Tysiące wojsk rosyjskich na Białorusi. To tylko ćwiczenia, czy Białoruś podzieli los Ukrainy?

Ilu rosyjskich  żołnierzy weźmie udział w manewrach Zapad 2017? Nieoficjalnie mówi się nawet o 100 tysiącach.
Ilu rosyjskich żołnierzy weźmie udział w manewrach Zapad 2017? Nieoficjalnie mówi się nawet o 100 tysiącach. Fot. Robert Kowalewski / AG
Oficjalnie na ćwiczenia Zapad 2017 przyjechało 5 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Nieoficjalnie mówi się nawet o 100 tysiącach i potężnych jednostkach pancernych. Zachodzi obawa, czy Białoruś nie podzieli losu Krymu.

Ćwiczenia wojskowe, wielkie manewry to największa próba dla różnych rodzajów wojsk w czasie pokoju. Wojsko musi ćwiczyć, w końcu wymaga się od nich nie tylko znajomości części składowych karabinu czy umiejętności kierowania czołgiem, ale też wiedzy o taktyce pola walki i współdziałania różnych formacji. Im więcej żołnierzy bierze udział w ćwiczeniach, tym lepiej, manewry są ciekawsze, można przećwiczyć różne warianty zachowań. Problem w tym, że zdaniem wielu znawców wojskowości tym razem Rosjanie trochę przesadzili.

W myśl ustaleń, jakie dawno temu zapadły między NATO, a wojskami Układu Warszawskiego, każdy kraj lub kilka krajów jednocześnie ma prawo przeprowadzać manewry. Gdy jednak liczba żołnierzy biorących w nich udział przekracza 13 tysięcy należy wpuścić obserwatorów „zza żelaznej kurtyny”. Rosjanie obserwowali wszystkie manewry wojsk NATO, w których brało udział ponad 13 żołnierzy i analogicznie – wielkie manewry rosyjskie obserwowali wysłannicy Paktu Północnoatlantyckiego. Dzięki temu przez lata udawało się zachować kruche status quo, żadna ze stron nie czuła się nadmiernie zagrożona z powodu manewrów organizowanych przez potencjalnego przeciwnika.

Podobnie powinno być w przypadku manewrów Zapad 2017. Tymczasem jeszcze się nie zaczęły, a już wzbudzały wielkie zainteresowani i obawy na Zachodzie. Wiele wskazuje na to, że Rosja próbuje przetestować Zachód, na ile może sobie pozwolić na Białorusi i w całym regionie byłych zachodnich republik radzieckich.


Przygotowują się do obrony?
Oficjalnie na Białorusi przebywa 5 tysięcy rosyjskich żołnierzy, a w całych manewrach bierze udział 12.7 tys. wojskowych z Rosji i Białorusi. Mają ćwiczyć scenariusz, zakładający odparcie dywersantów z terenów Litwy, Łotwy i Polski (umownie nazwanych Wiesznorija, Wesrabija i Łubienija), odparcie ataku wojsk regularnych i późniejsze przejście do kontrofensywy. Strona rosyjska zapewnia, że ćwiczenia mają charakter obronny. Dziwi tylko, jak duży udział w manewrach mają wojska pancerne i powietrznodesantowe.

Wokół manewrów dzieją się dziwne rzeczy. Pojawił się w mediach rosyjski komunikat, że na Białoruś jadą oddziały 1 Armii Pancernej Zachodniego Okręgu Wojskowego, nominalnie stacjonującej w okolicach Moskwy. To o tyle ciekawe, że przybycie tej formacji nie było konsultowane z władzami Białorusi, a Mińsk już wcześniej oficjalnie informował, że wszystkie rosyjskie wojska, które mają wziąć udział w manewrach od dawna są na miejscu. Oficjalnie manewry zaczęły się w piątek, ćwiczony jest właśnie wariant walki z dywersantami i odpieranie ataków wojsk regularnych. Czołgi ZOW mogłyby przybyć na Białoruś do czasu, gdy 17 września zgodnie z planem manewrów ruszy „kontrofensywa”.

To, że czołgi 1 Dywizji Pancernej jadą na Białoruś stanowiło dla władz w Mińsku niemałe zaskoczenie. Uładzimir Makarał, rzecznik białoruskiego ministerstwa obrony narodowej próbował w czwartek uspokoić nastroje społeczne i na specjalnie zwołanej konferencji zaprzeczył, jakoby jakiekolwiek jednostki miały jeszcze przybyć na teren Białorusi. Makarał przekonywał dziennikarzy, że informacja o dyslokacji mogła pojawić się w rosyjskich mediach… przez pomyłkę. – Jeśli ma miejsce jakakolwiek dyslokacja, to dotyczy ona trzech rosyjskich poligonów uczestniczących w manewrach. Innymi słowy rosyjskie czołgi mogą pojawić się w obwodzie kaliningradzkim, pskowskim lub leningradzkim. Chyba, że jednak pojawią się gdzieś indziej, w miejscu, o którym rzecznik Makarał nie ma pojęcia.

Opozycja ostrzega i apeluje
Na stronie rosyjskiego ministerstwa obrony nie pojawiło się żadne dementi. O to, żeby czołgi nie wjechały na teren Białorusi chcą zadbać opozycjoniści. Lider Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji Paweł Siewaryniec apeluje do wszystkich swoich zwolenników, żeby blokowali drogę czołgom, jeśli rzeczywiście będą próbowały transportem kolejowym czy samochodowym wjechać na teren Białorusi.

Białoruscy opozycjoniści od kilku tygodni ostrzegają, że manewry Zapad 2017 mogą posłużyć Rosjanom do wprowadzenia wojsk na teren Białorusi i zajęcie jej, podobnie jak to się odbyło kilka lat temu na Krymie. Do zajęcia tego terytorium Ukrainy wystarczyło około 50 tysięcy żołnierzy rosyjskich, tymczasem zachodni eksperci i białoruscy opozycjoniści alarmują, że w manewrach, wbrew oficjalnym informacjom może brać udział nawet 100 tysięcy rosyjskich żołnierzy. To prawie dwa razy więcej, niż liczy cała armia Białorusi. Czy dlatego prezydent Łukaszenka odwołał wizytę w Moskwie, choć jeszcze niedawno mówiło się, że na czas manewrów będzie gościem Władimira Putina?

Manewry budzą zaniepokojenie nie tylko białoruskich opozycjonistów. Pilnie przyglądają im się władze Ukrainy, a także państw bałtyckich i Polski. Pośród sztabowców Paktu Północnoatlantyckiego też jest wielkie poruszenie. NATO bacznie obserwuje ćwiczenia, wykorzystując do tego radary, satelity i samoloty. Jak twierdzą dyplomaci z Kwatery Głównej NATO, brak zgody na wysłanie obserwatorów zachodnich jest wysoce niepokojący.

Rosjanie atakują w weekend
Rosjanie twierdzą, że ćwiczenia nie zagrażają zachodowi, mają charakter obronny i że więcej żołnierzy ćwiczy w tej chwili w Szwecji niż na Białorusi. Rzeczywiście, 3 dni temu ruszyły manewry Aurora, w których bierze udział 19 tysięcy szwedzkich, oraz około półtora tysiąca żołnierzy duńskich, fińskich, estońskich, łotewskich, a także oddziały z Francji, Norwegii i USA. Udział tych ostatnich budzi sprzeciw szwedzkiej lewicy, która uważa, że w ten sposób niepotrzebnie eskaluje się napięcie w regionie. Różnica między manewrami w Szwecji i na Białorusi polega jednak na tym, że na te pierwsze zaproszono obserwatorów z Rosji.

Tymczasem internauci zwracają uwagę na pewien szczegół. Już Hitler, a po nim Stalin bardzo chętnie wyznaczali datę rozpoczęcia wojskowej operacji na piątek, wychodząc z założenia, że przegniłe zachodnie demokracje w weekend nie funkcjonują, urzędnicy wychodzą z biura w piątek o godzinie 17. i dopiero w poniedziałek zaczynają podejmować jakiekolwiek decyzje. Przypominają, jak to 28 lutego 2014 roku rosyjscy żołnierze opanowali lotnisko Belbek w Sewastopolu, co minister spraw wewnętrznych Ukrainy uznał za początek zbrojnej agresji. To był… piątek. Nie można wykluczyć, że najbliższe dwa weekendy będą bardzo niespokojne.
Trwa ładowanie komentarzy...