“Klienci ważą nasze pudełka. I przysyłają zdjęcia”. Twórca KIK Fit szczerze o kulisach cateringu dietetycznego

W cateringu dietetycznym wszystkie składniki muszą być precyzyjnie odważone, bo klienci są w tej kwestii niezwykle wymagający - twierdzi Michał Alster
W cateringu dietetycznym wszystkie składniki muszą być precyzyjnie odważone, bo klienci są w tej kwestii niezwykle wymagający - twierdzi Michał Alster Fot. KIK Fit
Moda na diety pudełkowe powoli przestaje być modą i staje się tak oczywistym sposobem na przestrzeganie zasad zdrowego żywienia, jak oczywistym jest zamawianie pizzy przez telefon w przypadku łamania wcześniej wspomnianych. O ile jednak jedynym kryterium, jakie stawiamy dostawcom fast foodu jest w gruncie rzeczy smak, to wobec producentów “pudełek” bywamy bezlitośnie wymagający: ma być i smacznie, i zdrowo, i dietetycznie.

Niedowiarków, którzy twierdzą, że są to wartości wzajemnie się wykluczające nie brakuje. Tych Michał Alster, właściciel KIK Fit, zaprasza do jednego ze swoich barów. Każdy serwowany tam posiłek jest dokładnie opisany pod kątem zawartości białka, węglowodanów, tłuszczy i oczywiście, kalorii. Jeśli posmakuje - możesz zamówić z dostawą do domu. - Nasze bary działają na zasadzie showroomów - tłumaczy Alster zdradzając jedną z tajemnic sukcesu firmy. Ale na to, że KIK trzyma się mocno, podczas gdy konkurencja pojawia się i znika niczym diabełek z pudełka, składa się znacznie więcej czynników.
Ile kalorii dzisiaj skonsumowałeś?



800, plus-minus.

Patrzę na ciebie i myślę, że to niewiele.

W sam raz. Jest 12, więc jeszcze trzy czwarte dnia przed nami.

Pytam, bo kalorie to chyba podstawa filozofii KIK Fit.

Kalorie są istotne, ale dla nas ważniejsze jest udostępnianie wszystkich dostępnych informacje o naszych produktach. Naszym głównym celem jest sprzedawać jedzenie, które jest najwyższej możliwej jakości.

Co to znaczy?

To znaczy, że wszystkie posiłki przygotowujemy od początku do końca samodzielnie, bez kupnych, przetworzonych półproduktów czy wzmacniaczy smaku. Tylko w ten sposób mamy pełną kontrolę nad procesem produkcji. Nie używamy czystego cukru w żadnej formie. Jeśli słodzimy, to syropem klonowym czy syropem z agawy, które też muszą być najwyższej możliwej jakości, bo i wśród tych produktów rozstrzał jakościowy jest spory.
Testowałam wasze pudełka. Spodziewałam się bezsmakowej paszy, a dostałam smaczne, dobrze doprawione dania. Byłam lekko zaskoczona.

Używamy przypraw i ziół - to cała filozofia. Jakość składników też gra dużą rolę, bo im lepsze produkty, tym mają więcej smaku. Poza tym, nasza szefowa kuchni tworzy takie kompozycje, w których smaki poszczególnych składników uzupełniają się nawzajem - jeden podbija smak drugiego, a nie zagłusza. Należy mieć jednak świadomość, że gdy troska o organizm jest dla nas wartością nadrzędną, z pewnych smaków i produktów musimy zrezygnować, bo wiedza o tym, skąd pochodzą i jak wpływają na nasze zdrowie całkowicie degraduje ich wartość.

Skoro mowa o pochodzeniu składników - jak je sprawdzacie? Jeździcie pod Warszawę, na pola i kontrolujecie warunki w jakich uprawiana jest marchewka?

W obecnych warunkach gospodarczych używanie tylko i wyłącznie produktów organicznych jest niewykonalne. Jeden rolnik będzie używał tylko organicznych nawozów, ale już jego sąsiad zza płotu - nie. Intuicja podpowiada mi, że płot nie stanowi tu skutecznej granicy.

Oczywiście, kiedy tylko mamy taką możliwość, zaopatrujemy się u mniejszych lokalnych dostawców. Abstrahując od wysokiej jakości, ma to również uzasadnienie biznesowe: takie warzywa mają często bardziej przewidywalną jakość, a bywają też tańsze. Pewność sprzedawcy, że przez, załóżmy, trzy miesiące będzie miał zbyt na swoje produkty buduje w nim poczucie bezpieczeństwa, które znajduje odzwierciedlenie w niższej cenie.
Skoro dostęp do składników dobrej jakości nie jest problemem, dlaczego nie używają ich wszystkie firmy cateringowe?

W naszej kuchni nie dominuje żaden “mistyczny” element. Na tle konkurencji wyróżnia nas to, że nie chodzimy na skróty. Wszystkie posiłki i produkty przygotowujemy samodzielnie. Nie ukrywam, kosztuje nas to sporo - pracy i pieniędzy. Tam, gdzie inni kupują gotowe produkty, my musimy postawić kogoś przy stanowisku pracy i samodzielnie przygotować ten keczup czy upiec ten czystoziarnisty chleb.

Jeśli ktoś chciałby zainspirować się naszym modelem - mówię otwarcie, że nie ma żadnej tajemnicy. Wystarczy zainwestować tyle samo serca i energii, co my.

Ile osób u was pracuje?

W tym miesiącu firma liczy kilkudziesięciu pracowników zatrudnionych w dwóch Fit Barach i centralnej kuchni na Woli. Jak na warszawskie standardy jesteśmy gastronomią średniego rozmiaru. W najbardziej pracowite dni - poniedziałki, piątki - na kuchni potrafi być nawet 20 osób.
W porównaniu do innych “pudełkowych” biznesów to dużo, mało? U was pewnie jest trochę inaczej, bo macie też stacjonarne punkty…

Fit Bary - jeden na Ursynowie, drugi na ulicy Szpitalnej - funkcjonują trochę na zasadzie showroomów dla naszego cateringu: można przyjść, spróbować, zjeść, pogadać. To wzbudza zaufanie, bo nie jesteśmy tylko wirtualną domeną w sieci.

Na rynku są bardzo różni gracze. Są niewielki firemki, przyklejone do restauracji, gdzie przedsiębiorca obsługuje grupę około 15 klientów karmiąc ich, na przykład, dziczyzną i innymi wysoko wyselekcjonowanymi produktami. Przy tak skromnej bazie klientów i drogich produktach takie diety potrafią kosztować nawet 200 - 250 zł za dzień.

Po przeciwnej stronie rynku są ogromne firmy, które catering przywożą do Warszawy tirami. W nocy, na parkingach przy autostradzie rozdzielają towar pomiędzy 20-30 kierowców i mają dziennie, szacuję, 500-800 klientów w samej Warszawie. To pokazuje, że zapotrzebowanie na catering dietetyczny jest duże. Ludzie nie mają czasu czy umiejętności żeby gotować. Ekonomicznie taka forma żywienia też może być korzystna - firmy cateringowe mają skalę, której nie ma singiel czy para.
Nie umiemy gotować, czy jesteśmy leniwi?

Ciężko jest tu postawić granicę. Jeśli nie jesteśmy w czymś odpowiednio dobrzy, to nie mamy wystarczającej motywacji, aby to robić. Wtedy możemy oddać kwestie żywienia w ręce odpowiedniej firmy. Musimy mieć jednak pewność, że ci ludzie wiedzą, co robią, zwłaszcza jeśli stawiamy sobie jakieś cele - żeby schudnąć, nabrać na masie, czy unikać produktów, które są dla nas niekorzystne.

Tu pewnie wiele osób ma wątpliwości, czy nie kupi “kota w pudełku”. Nie widząc, jak jedzenie jest przygotowywane, nie wiemy na 100 proc. czy w danym posiłku nie ma glutenu, nabiału czy innych rzeczy, których nie chcemy czy nie możemy jeść.

Karmimy osoby z alergiami pokarmowymi, które wykluczają je z normalnego funkcjonowania. To jest duża odpowiedzialność. Alergicy, ludzie z problemami gastrycznymi są niezwykle świadomi. Zanim coś zjedzą, dwa razy zastanowią się nad każdym kęsem. Niezależnie od najsurowszych kontroli jakości, które sobie narzucamy, najważniejszym sędzią jest klient. Zanim obdarzy nas pełnym zaufaniem, bardzo długo będzie podejrzliwy.
Najbardziej dociekliwi klienci zaglądają wam do kuchni?

Aż tak dociekliwi się nie zdarzyli, ale z naszymi klientami jesteśmy cały czas w kontakcie - dzięki temu dopracowujemy nasze produkty. Niektórym nie wystarczy kilkustronicowy raport z opisem spersonalizowanej diety - wtedy kontaktują się bezpośrednio z naszym dietetykiem.

Często dostaję też zdjęcia z “ważenia” naszych posiłków z komentarzem: “Panie Michale, tu brakuje kilku gramów, tu jest trochę za dużo”. Z tymi uwagami trzeba się otwarcie zmierzyć, bo tylko w ten sposób można budować uczciwe relacje. Klient ocenia nas również w dużej mierze na podstawie tego, jak reagujemy na jego uwagi. I mimo, że nasza baza kliencka cały czas rośnie, a pracy mamy coraz więcej, to tego obszaru nie możemy zaniedbać. Jesteśmy w tym coraz sprawniejsi, reagujemy coraz szybciej i adekwatnie do każdej sytuacji.
Macie klientów, którzy są na waszej diecie od początku istnienia firmy?

Klientów, których widzimy na liście od samego początku, jest sporo. Są to osoby naprawdę świadome, jeśli chodzi o odżywianie, a jednocześnie krytyczne. To dobrze, bo dla nas zawsze było istotne, aby zaspokoić potrzeby sportowców, profesjonalistów, osób, które mają dostęp do wielu alternatyw, a mimo wszystko, decydują się zostać z nami.

Najpierw powstały Fit Bary czy pomysł na catering?

Zaczynaliśmy w 2014, w 45-metrowym lokalu na Ursynowie - naszym pierwszym Fit Barze. Klienci, którzy zamawiali od nas jedzenie na telefon zaczęli w pewnym momencie pytać, czy posiłki nie mogłyby trafiać do nich z automatu - bez dzwonienia trzy razy dziennie. To był pierwszy impuls do stworzenia cateringu dietetycznego.
Od początku współpracowaliśmy z dietetykiem, ale w pewnym momencie stało się jasne, że trzeba otworzyć własną kuchnię. Dzisiaj mamy nowoczesny, prawie 400-metrowy obiekt, prowadzony przez doświadczonego szefa kuchni.

Jakie diety sprzedają się najczęściej? Na tej, zawierającej 1200 kalorii, trzech lat chyba nie dałoby się przeżyć.

Moim zdaniem kobieta, która ma około 50 kilo wagi i podjada jeden posiłek spoza naszego menu, to 1200 kalorii może być odpowiednie. Najlepiej sprzedają się diety pomiędzy 1500 a 2000 kalorii, w dwóch programach: “Fit”, przeznaczonym dla osób, które chcą stracić kilka kilo, oraz “Power”, który jest dietą wysokobiałkową, z której korzystają osoby aktywne fizycznie.

Większość waszych klientów to sportowcy, czy raczej osoby, które chcą się odchudzić?

Proporcje są wyrównane. Z drugiej strony, jeśli ktoś myśli o cateringu sportowym, to na pewno myśli o KIK. Nie podam nazwisk, ale osoby publiczne, znane zarówno w świecie sportu, jak i w Polsce w ogóle, od dłuższego czasu są na naszej liście klientów. Ich obecność utwierdza nas w przekonaniu, że robimy dobrą robotę.

Skąd czerpiecie pomysły na diety, produkty, składniki posiłków? Kierujecie się modą?

Mody są istotne. Niektóre składniki przychodzą i odchodzą. Ale w tej kwestii decyzje podejmują nasza dietetyczka i szefowa kuchni. To w ich głowach powstają pomysły, a gotowe dania są wypadkową kompromisu pomiędzy tym, co dietetyczka uważa za odpowiednie, a tym co szefowa kuchni uważa za wykonalne.Kto częściej idzie na kompromis? Domyślam się, że dietetyczka ma ostatnie słowo.

Nie do końca. To musi być współpraca. Jeśli jednak miałbym powiedzieć, na jakiej linii współpraca jest w firmie najgęstsza, byłaby to właśnie linia dietetyczka - szefowa kuchni. Dziewczyny są ze sobą w kontakcie cztery, pięć razy dziennie.
Co jest najtrudniejszym aspektem prowadzenia pudełkowego biznesu? Wielu konkurentów pojawia się i znika, pomimo rynkowego zapotrzebowania.

Obserwowanie, jak z rynku znikają kolejni konkurenci, daje do myślenia, ale nasz model się po prostu sprawdza. Prywatnie nie wyobrażam sobie życia bez mojego jedzenia. Jestem hard userem KIK Fit (śmiech).

Pierwszym testerem również?

Często tak. Nawet kiedy wyjeżdżam z Warszawy, zawsze zabieram ze sobą nasze posiłki. Jeśli wyjazd trwa dłużej, niż data przydatności posiłków do spożycia, to zaopatruję się w “suchy prowiant” czyli nasze batony czy mieszanki bakaliowe. Nie chcę być skazanym na przypadkowe jedzenie.

Dla mnie - a wierzę, że dla wielu naszych klientów też - bardzo ważne jest, aby jeść to, co chcę, a nie to do czego jestem przymuszany. Niestety, na lotniskach, w kinach i w wielu innych sytuacjach zdrowy wybór nie jest opcją. Dlatego trzeba taką możliwość ludziom dawać, co też robimy.

Naprawdę nie zdarzają ci się “spożywcze” zdrady?

Nie, i nie chodzi o to, że ideologicznie nie uznaję żadnych cheat-mealów. Po prostu nie mam takiej potrzeby. Źle się czuję, kiedy zrobię “skok w bok”. Od dwóch lat nie zdarzyło mi się kompulsywnie zajadać coś, co nie byłoby spójne z moimi żywieniowymi wartościami. Nie spożywam na przykład cukru w prostej formie, więc jeśli dzisiaj w sytuacjach towarzyskich zdarzy mi się zjeść kawałek tortu, bo bywa tak, że nie wypada odmówić, to po prostu mnie mdli od tej słodyczy.

Po przejściu okresu “odtrucia” związanego z odstawieniem cukru, pragnienie słodkiego znika całkowicie. Poza tym, rezygnując z produktów głęboko przetworzonych, pełnych chemii, nasza paleta smaków bardzo się otwiera - zaczynamy doceniać smaki, które kiedyś wydawały się nam jałowe.Mieliście romans z masową produkcją - wasze produkty trafiły na stacje Orlenu.

Tak, współpracowaliśmy z nimi przez cztery miesiące. To było ciekawe doświadczenie. Musieliśmy przygotować produkt zgodny z prawem handlowym oraz wymaganiami tak potężnej korporacji. To był test, po którym nie zdecydowaliśmy się na kontynuowanie współpracy.

Dlaczego?

Nie mamy możliwości zeskalownaia takiego układu. Ekonomicznie taki projekt miałby sens, gdyby był 4-5 razy większy. Musielibyśmy stać się firmą, której główną kompetencją jest logistyka. My jednak chcemy pozostać firmą, która produkuje jedzenie najwyższej jakości. A jakość rzadko idzie w parze ze skalą.

Teoretycznie: dałoby się waszą obecną jakość przekuć w skalę?

Rozwój firmy jest ukierunkowany na catering dietetyczny i na rozwój sieci Fit Barów, najprawdopodobniej w modelu franczyzowym. Współpraca z Orlenem miała dla nas przede wszystkim cel marketingowy i niewykluczone, że będzie trwała dalej, ale w okrojonym asortymencie produktów.

W takim razie w którą stronę będzie rozwijał się KIK Fit?

Chcemy utrzymać wysoką jakość przy rosnącej bazie klientów. Nie planujemy drastycznych zmian. Myślimy o środowisku, więc planujemy przerzucić się na biodegradowalne pudełka i sztućce. Chcemy również rozwijać sieć Fit Barów - szukamy partnerów, którzy będą utożsamiać się z wartościami firmy i chcieliby otwierać kolejne punkty w Warszawie. To zadania na kolejny rok.

Artykuł powstał we współpracy z KIK Fit.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...