Nie, nie możemy tak postawić sprawy. Każda osoba, która wchodzi w relację jest „jakaś”. I ta druga strona też jest „jakaś”. Jedna strona może okazać się nadwrażliwa, mieć nierealne oczekiwania, nie przyjmować krytyki, każdą uwagę odbierać jako prześladowanie i poniżanie, nie radzić sobie z realiami, nie akceptować siebie czy źle znosić frustrację. Taka osoba jest zaniepokojona czy rozżalona, może czuć się niepewnie, mieć trudność z przyjmowaniem informacji zwrotnych. Jednak sam dyskomfort nie może być wyznacznikiem toksyczności.

Rozumiem, że jeżeli takiej żonie mąż zasugeruje, by zmieniła sukienkę, bo w zielonej wygląda ładniej, to ona odbierze to jako atak, a nie troskę?

Ponownie wkraczamy na grząski grunt. Wiele zależy od sposoby zwracania komuś uwagi. Jeżeli mąż powie „idź do fryzjera, bo wyglądasz jak czupiradło”, to raczej żona nie odbierze tego jako troskę. Jeżeli jednak łagodnie powie „kochanie, chyba ostatnio za dużo pracujesz i nie miałaś czasu na fryzjera. Leć do salonu, a ja zajmę się kolacją”, to kobieta raczej się nie obrazi, że facet proponuje jej chwilę tylko dla siebie. Dlatego ważny jest zarówno ton, wydźwięk takiej uwagi, ale również powtarzalność. Jeżeli ktoś codziennie atakuje czyjeś wybory czy wygląd i robi to agresywnie, to możemy się nad tym zastanawiać. Jeżeli jednak drobne sugestie traktowane są jako najgorsza obraza, to wtedy raczej źródło problemu leży po stronie, nazwijmy to umownie ofiary.

Z czego to wynika?

Źródeł upatrywać możemy w dzieciństwie i drodze rozwojowej, wszystkich zebranych doświadczeniach. Dziecko musi zmagać się z trudami życia, umieć odróżnić możliwe do niemożliwego. Jeżeli mama mówi mu, że deser zje po obiedzie, to on nauczy się tego wzorca. Jeżeli mama będzie spełniać wszystkie jego zachcianki, to nie uczy się, że np. na nagrodę trzeba poczekać albo zapracować, wysilić się.

Przypadki, gdy ktoś wycofuje się z relacji, potem wraca i znowu ucieka również mogą mieć podłoże w dzieciństwie. Nie moglibyśmy od razu nazwać tego toksycznym związkiem, tylko zastanowić się, dlaczego np. dziewczyna wciąż ucieka, a chłopak za każdym razem ją przyjmuje. Jeżeli była wychowana w domu, gdzie brakowało czułości i bliskości, to nie umie budować związków i trwałych relacji. Wbrew pozorom tego trzeba się nauczyć, podobnie jak alfabetu. A ona nie dostała takiej okazji. Jest duża szansa, że będzie błądzić po omacku lub idealizować ten potencjalny związek, a rzeczywistość nigdy nie dosięgnie ideału. I teraz pojawiają się dwie opcje. Pierwsza, że wiąże się za każdym razem z innym mężczyzną i każdy okazywałby się zły i niepasujący. To oznaczałoby, że wpadła w pułapkę idealizowania – to się nie spełnia, nie jest tak, jak chce, żeby było, jest rozczarowana, kompletnie dewaluuje relację.

Jednak trochę inaczej wygląda sytuacja, w której dwoje ludzi wciąż zrywa i do siebie wraca. Nie zmieniają obiektu zainteresowania. Dziewczyna wiąże się, potem się nudzi, albo on ją rozczarowuje, a ona decyduje się zerwać. Pojawia się pytanie, w jakich momentach następują zerwania? Może się to sprowadzać do takiego procesu: jest idealizacja, dewaluacja, w samotności, oddaleniu blaknie dewaluacja i ponownie pojawia się tęsknota za tymi dobrymi cechami partnera. Z dystansu nagle zalety są wyraźne, a wady rozmywają się. Ale może też być tak, że dziewczyna nie jest gotowa na poważny związek, boi się zaangażować, widzi, że partner ma poważne plany. Ludzie, którzy boją się bliskości uciekają przed nią. Kojarzy im się ona z zagrożeniem – zniewoleniem, podporządkowaniem, opresją. Nieraz jest również tak, że gdy ktoś nigdy jej nie odczuł jest nią przerażony. I źródeł ponownie możemy szukać w dzieciństwie czy środowisku, w którym się wychowaliśmy.

A jeżeli spojrzelibyśmy na sytuację z perspektywy męskiej. I na przykład to chłopak nieustannie spotykałby się z docinkami, uciszaniem, karcącymi spojrzeniami i sykami „ty się lepiej nie odzywaj” w gronie znajomych?

Oczywiście coraz częściej zdarza się, że to mężczyźni padają ofiarą agresji ze strony kobiet. W takich jednak relacjach, niezależnie której płci dotyczą ja zastanawiam się nad jedną rzeczą. I analizuję nie oprawcę, a ofiarę. Może ten chłopak ma jakieś zyski z takiego zachowania? Często coś, co nam z zewnątrz wydaje się toksyczne, dla tej dwójki będzie satysfakcjonujące. On może nie uważać, że jemu to szkodzi. Może jest biernym facetem, który bez władczej partnerki czułby się zagubiony czy niepewny. Dlatego chętnie przystaje na układ, w którym kobieta mówi mu, co ma robić i nie odbiera jej zachowania jako uwłaczającego. Problemem pojawia się, gdy przeszkadza mu takie traktowanie, ale nie potrafi wyjść z relacji.

Chciałabym jeszcze wrócić do samej toksyczności. Czy to jest tak, że za taki stan odpowiada jedna osoba?

Teoretycznie możemy określić ofiarę i oprawcę. Jedna osoba krzywdzi, druga z tego powodu cierpi. Jednak, jak już wspomniałam, toksyczność ma różne poziomy i niekoniecznie musi być to przypadek skrajnej agresji czy maltretowania. Nieraz chodzić może o obrażanie w gronie znajomych, zawstydzanie, nieoddawanie pieniędzy czy obrażanie. Zależnie od etapu ofiara próbuje zmieniać wzorzec, stawia granice, a jeżeli to nie skutkuje to odchodzi.

Nieraz jest też tak, że sami nie szanujemy odrębności drugiej osoby, oczekujemy niemożliwego, nie znosimy odmowy, jesteśmy niewrażliwi na emocje partnera, nie uznajemy pozytywnych ograniczeń z bycia związku. A trzeba pamiętać o tym, że związek to współzależność, umiejętność szukania kompromisu i porozumienia. Toksyczność płynie zatem od ofiary i prześladowcy. Ale, co bardzo wyraźnie trzeba podkreślić – dla przemocy psychicznej i fizycznej nie ma usprawiedliwienia. Nawet jeżeli ktoś nie potrafi rozmawiać, jest niedostępny czy nieczuły, a druga osoba reaguje na to agresją, nie można tłumaczyć tego prowokacją. Pewnych granic nigdy nie możemy przekroczyć – prześladowca nie może uzasadniać szantażu, upokarzania, zmuszania czy naruszania fizyczności prowokacyjną uległością ofiary.

Ale jak poradzić sobie, gdy zauważymy, że nasz partner coraz częściej pozwala sobie na niewybredne uwagi czy kolejny raz zdyskredytował nas w towarzystwie?

W pierwszej kolejności to musimy nauczyć się wyrażać potrzeby i uważnie oceniać swoje granice. Jeżeli coś nam nie pasuje, nie godzimy się na to. Jeżeli chłopak obraził nas przy znajomych, wychodzimy.

A jeżeli chodzi o pieniądze i „moje pieniądze są moje, twoje są nasze”?

Nie rezygnować z upominania dla świętego spokoju. Jeżeli kolejny raz zapomniał portfela, to trudno. Ty też zapomniałaś i wychodzicie ze sklepu. Każdy człowiek musi wyznaczyć granice, których nie pozwoli przekroczyć. Bo jeżeli raz przymkniemy oko na kłamstwa, raz nie zareagujemy na wyśmiewanie czy dogryzanie, to będzie się to najprawdopodobniej powtarzać.

To wydaje się bardzo trudne…

To jest trudne i na tym polega funkcjonowanie w świecie. Jeżeli jednak czujemy się bezradni wobec sytuacji, która wydaje nam się niszcząca i nic nie potrafimy z tym zrobić, wtedy warto udać się do specjalisty. Niekoniecznie na terapię, ale chociażby na konsultację.
Jeżeli mamy głębokie przekonanie, że zaburzone mamy różne relacje, nie tylko te z partnerem, to możemy pójść sami. Jeżeli słyszymy, że „to ty masz problem”, to nie traktujmy tego jako porażki. To może być dobra okazji, żeby zająć się sobą.

Taka decyzja wymaga jednak pewnego rodzaju dojrzałości. Czy można zdefiniować osobę dojrzałą?

Sprawa wygląda podobnie jak z toksycznością. Możemy oczywiście czysto teoretycznie wymienić takie cechy dojrzałej osoby jak realistyczne spojrzenie na świat, ugruntowane poczucie własnej wartości, znoszenie frustracji, umiejętność podejmowania decyzji. Ale dorosły nie zawsze znaczy dojrzały.

Czy zatem jeżeli jesteśmy dojrzali, to mamy gwarancję, że nigdy nie będziemy w toksycznym związku?

Nigdy nie mamy takiej gwarancji. W pary często łączymy się przed uzyskaniem stabilności, przed zdobyciem tych wymienionych wcześniej cech. I nigdy nie wiemy, jak potoczy się nasze życie. Chociaż istnieje duże prawdopodobieństwo, że człowiek stabilny, pewny swoich potrzeb, o ustalonym światopoglądzie nie będzie trwał długo w relacji, która będzie dla niego krzywdząca. Postawi granice i jeżeli oprawca postanowi je przekroczyć, to koniec. Jednak relatywnie niewiele osób można nazwać dojrzałymi w pełni. A i ta dojrzałość często ulatnia się, gdy wpadamy w stan zakochania. Wtedy idealizowanie i przymykanie oka na wady jest nader powszechne.

Polub BLISS na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...