Wielka afera pod Jasną Górą. Bo policjanci i prokuratorzy próbowali ratować skórę synowi kolegi, który pobił człowieka?

Czy częstochowscy policjanci i prokuratorzy próbowali zamieść pod dywan sprawę brutalnego pobicia, którego miał dopuścić się m.in. syn jednego ze śledczych spod Jasnej Góry?
Czy częstochowscy policjanci i prokuratorzy próbowali zamieść pod dywan sprawę brutalnego pobicia, którego miał dopuścić się m.in. syn jednego ze śledczych spod Jasnej Góry? Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
O równie skomplikowanej, co oburzającej sprawie, w którą zamieszani mają być częstochowscy policjanci i prokuratorzy, donosi w czwartek "Gazeta Wyborcza". Dziennikarz Marek Mamoń opisuje historię pobicia, którego na swoim sąsiedzie miał dopuścić się syn jednego z prokuratorów spod Jasnej Góry. Gdy policja otrzymała zgłoszenie w tej sprawie, najpierw chciano go potraktować, jak każdego innego przestępcę. Szybko uruchomiony został jednak ciąg korzystnych dla prokuratorskiego syna decyzji.

Jak twierdzi "Gazeta Wyborcza", sprawa zaczęła się 26 sierpnia, gdy Mateusz T. z kolegą świętował narodziny dziecka. Impreza w pewnym momencie miała zakłócić ciszę nocną, więc jeden z sąsiadów powiadomił policję. Funkcjonariusze zainterweniowali i ukarali prokuratorskiego syna i jego kolegę mandatami. To miało wywołać w mężczyznach furię. Mieli wpaść do mieszkania sąsiada, który zawiadomił policję wyważając drzwi, a następnie dotkliwie go pobić. W ruch miały pójść nie tylko pięści, ale i czekan. W tym momencie zaczęła im grozić surowa kara, bo za pobicie z użyciem niebezpiecznego narzędzia można trafić za kraty nawet na 8 lat.



I policjanci zawiadomieni o pobiciu podobno chcieli potraktować Mateusza T. i jego kolegę, jak wszystkich innych sprawców tego typu przestępstw. Przyjechali pod ich drzwi, chcieli wejść do środka i ich zatrzymać, ale mężczyźni nie otwierali. Wówczas przełożony funkcjonariuszy miał zarządzić wejście siłą. Szybko inny dowódca jednak wszystko odwołał i uznał całą akcję za niezbyt pilną. Na komisariat sprawcy pobicia zgłosili się sami. Dziennikarz "Gazety Wyborczej" twierdzi, że ich zaproszenie na przesłuchanie poprzedziła nieformalna wizyta jednego z kolegów po fachu ojca Mateusza T.

Częstochowska "Gazeta Wyborcza" zwraca jednak uwagę na fakt, iż formalnie nadzór nad śledztwem w tej sprawie również sprawowała Prokuratura Rejonowa Częstochowa-Północ, w której pracuje ojciec jednego ze sprawców pobicia. I okazała się wyjątkowo łagodna. Miano uznać że Mateusz T. i jego kolega nie powinni trafić do policyjnego aresztu i prokuraturę mogę odwiedzać z wolnej stopy. Co prawda po przyznaniu się do winy Mateusza T. prokuratura złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie obu podejrzanych, ale zostało ono odrzucone przez częstochowski sąd. Obaj mężczyźni zostali jedynie zobowiązani do wpłacenia kaucji i nałożono na nich zakaz zbliżania się do ofiary na mniej niż 100 m.

W ich dość komfortowej sytuacji wszystko pozmieniało się jednak 1 września, gdy sprawą niespodziewanie zajęły się Prokuratura Regionalna w Katowicach i Prokuratura Krajowa, po czym postępowanie przeniesiono do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Jak informuje "GW", tego samego dnia odwołany ze stanowiska został komendant komisariatu, z którego funkcjonariusze zajmowali się sprawą Mateusza T. i jego kolegi, a łagodnie obchodzący się z podejrzanymi zastępca prokuratora rejonowego poszedł na urlop i złożył rezygnację ze stanowiska.

Gliwiccy śledczy mieli natomiast złożyć w sądzie zażalenie na odmowę tymczasowego aresztowania prokuratorskiego syna i jego kolegi. Jak twierdzą informatorzy Marka Mamonia z częstochowskiej "Gazety Wyborczej", teraz pod Jasną Górą spodziewają się spektakularnej czystki zarządzonej przez Komendę Główną Policji oraz prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

źródło: "Gazeta Wyborcza"
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...