Dwa projekty i zupełnie inny standard. To zestawienie Gowina z Ziobrą jest ważną lekcją, co dziś jest w cenie

Dwa projekty i zupełnie inny standard. To zestawienie Gowina z Ziobrą jest ważną lekcją, co dziś jest w cenie w polityce.
Dwa projekty i zupełnie inny standard. To zestawienie Gowina z Ziobrą jest ważną lekcją, co dziś jest w cenie w polityce. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
I co, warto było? Tak Jarosława Gowina mógłby zapytać Zbigniew Ziobro. Minister nauki zaprezentował wczoraj projekt reformy szkolnictwa wyższego. Ze swoimi pomysłami przyszedł najpierw do ludzi najbardziej zainteresowanych, czyli do przedstawicieli świata nauki. I dostał za to polityczne lanie, że podobno nie zapytał o zdanie władz PiS-u. Tego samego dnia rząd przyjął projekt Zbigniewa Ziobry w sprawie obrony koniecznej. Wprawdzie pomysł w trakcie konsultacji spotkał się ze sporą krytyką, ale tu polityczne wsparcie się znalazło.

Choć oba projekty nie są ze sobą w żaden sposób związane, to porównanie tego, jak prowadzone są nad nimi prace, wiele mówi o aktualnych standardach w polityce. Spróbujmy się na chwilę oderwać od własnych opinii na temat Jarosława Gowina i skupmy się na tym, co wicepremier robi jako minister nauki. Bo to, co robi, zyskuje uznanie także w oczach opozycji. – Robi wrażenie, że działa w sposób przemyślany i z sensem – mówiła naTemat przed rokiem o Gowinie Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej.

Bo sposób prac nad szykowanymi zmianami na polskich uczelniach był zupełnie inny niż choćby to, co zafundowała w szkolnictwie minister Anna Zalewska. Ona realizowała polityczny plan, nie zwracając uwagi na wszelkie protesty, zastrzeżenia czy rady. Każdy zarzut kwitowała uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko jest obliczone, przygotowane i przemyślane. Jarosław Gowin tymczasem pracował zupełnie inaczej. Najpierw jego ministerstwo rozpisało konkurs, który wyłonił trzy niezależne zespoły ekspertów. I to fachowcy, a nie politycy, zajęli się pisaniem projektu zmian. Choć politycy do rozmów też zostali włączeni – Jarosław Gowin parokrotnie spotkał się z przedstawicielami opozycji, aby dyskutować o ostatecznym kształcie zmian. Jednak głównym partnerem do rozmów było środowisko akademickie.
Gowin jeździł od miasta do miasta. Przekonywał do swoich pomysłów, słuchał uwag i kontrpropozycji. Wiele emocji budziło m.in. to, jak w nowym systemie uczelnie mają być finansowane. Pisaliśmy przed rokiem o obawach, iż budżetowe środki uzależnione od liczby studentów przypadających na jednego wykładowcę, może doprowadzić do ruiny te uczelnie, które w ostatnich latach przyjęły wielu maturzystów. Jarosław Gowin odpowiadał wówczas, że rezygnacja z masowości, postawienie na elitarność, to właściwa droga, aby polskie uczelnie zaczęły się liczyć w światowych rankingach.
Wiosną na Kongresie Nauki w Warszawie Gowin przedstawił projekty założeń do ustawy i od początku zapowiadał, że ostateczny projekt reformy zaprezentuje we wrześniu 2017 r.

Słowa dotrzymał. Wczoraj w Krakowie na Narodowym Kongresie Nauki wicepremier opisał to, co sam nazywa "konstytucją dla nauki" lub ustawą 2.0. Przekonywał, że to "reforma inna niż wszystkie" i wyliczał, że prace nad nią trwały aż 574 dni.
Jarosław Gowin
wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego

To jest wydarzenie bez precedensu, jeśli chodzi o stanowienie prawa w Polsce po roku 1989; wydarzenie, które Komisja Europejska stawia innym krajom za wzór do naśladowania przy wielkich zmianach systemowych. (...) Reforma nauki i polskich uczelni wymaga ścisłej współpracy środowiska nauki i polityków. Wymaga też wzajemnego zaufania.

Na kongresie, w którym udział bierze ok. 3 tys. przedstawicieli środowiska akademickiego i naukowego, Gowin tłumaczył, na czym mają polegać zmiany. Zapewniał, że uczelnie będą miały większą autonomię, że nastąpi deregulacja (liczba obecnych przepisów zostanie zmniejszona o połowę), że zniesione zostaną tzw. minima kadrowe, że dyscypliny naukowe zostaną podzielone według nowej klasyfikacji, że zniesiony będzie obowiązek habilitacji, że wydłużone zostaną studia niestacjonarne zaś doktoranci, dzięki nowemu systemowi stypendialnemu, "nie będą już przymierać głodem".
Jarosław Gowin
wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego

Minimalna wysokość stypendium będzie wynosiła 110 proc. minimalnego wynagrodzenia przez pierwsze dwa lata, a po ocenie śródokresowej - wzrośnie do minimum 170 proc. Z naszych szacunków wynika, że to będzie jeden z najkosztowniejszych elementów reformy, ale naprawdę jest konieczny. Jestem pewien, że to zmiana absolutnie konieczna, kształcenie przyszłych elit to polska racja stanu. Planujemy także wprowadzenie ewaluacji szkół doktorskich z udziałem międzynarodowych ekspertów i szereg innych rozwiązań zmierzających do podniesienia jakości doktoratów.

cytat za polsatnews.pl
No i że na to wszystko nie zabraknie pieniędzy. Tak przynajmniej zapewnił w Krakowie wicepremier Gowin, zapraszając wszystkich do merytorycznej dyskusji i zgłaszania uwag do ustawy jeszcze przez miesiąc.
Szef resortu nauki liczy, że Sejm reformę tę uchwali wiosną przyszłego roku.


Liczy, lecz może się przeliczyć. Lekcji Gowinowi udzielił bowiem inny polityk obozu rządzącego z Krakowa. Wicemarszałek Sejmu i jednocześnie szef klubu PiS Ryszard Terlecki stwierdził, że to, co proponuje minister nauki to "dziwne pomysły". A najpoważniejszym zarzutem wobec wicepremiera było to, że partyjna "góra" tych projektów podobno nie zna. – Wątpię, żebyśmy się na nie zgodzili – stwierdził Terlecki w radiowej Trójce, pytany o pomysły Gowina. – Też mnie dziwi, dlaczego premier przedstawia projekt, którego nie zna rząd ani klub parlamentarny, który ma go uchwalić – wyjaśnił.
Czyli wygląda na to, że po niemal dwóch latach prac cały projekt właściwie odwracający do góry nogami szkolnictwo wyższe może wylądować w koszu.

I tu przechodzimy do ministra Zbigniewa Ziobry, który w parę dni chciał odwrócić do góry nogami system sądownictwa w Polsce. Przy czym, przynajmniej formalnie, te projekty ustaw nie wyszły z rządu. Były to pomysły poselskie, co przyspieszało całą procedurę. Przyjrzyjmy się zatem dokumentowi, który wychodzi z ministerstwa, który ma już akceptację rządu i o którym partyjni koledzy i przełożeni mówią w superlatywach. Choć jest to projekt, który praktycznie nic nie zmienia poza tym, że Zbigniew Ziobro znów ma okazję kreować się na szeryfa.
Beata Szydło
Prezes Rady Ministrów

Nasz rząd konsekwentnie realizuje politykę wspierania tych wszystkich, którzy są uczciwi, którzy mają poczucie tego, że państwo powinno stać po ich stronie. Realizujemy ten program, który ma na celu przede wszystkim wyjście naprzeciw tym, którzy potrzebują pomocy ze strony państwa. I to jest jedna z takich ustaw.

Premier Beata Szydło, zachwalając przyjęty przez rząd projekt ustawy o obronie koniecznej, mówiła, że to wszystko w ramach "wspierania tych, którzy są uczciwi". Zbigniew Ziobro zaś mówił o zasadzie "mój dom – moja twierdza", choć przyznawał przy tym, że ta zasada... w sumie to obowiązuje już teraz.
Konferencja prasowa po posiedzeniu Rady Ministrów

Konferencja prasowa premier Beata Szydło, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz pełnomocnika rządu ds. CPK Mikołaja Wilda po posiedzeniu Rady Ministrów.

Opublikowany przez Kancelaria Premiera na 19 września 2017
Minister sprawiedliwości potwierdził, że w kodeksie karnym już teraz istnieją dobre rozwiązania, ale "nie przekładają się niestety na rozumienie w praktyce orzeczniczej sądów i prokuratury idei, która legła u podstaw obrony koniecznej, żeby bronić się przed zamachem na zdrowie, życie i inne chronione prawem dobra". Ziobro do tych "dobrych rozwiązań" chce więc dodać jeszcze jeden artykuł:

"Nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej, odpierając zamach polegający na wdarciu się do mieszkania, lokalu, domu albo przylegającego do nich ogrodzonego terenu lub odpierając zamach poprzedzony wdarciem się do tych miejsc - chyba że przekroczenie granic obrony koniecznej było rażące".

Ten pomysł minister zgłosił przed wakacjami i wtedy zaczęły się konsultacje. W ich trakcie wielu prawników zwróciło uwagę na absurdy wynikające z projektu. Choćby taki, że dzięki zmianie osoba odpierająca bezprawny atak będzie chroniona wtedy, gdy atak ten nastąpi na terenie jej domu. A co wtedy, gdy przyjdzie odpierać taki atak poza domem? Czy wtedy to nie jest obrona konieczna? W trakcie opiniowania (wszystkie uwagi można znaleźć tutaj) wskazywano m.in., iż ta zmiana jest zupełnie niepotrzebna, bo... niczego nie zmienia. Resort ocenił jednak, że uwagi są niezasadne.
No bo jak to – "niczego nie zmienia"? Zmienia to, że można zebrać pochwały i oklaski od tych, którzy nie dostrzegają, iż nowelizacja może się sprowadzać jedynie do populistycznych haseł. I co? Warto miesiącami pracować, konsultować, rozmawiać? Czy może lepiej dopisać kilka zdań do istniejących przepisów i móc z dumą stanąć obok pani premier ze sztandarem, że to wszystko po to, by "wspierać tych, którzy są uczciwi"?
Trwa ładowanie komentarzy...