Monika Dąbrowska zaszła w ciążę, kiedy przechodziła chemioterapię. Miała nie dożyć komunii najstarszej córki

Monika Dąbrowska z córką Mają
Monika Dąbrowska z córką Mają Andrzej Świetlik
Każda z tych historii jest inna, każdy rak jest inny, wszystko jest indywidualne. Nie ma co patrzeć na statystyki, bo ja miałam bardzo złe rokowania, a zaraz moja Majka skończy 12 lat. Jestem zdrowa, urodziłam czwarte dziecko - Gabrysię, a miałam nie dożyć komunii mojej najstarszej córki Ani – mówi naTemat Monika Dąbrowska, która w ciąży walczyła z rakiem jelita grubego. Teraz Monika ma 42 lata, kiedy zachorowała, miała 29 lat. Był rok 2004.

Lekarze szybko postawili pani diagnozę? Rak jelita grubego w tym wieku to rzadkość.



Z diagnozą nie było łatwo, ponieważ kilka miesięcy błąkałam się po specjalistach. Dostawałam różne diagnozy, ale tej, która była prawidłowa długo nie i tak naprawdę pierwsza ją sobie postawiłam. Po tym jak podejrzewano u mnie wrzodziejące zapalenie jelita grubego brałam tabletki i robiłam jakieś tam badania, w zasadzie nie było żadnej poprawy. Sama zaczęłam szukać informacji w internecie na temat tego, co to może być. Po wyeliminowaniu wszystkich możliwości, została mi opcja - nowotwór.

Zanim zrobiłam badanie i zanim potwierdzono diagnozę, powiedziałam o tym mojemu mężowi i mojej siostrze. Oni oczywiście zareagowali w klasyczny sposób „A ty wariatko, co ty mówisz, nawet nie myśl w ten sposób!”. Zapisałam się na kolonoskopię, bo wiedziałam, że to badanie wyjaśni mi już na 100 proc. co się dzieję w moich jelitach.

I tak się stało. Pobrano wycinek do badania histopatologicznego, ale na jego wyniki trzeba było poczekać chyba trzy tygodnie. Jednak w czasie badania wezwano onkologa, chirurga, który tego typu operacje, którą ja miałam później, przeprowadzał wielokrotnie i wiedział jak ta choroba wygląda. Właściwie nie pozostawił mi złudzeń i powiedział, że na 100 proc. jest to nowotwór.

Ile w sumie trwało postawienie prawidłowej diagnozy?

Pierwsze moje podejrzenia i wizyty lekarskie zaczęły się w styczniu. Już w grudniu wiedziałam, że coś jest nie tak, ale w styczniu poszłam do lekarza. Diagnozę dostałam w kwietniu, łącznie trwała 4 miesiące.

Czy nie miała pani żalu do lekarzy, do których trafiła pani na początku, że nie potraktowali pani problemów poważnie?

Taka myśl przyszła mi do głowy dopiero wiele lat później. Cały ciąg zdarzeń był tak emocjonalnie naszpikowany, że jak już się dowiedziałam, to moje myśli były skierowane w zupełnie inną stronę. Nie myślałam wtedy o żalu do kogokolwiek, myślałam o tym, co zrobić, jakie mam szanse i jak to będzie. Myślałam bardziej przyszłościowo.

Jednak rzeczywiście, wiele lat później pomyślałam sobie, że trochę szkoda, że zostałam tak potraktowana, że lekarze z góry zakładali, że to nic poważnego. Dobrze, że moja historia skończyła się tak, jak się skończyła. Jednak wtedy, kiedy jeszcze bardzo bałam się, że może będzie źle, to przyszła mi taka myśl co wydarzyłoby się gdybym od razu w styczniu została skierowana na badania. Może miałabym wtedy większe szanse, może wtedy nie byłoby przerzutów do węzłów chłonnych...?

Jakie były rokowania, czy lekarze byli optymistyczni?

Rokowania były słabe, miałam 25 proc. szans na to, żeby przeżyć kolejne 5 lat. Nie znałam nikogo, kto by chorował na raka jelita grubego. Wszystkie informacje jakie miałam na ten temat były od lekarzy albo z sieci.

Bała się pani, że leczenie może być nieskuteczne?

Tak, oczywiście. Ja bardzo poważnie podchodziłam do tego, że odejdę. Właściwie tylko mój mąż powtarzał mi, że ktoś w końcu z tych 25 proc. przeżywa i kto to ma być, jeśli nie ja? Zawsze tłumaczył, że powinnam myśleć pozytywnie i cały czas mi to powtarzał.

Brałam pod uwagę różne scenariusze. Miałam wtedy dwójkę dzieci, Ania miała 4 lata, a Jaś 6. Byli jeszcze wtedy mali, a ja byłam z nimi bardzo związana. Po studiach trochę projektowałam, jednak robiłam to w domu i dzięki temu spędzałam z nimi bardzo dużo czasu. Ta diagnoza dała mi takie poczucie, jakbym miała ich za chwilę zostawić, opuścić i myślałam o tym, że zostaną same. Na początku nie mieściło mi się to w głowie i bardzo to przeżywałam. Później zaczęłam myśleć o tym, jak to zrobić, żeby jakoś przeżyli moje ewentualne odejście.

Ale dowiedziała się pani, że jest w ciąży.

Tak, ale to było już po operacji, podczas której wycięto mi kawałek jelita z dużym marginesem, usunięto mi również wszystkie węzły chłonne, te okołojelitowe, po operacji okazało się, że tam również były komórki nowotworowe.

Czy ktoś pani powiedział, że chorując na raka, przyjmując chemioterapię, może pani zajść w ciążę?

Nie, zadałam takie pytanie lekarzowi i nie dostałam odpowiedzi. Nie wiedziałam, czy w tym czasie mam stosować antykoncepcję hormonalną, czy w ogóle mogę ją przyjmować w czasie trwania chemioterapii, jeśli nie to jaką, ale niestety nie dostałam odpowiedzi. Później zobaczyłam, że chemia zatrzymuje cykl, więc wydawało mi się naturalnie, że nie mogę zajść w ciążę.

Jakie uczucia towarzyszą kobiecie w trakcie lub tuż po chemioterapii, która dowiaduje się, że jest ciąży?

Mieszane. Bardzo mieszane. Zostałam z taką wiadomością i perspektywą krótkiego życia. W takim momencie w jakim ja byłam, wartość życia, które się pojawia jest nieopisana. Miałam poczucie zwycięstwa nad śmiercią i czułam ogromne szczęście, z drugiej jednak strony, ta choroba nie dawała mi pełnego komfortu, bałam się. Ciągle miałam poczucie, że jeżeli odejdę to zostanie nie dwójka, a trójka dzieci i obawa, czy to trzecie będzie zdrowe. Byłam po poważnym leczeniu i tak jak wcześniej bałam się, że mój mąż zostanie z dwójką, to potem bałam się, że zostanie sam z trójką. Było to dosyć obciążające.

Jak lekarze podeszli do tego, że jest pani w ciąży? Czy sugerowano pani aborcję?

Miałam tak, że jeszcze złapałam grypę i poszłam z tym i z informacją, że jestem w ciąży do lekarza pierwszego kontaktu. Ten lekarz wylał na mnie kubeł zimnej wody i powiedział mi, że to bardzo źle, że jestem w ciąży. Mówił, że wszystkie te mechanizmy, które występują naturalnie w czasie ciąży obniżają moją odporność, właśnie po to, żeby organizm nie odrzucił ciąży. To właśnie miało spowodować, że moja choroba wróci wcześniej. Ciąża więc miała być dla mnie zagrożeniem.

Jak wyglądało prowadzenie ciąży. Czy z powodu choroby nowotworowej wyglądało jakoś inaczej?

Byłam pod opieką dwóch lekarzy. Ginekologa - położnika i onkologa. Wydaje mi się, że badania były raczej standardowe, tyle że oprócz typowego USG jamy brzusznej, podczas którego obserwowano jak rozwija się ciąża, dodatkowo monitorowano moje narządy wewnętrzne. Im ciąża była bardziej zaawansowana, tym mniej było widać na badaniach USG.

Nowotwór przewodu pokarmowego jest specyficznym nowotworem, gdyż układ pokarmowy nie jest widoczny na badaniach USG i trzeba robić inne badania, które w ciąży nie zawsze są możliwe do wykonania. Można więc było oglądać wszystko oprócz jelit, miejsc które były najbardziej narażone na powrót choroby.

Uważnie monitorowana była wątroba, która przy tej chorobie jest organem bardzo narażonym na atak komórek nowotworowych. Ciąża to tak naprawdę był czas czekania i obserwowania. Dodatkowo badania krwi, badania markerów i czekanie na to, aż Maja się w pełni rozwinie. W 7-8 miesiącu ciąży nabrałam już więcej pewności, bo wyglądało na to, że dziecko rozwija się prawidłowo i moja choroba nie wraca. Nie przyjmowałam też w tym czasie żadnych leków onkologicznych. Wiedziałam już wtedy, że nawet gdyby coś się wydarzyło, to ona da już sobie radę.

Czy poród był niestandardowy?

To był standardowy poród, nie miałam cesarskiego cięcia, urodziłam naturalnie. Nienaturalne było natomiast to, że Majka zaczęła się rodzić w 34. tygodniu ciąży. Trafiłam w trybie pilnym na patologię ciąży, miałam już regularne skurcze. Na szczęście udało się zatrzymać akcję, dostałam specjalne leki i jeszcze przez 3 tygodnie nosiłam ją w sobie. Późnej lekarze zdecydowali o tym, żeby odstawić leki i po 3 dniach Maja przyszła na świat. Przy porodzie nie było onkologa.

Czy pani córka jest objęta jakąś specjalistyczną opieką?

Nie, mamy tylko zalecenie, żeby najpóźniej w wieku 24 lat zrobiła badanie kolonoskopowe. Ja oczywiście jako matka jestem wyczulona na różnego typu objawy i czasem może za bardzo dmucham na zimne, ale nie dostałam od lekarzy żadnych specjalnych zaleceń. Onkologia jednak zmienia się, więc może i to się zmieni. Maja urodziła się zdrowa. Za każdym razem, kiedy jestem u lekarza z którymkolwiek z dzieci, dokładnie pytam o wszystko. Ani Maja, ani Gabrysia, którą urodziłam dwa lata po Majce, ani Jaś z Anią, nie są objęci żadną specjalistyczną opieką lekarską. Cała czwórka jest zdrowa.

W gazecie przeczytała pani, że nie jest pani jedyna i ktoś przeżył to samo, też zmagał się z rakiem w ciąży.

Znalazłam w gazecie wywiad z Magdą Prokopowicz, znalazłam jej adres mailowy i do niej napisałam. Ten wywiad bardzo mnie poruszył, opowiadała o takich przeżyciach, które były mi bliskie. Czułam się podobnie i w wyniku impulsu postanowiłam się do niej odezwać, Magda bardzo szybko mi odpisała, zakolegowałyśmy się i poprosiła mnie o wzięcie udziału w pierwszej odsłonie projektu – albumie Boskie Matki. Wtedy była w trakcie przygotowywania tego z Rak’n’Roll’em. Zostałam zaproszona do udziału w projekcie, na co się zgodziłam i od tamtej pory jestem w fundacji Rak’n’Roll.

Jednak Magda odeszła…

My przez te lata od czasu projektu, który był początkiem naszej znajomości, aż do jej śmierci, zdążyłyśmy się poznać i zakolegować. Bywałyśmy u siebie nawzajem, na urodzinach naszych dzieci. Magda czasem prosiła mnie o pomoc przy rzeczach dotyczących fundacji, czasem prywatnie w remoncie czy pracach graficznych. Jej śmierć nie była dla mnie zaskoczeniem, ale do dziś czuję jej obecność, jakby miała wrócić z jakiejś podróży. Wiedziałam, że z Magdą jest źle, widziałam to, bo byłam obok. Zmarła moja bliska koleżanka, trudno mi o tym opowiadać.

Jak często historie kobiet w ciąży chorujących na raka, którymi opiekuje się Fundacja, kończą się pozytywnie?

Bardzo dużo jest pozytywnych historii, to zdecydowana większość. Nawet jeżeli choroba jest bardzo zaawansowana, to nigdy nie wiadomo jak ta historia się skończy. Magdzie mówiono, że będzie żyła maksymalnie 2 lata, a żyła 8, widziała 5. urodziny swojego dziecka. Czy to jest dużo, czy mało – bardzo trudno powiedzieć. Jednak udało jej się zdobyć trochę więcej czasu. Wygrać trochę więcej życia.

Pierwsza odsłona projektu „Boskie Matki” to właśnie był ten album, później już po śmierci Magdy, wraz z Fundacją wróciliśmy do tego tematu i stworzyliśmy program kompleksowej opieki dla takich kobiet. Trafiają do nas dziewczyny, które otrzymują wszechstronną opiekę, przede wszystkim medyczną, współpracujemy z najlepszymi specjalistami, z dziedziny onkologii, psychologii, położnictwa i neonatologii, więc mama jak i dzidziuś są zabezpieczeni w najlepszy możliwy sposób.

Lekarze współpracują ze sobą, więc jest to kompleksowa opieka. Pomagamy również od strony psychologicznej, ale też takiej kobiecej. Fundacja słynie z tego, że opiekuje się chorymi kobietami, dba o to, by w czasie leczenia czuły się dobrze, żeby były piękne, więc dostają od nas peruki z naturalnych włosów, uczymy je jak się malować w czasie chemii, jak dbać o skórę, kiedy jest wyjątkowo wrażliwa itp. Pomagamy im także w rehabilitacji, bo jeśli jest to nowotwór piersi, to wiadomo, że ręce mogą być mniej sprawne, a przecież trzeba małego bobasa nosić i przytulać.

Staramy się pomagać bardzo wszechstronnie. Trzecią odsłoną tego projektu są standardy, które zostały opublikowane w tym miesiącu. Chcemy ujednolicić procedury leczenia kobiet w ciąży chorych na raka, żeby każda kobieta i każdy lekarz w Polsce czuli się bezpieczniej. W zależności od tego jaki jest to nowotwór, zostały opracowane dokładne instrukcje postępowania.

Jest to pierwszy taki dokument na świecie i powstał on z inicjatywy naszej Fundacji. To wszystko wynika oczywiście z potrzeb z jakimi musimy się mierzyć. Nikt na świecie nie zajmuje się z takim zaangażowanie problematyką kobiet chorych na raka w ciąży. Standardy zostały opracowane przez zespół 25 najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie onkologii.

Jak często zdarzają się przypadki, kiedy aborcja jest konieczna?

Sporadycznie. Z tego co wiem był chyba jeden taki przypadek. Oczywiście ostateczną decyzję podjęła sama kobieta. Zawsze decyzja zarówno o aborcj,i jak i o utrzymaniu ciąży należy do kobiety. Najczęściej wygląda to tak, że dziewczyna trafia do nas z diagnozą, plikiem badań i jakąś rekomendacją.

Lekarze z którymi współpracujemy na podstawie wyników badań przedstawiają kobiecie możliwości leczenia i szanse, wtedy łatwiej jest jej podjąć decyzję. My jako fundacja wspieramy kobiety do końca, bez względu na ich decyzję. Każda historia i przypadek jest bardzo indywidualny, my nie wiemy, kiedy aborcja jest zalecana, a kiedy nie, po prostu zdajemy się na lekarzy z którymi współpracujemy.

Co mogłaby pani poradzić matkom, które są w ciąży i chorują onkologicznie?

Od praktycznej strony przede wszystkim to, żeby przyszły do Fundacji, bo tutaj naprawdę się nimi zaopiekujemy. Często najlepszą terapią jest rozmowa z kobietami, które to przeszły. Uzyskają również kontakt do najlepszych specjalistów, więc będą pod dobrą opieką. A od ludzkiej strony, to po prostu, żeby się nie bały, bo każda z tych historii jest inna, każdy rak jest inny, wszystko jest indywidualne. I nie ma co patrzeć na statystyki, bo ja miałam bardzo złe rokowania, a zaraz moja Majka skończy 12 lat.

Jestem zdrowa, urodziłam czwarte dziecko - Gabrysię, a miałam nie dożyć komunii mojej najstarszej córki Ani. Los jest zawiły i tak naprawdę nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Niech myślą dobrze, niech "trzymają łeb do słońca". Magda zawsze tak mówiła, żeby trzymać łeb do słońca bez względu na sytuację – to jest teraz nasze Fundacyjne powiedzenie. Więc łeb do słońca, cały czas do przodu i niech przyjdą do Fundacji, na pewno pomożemy.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...