Mam do ciebie jedno, szybkie pytanie: który z tych dwóch samochodów byś wybrał? Sportowa limuzyna czy sexowne coupe?

Infiniti Q60 (na górze) i Infiniti Q50 (na dole). Fot. naTemat
Przez ostatnie miesiące tyle się napatrzyłem na billboardy reklamujące te modele Infiniti, że po prostu grzechem byłoby się nimi w końcu nie przejechać. Zwłaszcza Q60 – sexowne, jedne z najładniejszych coupe , które można dziś sobie kupić. Z kolei Q50 z tym piekielnym zestawem pod maską to idealna definicja „ciszy przed burzą”. To chyba dwie najciekawsze pozycje z całej gamy tego japońskiego producenta.

Infiniti to ciągle marka, która w Polsce kojarzy się luksusowo. Nie jest masowa, ale nie znaczy to, że Polacy po nią nie sięgają. Wyniki sprzedaży mówią same za siebie. W 2015 roku to Polacy kupowali najwięcej Inifniti w Europie! Natomiast w 2017 rok producent wszedł z prawdziwym impetem, dzięki akcji promocyjnej rok do roku (styczeń 2017-styczeń 2016) zanotowali wzrost o 119 procent. To ciągle ilości rzędu kilkudziesięciu samochodów miesięcznie, ale w oczy rzuca się fakt, że w Polsce promują oni auta z dużymi silnikami.
Moje pierwsze skojarzenie z Infiniti to… Lexus. I nie bez powodu, bo marka to odpowiedź Nissana na luksusowe brandy innych producentów. Jesteśmy równolatkami, powstali w 1989 roku, ale na początku jedynie na rynku Ameryki Północnej. Potem systematycznie wchodzili na kolejne, ale w Europie pojawili się dopiero w 2008 roku. Z czasem, żeby nie mieszać za bardzo w głowie klientom, uproszczono nieco nazewnictwo. I w taki oto sposób mamy serię modeli Q (sedany) oraz QX, czyli SUV-y oraz mieszańce, czyli crossovery.
Do naszej redakcji trafiły dwa modele z tej pierwszej kategorii. Moim zdaniem najciekawsze z całej gamy. Sportowa limuzyna Q50S oraz jeszcze bardziej sportowe coupe Q60. Q60 to jedna z ważniejszych i ciekawszych premier ostatniego czasu. Żeby było ciekawiej, to Polak okazał się pierwszym właścicielem tego modelu na świecie. Zamówił go jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem sprzedaży „w ciemno”. I teraz wiem, że na pewno tego nie pożałował.
Q50S to istna cisza przed burzą, nie tylko dlatego, że akurat w takiej pogodzie robiliśmy mu zdjęcia. To samochód, który jest limuzyną i swoim wyglądem prawie w ogóle nie zdradza tego, co naprawdę potrafi. Wygląda dostojnie, niektórzy powiedzieliby, że może nawet trochę nudno. To może kwestia tego grzecznego niebieskiego lakieru. Pod maską wsadzono mu skrajnie sportowy 3-litrowy silnik o mocy 405 koni mechanicznych. To zestaw, który na papierze równie dobrze mógłby lądować w typowo sportowych autach. Tutaj chowa się w niepozornej, limuzynowatej sylwetce. Jest ładnie i elegancko, ale bez krzykliwości. Jedynie czerwone zaciski hamulcowe oraz podwójny, potężny wydech zdradzają, co tutaj naprawdę się kryje.
Tych wątpliwości nie ma za to przy coupe spod znaku Q60. Przepiękny, sportowy samochód z kusząco pociągniętą linią, opadającym dachem i wyraźnymi przetłoczniami. Ta kolorystyka tylko podkreśla jego imponująca sylwetkę, jak u wyrzeźbionego sportowca. Może jeszcze nie jest popularny, ale wystarczy rzut oka, by zorientować się, że to zacne auto. Bezpośredni konkurent mojego ukochanego Audi A5, który przyznam szczerze, trochę skradł mi serce. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to może z tyłu mógłby być delikatnie bardziej pociągnięty. Ten tyłek trochę dziwnie się ścina. Ale to szczegół, bo i z nim Q60 jest sexownym samochodem.
W Q50 do wyboru są cztery silniki. Poza najmocniejszą jednostką z testowanego modelu jest jeszcze podstawowy 2-litrowy benzyniak o mocy 211 KM. Potem hybryda składająca się z silnika elektrycznego i benzynowego V6 3,5l. Jest i opcja dla fanów diesla, gdzie czeka 2,2-litrowa jednostka ze 170KM. W Q60 wybór ten jest ograniczony do dwóch, ale więcej nie trzeba. To albo wspomniany 405-konny potwór z napędem na cztery koła (AWD), albo rozsądny, choć nadal dynamiczny, 211-konniak.
Choć w przypadku Q50 mówimy o limuzynie z segmentu premium, cena – przynajmniej ta podstawowa – nie zwala z nóg. Q50 zaczyna się już od 155 tys. złotych. To jednak golas, a dalej czekają cztery kolejne, już droższe, wersje wyposażenia (Premium 163 tys., Premium Tech 198 tys., Sport 180 tys., Sport Tech 207 tys. złotych). Q60 jest trochę droższe, pakiety wahają się pomiędzy 184 a 217 tys. złotych. By móc cieszyć się tym, co to coupe ma najlepsze do zaoferowania, trzeba celować bardziej w 275-300 tys. złotych.
Wewnątrz oba auta są niemal identyczne. Inne jest umiejscowienie przycisków na kierownicy (oba wygodne, kwestia przyzwyczajenia) i naturalnie komfort podróżowania. Q50 to sedan, którym w razie czego śmiało możemy podróżować z rodziną czy znajomymi. Q60 to coupe, o czym brutalnie przypominamy sobie siadając do tyłu. Nisko opadająca linia dachu sprawia, że osoby ze 180 centymetrami wzrostu mogą zapomnieć o sensownym jeżdżeniu z tyłu. Jest ciasno i przed nogami, i nad głową.
W środku obu aut jest nieco… dziwnie. Bo z jednej strony to luksusowe skóry, komfortowe wnętrze, niby metalowe elementy i nowoczesny dotykowy ekran. A z drugiej to masa plastiku, old schoolowe zegary, które może były fajne, ale 7 lat temu i drugi ekran (nad tym fajnym pierwszym), który jakby chciał przypominać o czasach słusznie minionych. Ten wyższy to głównie nawigacja, poniżej natomiast sterujemy całą elektroniką auta. Plus za to, że ktoś pomyślał o tym, by jednak nawiew w razie czego móc kontrolować zwykłymi przyciskami, a nie przeklikiwać się w nieskończoność przez dotykowy ekran. Niemniej, z oboma samochodami zaprzyjaźniasz się bardzo szybko, a obsługa jest intuicyjna i wygodna. Tylko te zegary trochę mało premium… Plus za "podawacz" do pasów w Q60. Sięganie daleko do tyłu byłoby średnio wygodne.
Jeden i drugi model jest wręcz napakowany elektronicznymi systemami wspierającymi kierowcę na różne sposoby. Nie ma tu rewolucji względem tego co oferuje konkurencja, ale po tych kilkunastu dniach za kierownicą Infiniti, w oczy rzuciła mi się jedna rzecz. Tutaj jako kierowca faktycznie masz poczucie, że te systemy są i działają i pilnują, żebyś chociażby nie wjechał komuś w tyłek. Zwłaszcza ten jeden był wyjątkowo czuły.
Q50S zaskoczyło mnie sposobem, w jaki jeździ. Tu w ogóle nie czuć prędkości, nawet tej bardzo wysokiej co bywa zdradliwe. Zwłaszcza w połączeniu z samochodem, który tak dynamicznie się rozpędza. Oczywiście taka moc pod prawą stopą przy aucie z napędem na tył to także spora odpowiedzialność. Tył auta próbował rozrabiać, zwłaszcza na mokrej nawierzchni, ale systemy trzymały go w ryzach, choć jako kierowca czujesz, że coś się dzieje. Wyłączenie kontroli trakcji sprawia, że ta niepozorna limuzyna leci bokiem efektowniej niż niejedno BMW.
Nie liczcie tu jednak na sportowe strzelanie z wydechu, fani tego typu rozwiązań nie będą zachwyceni. Możemy wybierać z kilku trybów jazdy, od zwykłego przez ekonomiczny, śniegowy, sportowy i sportowy plus (w najmocniejszej wersji). Te ostatnie sprawiają, że auto ze stylu „limo” zmienia się w „sport”. Spalanie przy dynamicznej jeździe szybuje nawet do 14-15l/100km, ale bardzo łatwo osiągnąć tutaj wynik o pięć litrów mniejszy. Auto z tym silnikiem nie spala niepotrzebnie benzyny, gdy jedziemy „po ludzku”.
Q60 to z kolei samochód, który wygląda na szybszy niż jest w rzeczywistości. Tą sylwetką aż krzyczy, ile to on nie może. I owszem, 211-konny 2-litrowy benzyniak (spalanie 10l/100km) sprawuje się zdecydowanie wystarczająco dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę ze sportowymi samochodami. Przy tych gabarytach i takiej mocy wystarczy do więcej niż przeciętnego śmigania na trasie. Bądźmy jednak szczerzy – dobrze wiadomo, że ten model jest stworzony dla tych 405 koni i napędu na cztery koła.
Q60 przy swoim aerodynamicznym kształcie jest bardzo stabilne, także przy dużych prędkościach i podmuchach wiatru. Każdy, kto mijał na autostradzie ciężarówki lub wyjeżdżał zza ekranów ochronnych wie, jak to ważne. Na kierowcę czeka także zaskakująca zwinność i precyzja kierowania. Jadąc w trybach sportowych potrzeba więcej siły, by obrócić kierownicę, co potęguje wrażenia sportowe, ale jednocześnie zmniejszono wymagany zakres obrotu z jednego "końca" do drugiego. Im więcej jeżdżę samochodami, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że napęd na cztery koła to mój osobisty must have. Daje zdecydowanie większą pewność prowadzenia. W przypadku Q60 inteligenty napęd na cztery koła rozdziela moment obrotowy pomiędzy dwie osie. Jeśli generalnie wszystko jest w porządku i jedziemy sobie spokojnie, nie wymagając dodatkowej przyczepności, lecimy z napędem na tylne koła. Natomiast, gdy coś nagle zacznie się dziać na drodze, przywraca napęd na obie osie.
Oba testowe auta osobiście zamieniłbym silnikami. Wtedy wszystko byłoby „zgodnie z prawami natury”. Q60 to naprawdę cudowne coupe, które byłoby w czołówkach konkursów piękności. Coś dla młodszych kierowców. Większa Q50-tka to z kolei auto dla kogoś starszego, kto jest znudzony wszystkimi niemieckimi autami, a chciałby sprawić sobie coś premium. Tylko przydałoby się wpuścić trochę świeżości do wewnątrz, bo premium to nie tylko wygląd i frajda z jazdy, ale i to, co czeka nas w środku.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...