Na Śląsku Porsche zbudowało coś na miarę światowych standardów. I może tam "pobawić się" każdy kierowca

Widzicie, jak sypie się guma z opon? Fot. Porsche
Polska sportami motorowymi delikatnie mówiąc, nie stoi. Ale teraz w końcu na mapie naszego kraju pojawił się tor, który dorównuje temu w Poznaniu. A na dodatek dzięki imprezie zorganizowanej przez Porsche magię tych aut może poczuć właścicie każdy - za relatywnie niewielką cenę.

Znacie Silesia Ring? Jeśli nie, to nie martwcie się. Większość Polaków nie ma pojęcia o tym miejscu, nawet tych zainteresowanych motoryzacją, ale to się pewnie zacznie szybko zmieniać.



Na torze w Kamieniu Śląskim pojawiłem się dzięki uprzejmości polskiego importera niemieckich marzeń każdego nastolastka. Chodzi o imprezę Porsche Driving Experience, która de facto... ciągle trwa. W dniach od 25 sierpnia do 14 września tor zamienił się bowiem w twierdzę producenta z Zuffenhausen.
Sprowadzono tam aż 30 aut, które razem zaoferowały zgromadzonym dziennikarzom aż - jak podliczył ktoś wyjątkowo skrupulatny - 12 tysięcy koni mechanicznych. Sami zobaczcie - pełen przegląd modeli Porsche. Od Macanów i Cayenne'ow przez Panamery po 718 i 911. Było czym pojeździć.

Dlaczego właśnie tam? Bo to ciągle nowość w Polsce, nawet dla dziennikarzy. No i ten obiekt zachwyca jednak równie mocno, co zgromadzone na nim auta. Przede wszystkim nie przypomina żadnego pseudotoru wykonanego na jednym z licznych praktycznie nieużywanych (i zdezelowanych) polskich lotnisk. Tutaj nie ma żadnej fuszerki. 3636 metrów, piętnaście zakrętów, tor w najwęższym miejscu ma 12 metrów, a do tego ta prosta startowa o długości 730 metrów. Widać, że to miejsce postało zgodnie z wytycznymi FIA. Zresztą – do tej pory takie imprezy musiały odbywać się poza granicami Polski – np. w Stambule, gdzie był mój redakcyjny kolega. Czasy się zmieniły.
Z drugiej strony osobiście wydaje mi się, że Silesia Ring nie jest stworzony pod wyścigi. Ze względu na poziom trudności głównej nitki - to naprawdę techniczny teren - to lepsze miejsce do nauki sportowej jazdy, organizowania dni na torze. Niemniej jednak poza Poznaniem to właściwie miejsce pozbawione konkurencji nad Wisłą.
W takich "okolicznościach przyrody" wziąłem udział w Porsche Driving Experience. Tak jak wspominałem, impreza nadal trwa. W czasie kilkunastu dni przez tor przewinie się - poza dziennikarzami - mniej więcej siedmiuset kierowców. I tak naprawdę w tym miejscu mógłby być każdy z was. Bo zgłosić się mógł każdy - przez internet lub w salonach Porsche.
Oczywiście nie jest to taka darmowa przyjemność. Cena kursu to ponad 1000 euro. Ale z drugiej strony to naprawdę niewielka cena za możliwość jazdy takimi autami i w takich warunkach. Są ludzie, którzy kupują Porsche za setki tysięcy złotych. I umieją mniej, niż wy nauczycie się po jednym dniu na takim torze.

Tym bardziej, że na torze nie było litości - instruktorzy Porsche (wśród nich m.in. znany wszystkim fanom sportów motorowych Michał Kościuszko czy Mariusz Miękoś, wicemistrz Porsche GT3 Cup Central Europe) zadbali, żeby każdy z uczestników imprezy, w tym ja, wycisnął z siebie na torze wszystko.
To, co rzuca się w oczy torowemu nowicjuszowi, to... jazda tymi Porsche, których z torem nie kojarzysz. W trakcie imprezy miałem m.in. okazję porządnie przegonić po Silesia Ring dwa duże modele niemieckiego producenta: Cayenne oraz Macan. Wiecie, widzicie te auta całkiem często na ulicach. Zwłaszcza Cayenne sprawia wrażenie szybkiego, ale... niezgrabnego. Tymczasem to brutalna maszyna do pokonywania zakrętów na torze. Zachowuje się niemal jak sportowe auto. Mniejszy Macan jest jeszcze sprawniejszy.
Równie dobrze w szykanach Silesia Ring radziła sobie Panamera. Niby limuzyna, a tak naprawdę auto, które właściwościami jezdnymi niewiele ustępuje topowym 911-tkom. Ale oczywiście to sportowe modele, czyli 718 oraz 911, były clue torowej części mojego pobytu w Kamieniu Śląskim (bo tam znajduje się tor). Nic nowego tutaj nie powiem - sportowe Porsche na torze czują się jak ryby w wodzie.

Prowadzą się dokładnie tak dobrze, jak mówią wam wszyscy, którzy mieli okazję spróbować tej niewątpliwej przyjemności. Te samochody aż proszą się, abyś je doprowadził do ich limitów. I chociaż opony aż piszczą na wirażach, auta nie tracą przyczepności. A jeśli jednak tył już ucieka, wystarczy delikatna kontra, żeby znowu je przywołać do porządku.

Oczywiście te słowa mają sens jedynie, kiedy mamy włączoną kontrolę trakcji. Bez elektronicznych wspomagaczy to, jak pokazali nam instruktorzy, zupełnie inna para kaloszy. Niemniej jednak zasada jest zawsze ta sama: szybko orientujesz się, że w tych autach najważniejszy jest balans. Nie czysta moc, nie rozmiar tarcz, a to, jak operujesz gazem, hamulcem i kierownicą. Czy potrafisz utrzymać te wszystkie środki w ryzach i osiągnąć złoty środek, który da ci idealne wyjście z zakrętu. Trzeba zrozumieć, że czasami lepiej pokonasz zakręt, jeśli wejdziesz w niego na ciągłym dohamowaniu, żeby dociążyć przednią oś. Innym razem będziesz prostował kierownicę, żeby... mocniej skręcić. To wszystko jest dziwne do momentu, kiedy tego nie zrozumiesz na torze.
Z dostępnych aut na torze muszę jeszcze wyróżnić 911 Turbo S. Jeździłem w życiu wieloma szybkimi autami, ale 2,9 sekundy do setki... Efekt za kierownicą trochę jak ze Star Treka. W zasadzie nie wiem, czy polecać komukolwiek przejażdżkę taką zabawką. Potem każde inne auto jest po prostu wolne. Warto dodać, że ten świetny start uzyskujemy dzięki dopracowanej procedurze startu. Jak auto to wytrzymuje? Na testach zniosło to osiem tysięcy razy. W ciągu tygodnia.
Ale co istotne, z dostępnymi samochodami obchodziliśmy się brutalnie nie tylko na torze. Macany i Cayenne'y zostały bowiem poddane próbie terenowej. To, co się tam działo, trudno w ogóle wytłumaczyć słowami. Lepsze będą zdjęcia.
To w zasadzie najbardziej szokujące: auta, które macie za pseudoterenówki, potrafią więcej, niż niejedno auto terenowe. Ten zjazd w dół, który widzicie na zdjęciach, z perspektywy kierowcy wyglądał jak zjazd prosto w przepaść. Z kolei podróż bokiem po nachylonym terenie była jeszcze bardziej przerażająca. Kąt 45 stopni, jedno (lub nawet dwa) koła w powietrzu, a ty jedziesz... Byłem pewien, że się przewrócę. A te auta mimo to pozostały niewzruszone. Powiem szczerze, że gdyby przyszło mi pojechać w teren w Porsche Cayenne, jedyna rzecz, o którą bym się martwił, to... lakier. Bo na żwirowni to auto sobie spokojnie poradzi, czego nie oczekiwałem.

Jak najlepiej podsumować całą imprezę? Może taką ciekawostką: po całym dniu na Silesia Ring mało kto miał ochotę na gonitwę po drogach publicznych do domu. I może ważną informacją: na przyszły rok zaplanowane są dwie kolejne edycje imprezy, więc jeśli jesteście chętni, powinniście zacząć się już interesować tematem. Tym bardziej, że Silesia Ring jest dobrze skomunikowany z resztą Polski. Łatwo tam dotrzeć. To żadna wyprawa np. na Monzę. A jeśli jesteście niezdecydowani, ten film sprawi, że pozbędziecie się wątpliwości:
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...