Mamy przepis na podróż w stylu slow food. Dolina Gailtal - kraina zdrowia i dobrego smaku

Slow food w austriackiej dolinie Gailtal, krainie zdrowia i dobrego smaku.
Slow food w austriackiej dolinie Gailtal, krainie zdrowia i dobrego smaku. Fot. Österreich Werbung/Andreas Jakwerth
Wielu z nas chcąc lub nie chcąc, podąża za trendami. Czasem wychodzimy na tym dobrze, czasem trochę gorzej. Jeśli jednak chodzi o zdrowe odżywianie, redukowanie stresu i szukanie czystej przyjemności, moda na slow food na pewno nas nie zawiedzie. Jak jednak w codziennym pośpiechu znaleźć czas na ten sposób życia?

Warto zacząć od Slow Food Travel, by zdobyć tę cenną umiejętność. Dolina Gailtal w austriackiej Karyntii jest pierwszym na świecie regionem Slow Food Travel. Możesz tu próbować, smakować, uczyć się i własnoręcznie tworzyć regionalne potrawy pod okiem specjalistów. Ale jak tam trafić? Od czego zacząć? Z kim rozmawiać? Spokojnie. Slow dla przypomnienia oznacza powoli.

Tradycyjny gailtalski gospodarz - Hans Steinwender
Pierwszą osobą, na jaką powinniście trafić w Gailtal jest Hans Steinwender. Mężczyzna zajmujący się odpowiedzialną produkcją wysokiej jakości specjalności regionu. Hans zaprosi Was do swojego ogrodu kwitnącego wokół gospodarstwa, by opowiedzieć o swoim sposobie na życie. Gwarantuje, że na pewno Was nim zarazi.

O wszystkim najlepiej przekonać się na własnej skórze, ponieważ niełatwo jest opisać smak. Wyobrażenie na jego temat najlepiej uzmysłowią słowa tutejszego gospodarza. Co się tyczy mięsa, jego wyjątkowość tkwi nie tylko w świniach własnego chowu, ale także w tym, czym się je karmi. Hans Steinwender opowiada: - Moja babcia zawsze mówiła, dawaj do karmy więcej ziela. Przez ziele należy rozumieć całe mnóstwo drobnych kwiatków, które kosi się razem z sianem. Nadają one więcej aromatu karmie, a tym samym także wędlinom- dumnie uśmiecha się gospodarz. Zatem każdy etap produkcji ma znaczenie i świadczy o jakości.
Tutejsze restauracje, w karcie dań obok nazw potraw zamieszczają tajemniczą liczbę kilometrów. Co to oznacza? Prosta sprawa jest to droga, jaką musiały przebyć składniki, by trafić na wasz talerz. W przypadku mięsa odległość wynosi zero.

Tradycyjne gailtalskie gospodynie - Sissy Sonnleitner i Inge Daberer
Jeśli o restauracjach już mowa warto zwrócić uwagę na tę prowadzoną przez Sissy Sonnleitner w Kötschach-Mauthen i jej Warsztaty Smaku. Jak opisać Sissy? To kucharka jak z obrazka. Pełna wigoru chętnie weźmie was pod swoje skrzydła i pokaże jak przyrządzić wyśmienite dania ze składników, które rosną dookoła. Przyglądanie się utytułowanej kucharce przy pracy to ogromna frajda. Nie wyrzuca nic, co można jeszcze w jakikolwiek sposób wykorzystać, każdy jej ruch ma sens i cel, a jednocześnie czuć od niej cudowny spokój.

Inge Daberer, siostra Sissy zajmuje się zielarstwem. Dla przeciętnego mieszczucha określenie zielarka jest niemalże magiczne. W przypadku Inge nie ma w tym przesady. Kobieta zaprowadzi was do swojego bujnego ogrodu przy Bio-Hotelu Daberer (certyfikowanego, jako hotel ekologiczny od 1978 roku). Zbierając liście na regionalną sałatkę, warto zabrać ze sobą notes, albo lepiej smartfon, by na bieżąco sprawdzać, z czym mamy do czynienia. Rukola, roszponka, tymianek to banał. Zielarka pokaże wam jak smakuje dwurząd rokiettowaty, babka lancetowata, jadalne kwiatki, podróżnik błękitny czy portulaka pospolita. Piękny bukiet smaku, barw i zapachu, a przede wszystkim zdrowia! Goście spotykają się tłumnie w kuchni, by tworzyć pyszne sałatki, świeże pieczywo, syropy i inne mikstury na podstawie jej receptur.
Spakowani? Gotowi na podróż, która może odmienić Wasze życie i nadać mu smaku? Zakochacie się w tej krainie smaku, która da wam przepis na życie w stylu slow food. Podróż wśród wszystkich swoich walorów: czystej przyjemności, smaku, zabawy przy wypiekach uświadamia nam jednocześnie bardzo ważną rzecz - to jak ważna jest uczciwa i ekologiczna produkcja żywności. Uczcie się, zatem i wracajcie do domu zarażać Polaków tą fajną modą!

Przed wyjazdem, przeczytajcie jeszcze jak o swoim slow życiu w stylu slow food opowiada sama Sissy Sonnleitner:

Czy to prawda, że to Pani wynalazła kuchnię alpejsko-adriatycką?

Nie, oczywiście, że nie! Pojęcie to dawno temu powołał do życia inny restaurator. My jedynie kontynuujemy tę kulinarną tradycję i wprowadziliśmy ją na salony.

W jaki sposób?

Gdy w 1978 roku wraz z mężem zaczynaliśmy gotować, tutejsza branża gastronomiczna bardzo mocno wzorowała się na niemieckiej kuchni. Niemiecka zaś na francuskiej. Popularnością cieszyły się gęsie wątróbki i żabie udka. Mój mąż powiedział wtedy, że do nas to w ogóle nie pasuje. Nie powinniśmy się wzorować na północy, tylko na południu – bo przecież żyjemy w fantastycznym, przygranicznym regionie. Moi pradziadkowie na przykład przyjechali z Włoch.

Powrót do korzeni?

Dokładnie. Naszym kręgiem kulturowym jest przecież nieskończenie urodzajne pogranicze trzech krajów. Zawsze powtarzam, że mamy tutaj największy bukiet produktów w całej Austrii. Do dziś chętnie zaglądamy do sąsiadów, aby u nich szukać najlepszych produktów. Łączymy kuchnię karyncką ze słoweńską i włoską. Poza tym znajdujemy się przecież przy Via Augusta – dawnym rzymskim szlaku handlowym. To oznacza, że tradycja wymiany produktów żywnościowych liczy w tym regionie tysiące lat. A kuchnia alpejsko – adriatycka nie musi być jedynie kuchnią wykwintną, bo nawet chrupiący karyncki chleb na zakwasie, z oliwą z oliwek i solą z Włoch, to prawdziwa uczta dla podniebienia.

Jak więc zostać utytułowaną kucharką?

No cóż, trzeba po prostu dużo pracy (śmieje się). Stworzyliśmy własny styl. Coś jak charakter pisma, któremu jesteśmy wierni od 45 lat, nawet jeśli wciąż robimy coś nowego. Za sprawą mojej córki Stephanie, której pasją stała się kuchnia wegańska, szybko doszliśmy do wniosku, że taka dieta dobrze działa. I nie tylko na nas, ale także na środowisko. Oczywiście nie jesteśmy teraz w 100% weganami – to właśnie łączenie jest w tym wszystkim najciekawsze.

Czy ma Pani jakieś credo?

Jedno z naszych haseł brzmi następująco: „Duszę smakosza może poruszyć tylko ten, kto pojmie, że prostota natury jest sztuką”. Chodzi o to, aby troskliwie obchodzić się z rzeczami, z naturą. Tak, aby dotrzeć do duszy produktu.

To oznacza także wyraźną deklarację wierności regionalnej kuchni.

Oczywiście! W idealnym przypadku jest tak, że jedziemy przez kraj i to, co zobaczyliśmy za dnia, wieczorem znajdujemy na swoich talerzach. Dokładnie to tutaj robimy. A dzisiaj jest przecież coraz więcej producentów, którzy potrafią zaoferować coś sensownego, akurat tutaj, u nas w regionie. Zadaniem filozofii slow food jest także umocnienie ludzi w przekonaniu, że warto, jest produkować wysokiej jakości żywność. Jednocześnie chodzi też o odpowiedzialną konsumpcję, która nie odbywa się kosztem środowiska naturalnego. W naszej pracy chcielibyśmy uczulić innych na to, jak ważne jest, aby coś się w tej dziedzinie zmieniło.

Czy ekologiczna kuchnia nie jest też zależna od budżetu, jakim dysponujemy?

Niekoniecznie, bo ekologiczne gotowanie oznacza także maksymalnie ograniczenie marnotrawstwa i wykorzystywanie w miarę możliwości wszystkiego, co się da. Problem polega raczej na tym, że wiele osób już nie wie, jak to robić. Stary chleb na przykład... Wystarczy go tylko namoczyć w wodzie, dobrze wycisnąć, zmieszać z warzywami i powstanie wspaniała sałatka.

W swoim Warsztacie Smaku oferuje Pani także kurs przechowywania i konserwowania żywności.

(uśmiecha się) To w ogóle jest jeden z moich ulubionych tematów. Obecnie w modzie jest fermentowanie, ludzie chętnie odkrywają tę metodę na nowo. To fascynujące, że na tak długo o niej zapomnieliśmy. Ostała się tylko w produkcji kiszonej kapusty.

Artykuł powstał przy współpracy z Austria.info

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...