Myślałem, że te urzędowe boje o grosze to miejska legenda. Aż przyszedł do mnie list polecony ze Skarbu Państwa

Dwa grosze. Jest pismo, trzeba płacić. Nie ma wyjścia.
Dwa grosze. Jest pismo, trzeba płacić. Nie ma wyjścia. Fot. naTemat
Była środa, a ja znalazłem w skrzynce pocztowej awizo. Polecony list – dość drogi, a to jest bardzo istotne w tej historii – odebrałem dwa dni później. I nagle trafiłem do świata urzędniczych absurdów, o którym słyszałem jedynie legendy.

Wizyta na poczcie niespodziewanie stała się kłopotliwa. Już pieczątka na liście od nadawcy – a był nim Zarząd Mienia Skarbu Państwa – była dość martwiąca. Kiedy otworzyłem kopertę, na dokumencie zobaczyłem wielki napis – WEZWANIE DO ZAPŁATY.



Zrobiło mi się cieplej, spojrzałem na papier. A tam – 0,02 zł do zapłacenia. Jak to się pisze w urzędowych pismach, "słownie: zero złotych dwa grosze". Oniemiałem.

Ekskluzywne grono internetowych pechowców
Tym samym dołączyłem do grona prześladowanych przez nieludzki system. Bo historii o ludziach, których urzędy czy inne instytucje (takie jak banki) obciążają "groszowymi sprawami", można znaleźć w sieci sporo.

Przykłady? Lato 2011 roku. Do redakcji portalu iswinoujscie.pl przychodzi nietypowe zdjęcie od czytelnika. Okazało się, że Wojskowa Agencja Mieszkaniowa domaga się od jednego ze swoich lokatorów... jednego grosza. I w tej sprawie przyszła nota odsetkowa. Komentarze mieszkańców Świnoujścia były bezlitosne. "Dyrektor, który to podpisał, powinien być dyscyplinarnie zwolniony!", "Zastanawiamy się tylko ile droższe było wydrukowanie tego pisma, przysłanie go pocztą a i jeszcze niepotrzebna praca osoby, która je przygotowała" – to tylko wybrane.

Zima 2015 roku. Portal nowiny24.pl informuje o sprawie mieszkanki Dębicy, która ponad 10 lat wcześniej kupiła na raty lodówkę. Przez przypadek nie zapłaciła… jednego grosza. Po ponad dekadzie bank upomniał się o swoje pieniądze. Ale nie zapomniał o odsetkach i zażądał dokładnie 177,41 zł. Zamiast umorzyć sprawę na samym początku, kwota przez lata narastała. Jak gdyby bank czekał na sytuację, w której "opłacalne" będzie ściągnięcie należności.

To wszystko to jednak nic przy historii, którą rzekomo przeżył jeden z użytkowników Wykopu. Prawie dwa lata temu dostał od operatora kablówki "zawiadomienie o zakończeniu etapu polubownego". Czyli żarty się skończyły, trzeba płacić albo pozew sądowy. Tylko to zadłużenie jakby problematyczne. "Aby zagwarantować zatrzymanie sprawy na etapie polubownym, konieczna jest wpłata całości zadłużenia, czyli kwoty 0,00 zł do dnia 28.09.2015 oraz kontakt w celu potwierdzenia spłaty zobowiązania" – napisano w piśmie. Spłata musiała być dość skomplikowana.

Ziarnko do ziarnka, ale i tak w plecy
Moja historia jest zaskakująco podobna. Dostałem więc list polecony, który kosztuje kilka złotych (dokładną cenę trudno ustalić, ponieważ organizacje wysyłające dużo korespondencji organizują przetargi na jej obsługę i otrzymują niższe ceny od szarego Kowalskiego). Wysłano go tylko po to, żeby ściągnąć ze mnie dwa grosze. Tanie państwo w praktyce, w tym momencie każdy korwinista, liberał, anarchista i inny wolnościowiec może sobie w duchu powiedzieć "a nie mówiłem, w mordę jeża?!". I jeszcze przyznam mu rację.

Pierwsza myśl była prosta: no cóż, to głupie, ale pewnie się pomyliłem. Cyferki na koniec roku muszą się zgadzać, więc wysłali pismo. Głupie prawo, ale prawo. Odkopałem więc pismo informujące o kwocie, którą muszę zapłacić. A tam jak wół: 32 złote i 92 grosze.
Kopię więc dalej – i odnajduję przelew, który wysłałem do Zarządu Mienia Skarbu Państwa. No i zapłaciłem 32 złote i 92 grosze. Nie ma mowy o żadnej pomyłce.

Na papierach na szczęście był numer osoby prowadzącej moją sprawę. – To niemożliwe, że wysłałem (wezwanie do zapłaty – red.) na dwa grosze, ale dobra – mówi mi z początku urzędnik prowadzący sprawę. Generalnie nie był zbyt chętny do rozmowy.

Jak zrobić problem z niczego
W końcu odnalazł mnie w systemie i znalazł się winny, a na imię mu "przypadek". – To przypadkowo wysłałem, bo na taką kwotę nigdy nie wysyłamy. Widocznie przypadkowo – stwierdza zmieszany.

Pozostała jeszcze kwestia zaległych dwóch groszy. Skoro zapłaciłem tyle, ile trzeba, to skąd one? I już tutaj według urzędnika wina jest moja, a on sam staje się znacznie bardziej rozmowny. – Wpłata była 3 kwietnia (termin jest do końca marca – red.). Najpierw pokrywamy odsetki, pokrywamy je wpłatą i dwa grosze zostały na należności głównej – mówi mi urzędnik.

Przez trzy dni naliczyły się odsetki. Dwa grosze. I one zostały na należności głównej. Proste?

No właśnie nie. Bo pieniądze wysłałem na czas, co widać nawet na potwierdzeniu. Wysłałem je 31 marca.
Co więcej, dokładnie taka jest data i waluty, i księgowania:
Co to oznacza w praktyce? Że pieniądze wpłynęły na konto Zarządu Mienia Skarbu Państwa na czas. Tylko że w piątek (bo to był piątek) już nikt się tym nie zajął. Pieniądze na koncie "odkryto" dopiero w poniedziałek, w międzyczasie system doliczył mi odsetki za dwa dni zwłoki. Której nie było. Oczywiście znalazł się za to czas na wysłanie mi wezwania do zapłaty dwóch cholernych groszy.

Miasto milczy
W tej sprawie wysłałem kilka pytań do biura prasowego stolicy – bo sam Zarząd Mienia Skarbu Państwa nie ma odpowiedniej osoby do takich zadań. Zapytałem, czy to normalna praktyka, że warszawskie urzędy wysyłają wielokrotnie droższe listy, żeby uzyskać takie groszowe należności. Jeśli jest to praktyka, to podstawowe pytanie jest takie: po co? Nie uzyskałem na nie odpowiedzi. A jeśli nie, to pojawiają się inne kwestie: dlaczego tym razem takie pismo wysłano i od jakiego "pułapu" normalnie wysyłane są takie wezwania.

Ale nawet pomimo tego braku odpowiedzi najgorsze w tym wszystkim jest to, że zapłacę. Nie chce mi się szarpać z urzędnikami.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...