Tego aktor ci nie wybaczy, czyli czego nie robić w teatrze zdradzają Krystyna Janda, Krzysztof Dracz i Magdalena Smalara

Krystyna Janda z obsadą spektaklu "Lekcje Stepowania" w Teatrze Polonia, 12.12.2016, Warszawa Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Widzowie londyńskich scen zajadają się smakołykami po przerwie i za nic mają szatnię. Teatr jeszcze w XVIII wieku był zgoła inny niż obecnie. Był nie tylko miejscem, gdzie oglądało się przedstawienie, a naturalną platformą myśli i społecznych problemów. Widzowie żywo reagowali na to, co dzieje się na scenie, krzyczeli, płakali, a w międzyczasie kłócili się z sąsiadem o kwestie społeczne. Te ważne i mniej ważne. Był to teatr publiczny, gdzie wszelkie różnice nie miały znaczenia.

Teatr w Polsce kojarzony jest (albo raczej do niedawna był) z eleganckim strojem i wstrzymanym powietrzem. Teraz coraz częściej na widowni zasiadają śmiałkowie, którzy nie widzą przeszkód, by wyrazić swoją dezaprobatę, wydukać recenzję jeszcze w trakcie spektaklu czy odpisać na niecierpiącego zwłoki smsa.



W XVIII wieku żywiołowe reakcje, głośne krzyki i rzucanie przedmiotami w aktorów były codziennością. Później ten paradygmat zaczął się zmieniać i przyjęło się, że na widowni ma być cicho i nie wolno jeść. Wielu do dziś, żyjąc wspomnieniem z lat dziecięcych, omija teatry szerokim łukiem, w obawie, że nie wpasują się w ten szablon. Ale są też i tacy, co chodzą na spektakle i próbują jednak te utarte ramy trochę nadkruszyć. Nie jest to zarzut, bowiem teatr to żywy organizm, który się zmienia, dopasowuje, odpowiada na potrzeby społeczne, bezsprzecznie również jego czołową funkcją jest zapewnienie rozrywki. Co jednak, gdy rozbawimy się tak bardzo, że zapomnimy, gdzie są granice dobrego wychowania?

Zapytaliśmy aktorów, dla których teatralne deski to codzienność, co ich denerwuje, demotywuje czy narusza koncentrację, gdy wykonują swoją pracą. Lepiej nie rób tego w teatrze.

Te przeklęte telefony
Trudno nam się z nimi rozstać, z telefonów korzystamy zawsze i wszędzie, nawet pomimo tego, że w mediach coraz głośniej jest o wszelkiego rodzaju wypadkach przez zapatrzenie w błyszczący ekran czy walkę o selfie idealne. - Zmorą dzisiejszych czasów są telefony komórkowe, z którymi widzowie nie mogą się rozstać nawet w trakcie spektaklu. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć chęć zrobienia zdjęcia czy nagrania filmu. Jednak czasem to zwykłe odpisywanie na sms-y czy odebranie telefonu w trakcie granej sceny. Osobiście staram się nie zwracać na to uwagi, ale czasem, gdy z koncentracją danego dnia jest gorzej bardzo mnie to wybija. – mówi Weronika Bochat, Cosette z Les Miserables z Teatru Muzycznego ROMA.

Każdy, kto bywa w teatrze wie, że ta przestrzeń nie jest wolna od wibracji, szeptanych rozmów czy sprawdzania mediów społecznościowych. Nawet pomimo komunikatu i prośby o wyłączenie telefonów, wielu nie jest w stanie rozstać się z ukochanym telefonem. Zwraca na to uwagę Paweł Dobek, aktor Teatru Fredry w Gnieźnie. - Przed spektaklem prosimy o wyłączenie telefonów, jednak wielu tego nie robi. Widownia jest wyciemniona, a nagle ktoś zaczyna korzystać z telefonu.

A teraz wyobraźmy sobie, że rozmawiamy z kolegą, który na każde pytanie odpowiada z wklejonym w ekran wzrokiem, a wszelkie próby nawiązania rozwiniętego dialogu kwituje pośpiesznym i nieuważnym "aha, no". Nieprzyjemnie, prawda?

I jak wybaczyć można niekontrolowane odblokowanie i rozświetlającą sekundową łunę, tak trudno być wyrozumiałym dla niby cichutkiego „nie mogę gadać, jestem w teatrze”. Przeszkadza to zarówno innym widzom, jak i aktorom. I nie chodzi o zwykłe czepialstwo, a komfort pracy. – Gdy ktoś w trakcie spektaklu patrzy w telefon, zaczynam się stresować i myśleć: „Jestem tak mało interesująca na scenie, że ktoś wybiera Facebooka?” - mówi Katarzyna Chorzępa z Teatru Kwadrat. Że jest to uciążliwy i powtarzający się proceder potwierdza również Magdalena Smalara z Teatru Dramatycznego. - Niezmiennie irytują mnie ekrany telefonów komórkowych, oświetlające niebieskawą poświatą twarze znudzonych, uzależnionych od fejsa nieszczęśliwców.

Aktorzy podkreślają jednak, że z drugiej strony telefony są już tak przyrośnięte do naszych rąk, że momentami trudno się denerwować, że ktoś sprawdza godzinę i rozświetla widownię. – To, że ktoś korzysta z telefonu czy tabletu w trakcie, traktuję jako coś raczej normalnego, sam tak robię. Kiedyś miałem kartkę i notowałem jakieś fragmenty, obrazy czy własne skojarzenia, żeby nic mi nie umknęło. Teraz jest telefon i sprawdzanie na SoundHound kawałka, który akurat leci. Część mojej pamięci mam już niestety w kieszeni. Czasem również, gdy na przykład spektakl trwa 4 czy 5 godzin, to rozumiem, że ciężko wytrzymać bez jedzenia. Dlatego jestem raczej wyrozumiały dla papieroszelszczaczy i ajfonowców. Więc jak zadzwoni telefon to luz, każdy kiedyś zapomina, ale jak chcesz odebrać i rozmawiać to może już lepiej na zewnątrz. – mówi Julian Świeżewski z Teatru Powszechnego w Warszawie.

Głośne komentowanie
W zawód aktora wpisana jest interakcja z widzem. To, jak reagujemy jest dla niego sygnałem, taką recenzją na żywo. W tym kontakcie jest jednak małe "ale". Chodzi oczywiście o naturalne reakcje, które wynikają ze specyfiki konkretnego spektaklu. Jeżeli oglądamy komedię, to wiadomo, że celem aktora jest rozbawienie nas. Śmiech, klaskanie, a nieraz nawet dopowiedzenie z widowni włączają się w przedstawienie, jednak krytyka wyrażana na pół sali już niekoniecznie. Gorzej, gdy jak mówi Krzysztof Dracz, aktor Teatru Dramatycznego, znajdą się widzowie, którzy odgrywają swój spektakl. – Właśnie to głośne rozmawianie denerwuje mnie najbardziej. Na telefony komórkowe mogę przymknąć oko, bo zakładam, że nie jest to działanie celowe, jednak najbardziej irytująca jest próba „rywalizowania” z aktorem, tworzenie osobnego spektaklu. Zdarza się to na szczęście rzadko, ale raz przerwałem spektakl, gdy młodzi ludzie w drugim rzędzie toczyli swoją grę. Powiedziałem, że jeżeli nie interesują się tym, co dzieje się na scenie, to mogą wyjść i nie przeszkadzać innym. Jest to również rodzaj ostentacyjnej demonstracji znudzenia.

Okazuje się, że nieraz widzowie potrafią być bezwzględni. Weronika Bochat przywołuje jedną z takich krępujących sytuacji. - Lubię emocjonalne reakcje typu śmiech czy płacz. Czasami zdarza się jednak, że osoby, które wspólnie przychodzą na spektakl na bieżąco go komentują. Raz, gdy wyszłam na scenę w dość obcisłym kostiumie, to jedna pani na pół sali skomentowała niedoskonałości mojej figury. Jednak cały czas się uczę i powiem szczerze, że coraz rzadziej zwracam uwagę na " trudnych widzów". Skupiam się na roli i na tych, którzy po prostu mnie słuchają i chcą odczuwać emocje razem ze mną.

Żywe reakcje są oczywiście jak najbardziej wskazane, stanowią dla aktora sygnał, że osiągnął cel i wciągnął widza w historię. Jednak lepiej darować sobie relacjonowanie na żywo i dzielenie się opiniami na bieżąco. Głośne rozmowy potrafią wybić z rytmu pracy. Magdalena Smalara przywołuje sytuację, gdy sama miała problem z rozszyfrowaniem reakcji widowni. Tym bardziej, że była to widownia bardzo młoda. - Przed laty w Teatrze Polskim grałam Balladynę. Było to przedstawienie z wielu powodów dla mnie trudne, 120 przedstawień z czego większość dla szkół. O godzinie 12:00. Niejednokrotnie zdarzało mi się, że podczas ukłonów zorganizowanych w systemie operetkowym, czyli wychodziłam ostatnia z obolałym karkiem po upadku od strzału pioruna i śladem na czole od przymałej korony Piastów, uczniowie witali mnie przeciągłym, potępiającym "buuuu". Zanim się zorientowałam, że ta dezaprobata dotyczy postaci, a nie mojego aktorstwa zdążyłam się kilka razy tym zmartwić.

Dźwiękowo-słowne przerywacze potrafią uprzykrzyć życie. Katarzyna Chorzępa podkreśla, że głośne rozmowy są naprawdę niekomfortowe, wspomina o nich również Julian Świeżewski. – W sumie to mało co mnie wkurza w widzach w teatrze. Przeważnie cieszę się, że w ogóle przyszli. A to że kaszlą, chrapią, chrząkają? To dla mnie naturalna część spektaklu. Może gdy gadają to czasem mam ochotę powiedzieć, żeby mówili głośniej, tak żeby faktycznie wszyscy mieli do tego dostęp. Teatr ogólnie jest dla mnie wspólną platformą, nie tylko dla tych na scenie, ale głównie dla tych po drugiej stronie – albo nawet w ogóle pozbyłbym się rozdzielania na strony i traktował tę wspólnotę jako spójną całość. Bez podziału na widzów i niewidzów.

Reakcje widzów są zatem nieodłącznym elementem spektaklu. Jak ważny to punkt dla aktora mówi Helena Ganjalyan. - Kilka razy po zagranym spektaklu, rozmawiając z osobami zasiadającymi na widowni usłyszałam : "to było zabawne, ale bałem się przeszkadzać" czy też "wzruszyłam się, ale nie chciałam tego pokazać". A my, aktorzy mieliśmy poczucie, że widownia jest zdystansowana i że ta komunikacja między nami nie zadziałała. Wszelkie naturalne, emocjonalne reakcje wręcz pomagają nam w grze. Dają znak, że to, co robimy nie trafia w pustkę. Dodatkowo każda osoba "reagująca" ośmiela swoim zachowaniem resztę i tworzy otwartą atmosferę dialogu.

Jest jednak cienka granica pomiędzy tym, co mile widziane, a tym, co już niekoniecznie jest pożądane. I to zarówno przez aktorów, jak i widzów. Grzegorz Kwiecień, aktor Teatru Narodowego w Warszawie, również z tej drugiej perspektywy, jako osoba z widowni, zwraca uwagę, że o ile reakcje naturalne, świadczące o tym, że widz wczuł się w historię są wyczekiwane przez aktorów, o tyle głośne komentowanie fabuły już przeszkadza. - Niektórzy chyba przyzwyczajeni są przez telewizję do głośnego komentowania. Fakt, robimy tak w domu, ale wtedy nikomu nie przeszkadzamy. Byłem kiedyś na spektaklu w Teatrze Współczesnym i dwie panie wciąż dzieliły się swoimi spostrzeżeniami. Uznałem, że jednak, gdy gra się samemu, to nie zwraca się na to aż takiej uwagi, jednak już siedząc na widowni to koszmar. Są jednak jeszcze dwie gorsze rzeczy: brak reakcji, mówimy wtedy, że "Węgrzy przyszli" i wychodzenie na oklaskach, by jak najszybciej dopaść numerek do szatni. To jest bardzo upierdliwe.

Spóźnię się tylko 2 minutki i daj gryza
Przyjęło się, że do teatru się nie spóźniamy. Pamiętam, że jeszcze w czasach późnej szkoły podstawowej czy gimnazjum, nauczycielka powtarzała 20 razy, że widz spóźniony nie będzie wpuszczany na salę. Często również są takie komunikaty na biletach lub stronach internetowych teatrów. Jest to jednak przestrzegane podobnie, jak wyłączanie telefonów. Nie byłam chyba na przedstawieniu, żeby chociaż jedna osoba nie przyszła za późno. Podobnie wygląda sytuacja, gdy jest przerwa w spektaklu – trudno w 15 minut skorzystać z toalety, wypić kawę, zapalić papierosa i przespacerować się wokół budynku, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto podejmie wyzwanie. Albo w drugą, tak bardzo spieszy się do wyjścia, że zapomni, że aktorów za ich pracę nagradzamy oklaskami. - Denerwuje mnie, gdy zaczyna się drugi akt, zaczynamy grać, a spóźnieni widzowie dopiero wchodzą na widownie. To trochę rozprasza. Jednak naprawdę przykre jest, gdy ludzie wychodzą zanim zejdziemy ze sceny. Stresuje mnie i zamyka, gdy czasami zauważam widza, który wyraźnie jest znudzony i niezadowolony, a potem szybko czmycha do domu. Chociaż brak żywych reakcji nie jest oczywiście winą widza. Dobra energia widowni bardzo pozytywnie wpływa na aktora. - mówi Katarzyna Chorzępa.

Kolejna znana chyba każdemu zasada, wpojona jeszcze w szkole: w teatrze nie jemy. Nie kupimy tam popcornu i coli, jak w kinie. Nie jest również dobrze widziane, wyjmowanie własnego prowiantu. Obserwując jednak współczesną widownię, zaczyna się to zmieniać. Zjedzenie batonika czy małej kanapki nie jest szczególnie rzadkie, chociaż nadal spotyka się z karcącym spojrzeniem. – Pamiętam jedną sytuację, która mnie wybiła. Kiedyś w Teatrze Polskim w Bydgoszczy pani otworzyła pierogi w pudełku w trakcie spektaklu. I zaczęła jeść. Czuć je było do ostatniego rzędu. Miałem ochotę przerwać i wziąć udział w degustacji. - mówi Julian Świeżewski.

Na inny element gastronomicznych pomysłów widowni wskazuje Grzegorz Kwiecień. - Cukierki. A dokładnie proces otwierania cukierków. Fakt, czasem to zabawne, często jednak irytujące. Tym bardziej, gdy widz wybiera moment ciszy w spektaklu i jak na złość, jakby myślał, że wtedy słychać mniej, robi to wolniutko. Jak już koniecznie trzeba zjeść tego cukierka, to taka rada: róbmy to szybko i sprawnie, najlepiej, gdy na scenie dzieje się coś dynamicznego i głośnego. Bo niestety w regulaminie teatru nie ma zakazu szeleszczenia.

Magdalena Smalara przywołuje również sytuację, w której zarówno przestrzeń, jak i okazja są nieco inne, chociaż nadal leżą blisko sztuki teatralnej. - Wybitnie denerwujące są sytuacje tzw. eventów, na których występuję z „Kobietą do zjedzenia”. „Klient” życzy sobie pełnej wersji spektaklu, a widownia kompletnie ma w nosie to, co mówię, a to, co śpiewam traktuje jako przyjemne tło do następnej kolejki zmrożonej wódeczki. Jakby nie można było od razu uprzedzić, że to występ do kotleta/kielicha. Odmówię lub odpowiednio się nastawię.

Czy po kilkunastu latach na scenie można zatem przyzwyczaić się do opisanych zachowań? Krystyna Janda zdradza, że z perspektywy czasu coraz mniej zwraca się uwagę na spóźnialskich czy dzwoniący telefon. - Mnie po 45 latach grania i niezliczonych spotkaniach z publicznością, nie denerwuje już właściwie nic. Dzwoniące telefony? Najczęściej przytrafia się to starszym ludziom, którzy dodatkowo nie umieją sobie poradzić z ich szybkim wyłączeniem. Spóźnialscy? Trzeba zorganizować system w teatrze, który pozwoli nie przeszkadzać w spektaklu wchodzącym spóźnionym. Denerwują mnie jednak zegarki, które pikają o pełnych godzinach. Pamiętam, że kiedy grałam "Medeę", scenę pożegnania z dziećmi przed ich śmiercią, około 20:00 to bałam się tych pikających zegarków. Ale tak naprawdę dziś nie denerwuje mnie nic, oprócz braku wrażliwości i głupota reakcji. Ale uważam, że jest to częściej winą aktorów - trzeba grać tak, żeby widownia reagowała odpowiednio.

Polub BLISS na Instagramie

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...