Dobija cię pogoda? Są ludzie, dla których listopad we wrześniu to błogosławieństwo z jednej prostej przyczyny

Jesień bywa najpiękniejsza, zwłaszcza przez własne okno.
Jesień bywa najpiękniejsza, zwłaszcza przez własne okno. fot. Kamil Gozdan / AG
Wreszcie nic nie muszę po pracy. Nikt mi nie każe wychodzić z domu. I ja sobie też nie każę. Niech leje do maja – twierdzi Agata, która lato lubi, ale nie znosi związanej z nim presji. Takich jak ona jest dużo więcej. Najczęściej są przepracowani i nie mają po pracy na nic siły. Po prostu chcą odpocząć we własnych czterech ścianach, a jesienią chociaż nie mają poczucia, że marnują nieliczne ciepłe dni.

Agata ma 28 lat, pracuje w korporacji. Stanowisko niespecjalnie zaszczytne, ale zasuwa tak jak inni. Przychodzi na dziewiątą, wychodzi czasem po ośmiu godzinach. Ale najczęściej po dziewięciu, dziesięciu albo i więcej. – To niby już takie niemodne, wszyscy mówią, żeby takiej pracy unikać, bo szkoda życia. Mi się nie udało – śmieje się.



Kiedy wraca do domu po robocie, najczęściej nie ma już na nic ochoty. Także latem. Co bywa w zasadzie... frustrujące. – Ja kocham lato i słońce. Ale w takich ilościach, które mi wystarczają. A mi wystarczy niewiele. Przejdę się na spacer, raz na jakiś czas skoczę na jakiegoś grilla. Ale te długie i ciepłe dni potrafią mnie wykończyć – twierdzi.

Chcemy w spokoju... marnować czas
W czym problem? W ludziach. – Wychodzę styrana z roboty o dziewiętnastej, a wszyscy mnie męczą, żeby pójść np. na piwo nad Wisłę. Kiedy ja naprawdę po tej pracy najbardziej chcę wrócić do domu i odpocząć – opowiada.

W pewnym momencie ten nacisk przeradza się w poczucie wewnętrznego musu. Jest ładnie, zaraz będzie brzydko przez trzy czwarte roku. Nie marnuj czasu, człowieku. – Wyjdź na zewnątrz, nie siedź w domu – mówię sobie, chociaż tak naprawdę dalej chcę być w domu – dodaje. Tymczasem jesienią tego problemu nie ma. – Bo jest brzydko. Po prostu – odpowiada.

– Najgorzej jest w czerwcu, kiedy robi się ciepło. Wszyscy nagle zaczynają wychodzić z domów. Później w lipcu, sierpniu, jest już trochę inaczej. Można machnąć ręką – mówi 25-letni Mateusz. Ma własną działalność, pracuje w biurze codziennie po osiem godzin. Ale zdarza mu się zabierać komputer z pracy i dorabiać w domu po nocach. Dlatego czasem najchętniej odpocząłby.
– Latem można naprawdę zwariować. Nacisk jest zewsząd. W telewizji wszędzie reklamy. Biura podróży, wakacje tu, wakacje tam, all inclusive za pół darmo, last minute, leć już za chwilę. A ja chcę zostać w domu. Dlatego najlepiej psychicznie często czuję się jesienią, kiedy już nie docierają do mnie z każdej strony te bodźce – tłumaczy.

Mateusz od zawsze tak miał. – Kiedy byłem młodszy, w liceum, gimnazjum, wtedy czułem największą presję. Zdarzało się, że wychodziłem z musu, wbrew sobie. Teraz już jest lepiej. Trochę nauczyłem się inaczej żyć. Zrozumiałem, że czas spędzony w domu z książką potrafi być równie wartościowy i przyjemny – wspomina. – A jesienią jest o to po prostu łatwiej. Nie czuję, że powinienem coś ze sobą zrobić, tak jak często bywa latem – zauważa.

Pierwszy raz na to zwrócił mi uwagę mój kolega jeszcze ze szkoły, z rodzinnego miasta. Nawet sobie nie zdawałem sprawy wtedy, że to większy trend. Jacek wtedy bardziej skupiał się jeszcze na studiach niż na pracy, ale problemy były te same.

– Pojechałem do domu na weekend. Dojechałem w piątek, dość późno, już się ściemniało. Była końcówka lata, akurat trafił się ładny i ciepły wieczór. Grzech nie skorzystać. Tylko że mi się strasznie nie chciało, ale nie chciałem też zmarnować wieczoru, źle się z tym czułem.

Zaczął więc dzwonić. – Pierwszy kolega nie odebrał na szczęście – mówi. A właściwie to niekoniecznie dał mu szansę odebrać, bo po trzech sygnałach od razu się rozłączył. – Nie oddzwonił, uff – mówi. Ale drugi już odebrał. – Pytam go czy idziemy na piwo, a on na to "no, wiesz, mam trochę zajęć, muszę ogarnąć parę spraw". Od razu mu się wciąłem i nie dałem dokończyć. Wypaliłem, że skoro jest zajęty, to nie ma co kombinować i po chwili urwałem rozmowę. Potem z czystym sumieniem rozsiadłem się na kanapie i już nic tego dnia nie robiłem – kończy Jacek.
Radość z jesieni to tylko końcowy efekt
Leon Ciechanowski, psycholog z SWPS, potwierdza, że czasami możemy być ofiarami swoistej "presji". – Jeśli znajdujemy się w jakiejś warstwie społecznej, zawsze jest presja. Żeby wyjechać w czasie lata na wakacje. Wszyscy to lubią. Przyczyn może być wiele. Ale można tego po prostu nie lubić także, nie chcę spekulować – tłumaczy.

Spekulować nie chce, bo w kwestii pozytywnego wpływu pogody na nasz nastrój po prostu... brakuje badań. – Nie widziałem badań, które pokazywałyby, że pogoda poprawia nasze samopoczucie. Jest za do udokumentowane, że pogarsza. Jak jest za zimno albo za gorąco – wspomina i dodaje: – Jest zbyt wiele zmiennych, których nie można kontrolować. To musi wynikać z innych elementów. Mogą dobrze wspominać ostatnią jesień albo dzieciństwo, bo np. wychodzili z rodzicami bawić się liśćmi czy czymś w stylu.
Leon Ciechanowski
SWPS

Odpowiem trochę w drugą stronę. Jest coś takiego jak depresja sezonowa. Udowadniano to naukowo, zwłaszcza w tych krajach na północy. Ale to, co jest ciekawe, i w ogóle niedawno przebadane, to fakt, że istnieje wioska w Norwegii, której mieszkańcy przeciętnie nie doświadczają tej depresji sezonowej. A ona może mieć duże powikłania, być poważną chorobą. Tym bardziej naukowcy głowili się, dlaczego tak u nich jest. Badając dowiedziono, że ci ludzie mają inne podejście do zmiany sezonów. Cieszą się na to, że wreszcie przychodzi zima, będą mogli wyjść na narty itp.

W efekcie ci ludzie nie doświadczają depresji sezonowej. – Można wywnioskować, że nasze przekonania powodują, że pogoda na nas wpływa bądź nie – tłumaczy psycholog.

Co jest z nami "nie tak"
Jeśli więc unikamy wyjść, bo po prostu jesteśmy zmordowani po pracy, wytłumaczenie według Ciechanowskiego jest w miarę klarowne, choć oczywiście każdy przypadek jest indywidualny i trzeba go tak rozpatrywać przed wydaniem osądu. – To może być oznaka pracoholizmu. Wiemy, że nie wpływa on na nas dobrze. Pracoholizm podnosi samopoczucie tylko na krótką metę, długofalowo nie jest zdrowy – mówi.

A jeśli jesienią przestajemy czuć, że marnujemy czas (co przeszkadza nam latem)? Że możemy spokojnie zostać w domu, zamiast wyjść do ludzi, i nikt nie uzna tego za nic dziwnego? Zupełnie inaczej niż latem, gdy nas męczy, że nie robimy ze sobą nic produktywnego, kiedy świeci słońce. Czas, który możemy świetnie spożytkować, przepływa nam między palcami i nas to drażni. Jest możliwe, że to tak naprawdę po prostu efekt... uzależnienia, z którym tylko latem staramy się walczyć. A raczej – latem nas bardziej dręczy. – To może się wiązać z pracoholizmem albo z przyzwyczajeniami. W tych czasach mamy przy sobie komórki, komputery. Jeśli ktoś jest uzależniony od komputera czy internetu, a jest mnóstwo takich osób, to jeśli nie wychodzą przez to na słońce, to nie jest to dla nas dobre – wyjaśnia specjalista z SWPS.

Z tym chowaniem się w domu i szczęściem z tego powodu trzeba zresztą uważać. – Prawdopodobnie najważniejszym czynnikiem sprawiającym, że jesteśmy zdrowi psychicznie i fizycznie, to social support, czyli wsparcie społeczne. Jeśli osoby lubią jesień, zimę czy szarugę z powodu niepokojów przy spotkaniach, byciu z przyjaciółmi, rodziną itp., to może być to dla nich bardzo niekorzystne. Obecny dyrektor tego najdłuższego badania w historii (dane zbierano ponad 70 lat – red.) stwierdził wprost, że najważniejszym czynnikiem dla dobrego starzenia się są związki z bliskimi i znajomymi dobrej jakości. I że "samotność zabija".

Ale jest też pozytyw. – Żeby nie krytykować tych, którzy po prostu lubią jesień, to można powiedzieć, że ogólnie przyjmuje się z badań, że w Polsce połowa ludzi albo więcej może być wrażliwa na zmianę pogody. Depresja sezonowa jest realnym zjawiskiem. Osoby, które czekają na jesień czy zimę, raczej nie doświadczą jej – kończy.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...