Dyliżans rodzinny, czyli Ford S-Max Vignale. Pojazd, w którym dzieci nie pytają "czy daleko jeszcze?”

Dyliżans rodzinny, czyli Ford S-Max Vignale Paweł Kalisz / naTemat
Propozycja objęcia we władanie na kilka dni Forda S-Max spadła nieoczekiwanie, niczym gwiazdka z nieba. Akurat planowaliśmy rodzinny wypad nad morze, więc auto rodzinne, jakim niewątpliwie jest ten van, było wspaniałym prezentem. Tym bardziej, że do testów trafiło w bogatej wersji Vignale.

Powiedzieć, że ten samochód jest duży, to jakby nic nie powiedzieć. Już na parkingu robi wrażenie swoimi wymiarami, zaparkowany gdzieś pod supermarketem obok typowych samochodów miejskich jest dwa razy dłuższy, o wiele szerszy i wyższy. S-Max nie należy do aut, których będzie się długo szukać na zatłoczonym parkingu, jeśli wcześniej byliśmy na tyle roztrzepani, że zapomnieliśmy, w której dokładnie alejce go zaparkowaliśmy. Widać go z daleka.
Ogrom tego auta najłatwiej jednak docenić po wejściu do środka. Przestrzeni jest po prostu mnóstwo. Kierowca i pasażer siedzą w wielkich i bardzo wygodnych (elektrycznie regulowanych) fotelach. Między nimi jest szeroki podłokietnik, na tyle duży, że kończą się małżeńskie kłótnie o to, czyj łokieć może w danej chwili na nim spoczywać. Nad głową też nie brakuje przestrzeni, tym bardziej, że w wersji Vignale jest szklany dach, który dodatkowo potęguje odczucie wolności. Przednia szyba jest tak daleko, że można zacząć się zastanawiać, jak w trybie awaryjnym przetrzeć szmatką parę, jeśli z jakiegoś powodu zawiodą nawiewy.
Z tyłu wcale nie jest gorzej. Dzieci mogą sobie machać nogami, ale i dla dorosłych nie zabraknie miejsca na dolne kończyny. Na szerokość też jest dość przestrzeni, jeśli nie będziemy przewozić chóru Aleksandrowa wraz z instrumentami, miejsca z tyłu wystarczy.
Warto też wspomnieć o licznych schowkach oraz ogromnym bagażniku, w który można spakować się na bardzo długie wakacje. Później, gdy już rozpakowanym na kwaterze samochodem będziemy jeździć na plażę, do bagażnika będzie można schować nie tylko kosz z kanapkami i parawan, ale jeszcze nadmuchane piłki, krokodyla, delfina i zapasowe kąpielówki.
My nie mieliśmy aż takich potrzeb i ze wstydem muszę przyznać, że nad morze wywieźliśmy, oprócz trzech osób, mnóstwo mazowieckiego powietrza. A gdy butelka wody wtoczyła się pod tylną kanapę, trzeba było prosić dziecko, żeby zanurkowało do środka, bo nawet mnie, osobie dorosłej z ponadprzeciętnie długimi rękami, nie przyszło łatwo sięgnąć tak daleko. A dziecko, jak to dziecko – weszło do środka w poszukiwaniu przygody. Wróciło po tygodniu, uradowane, z pustą butelką w ręku. Żartuję, butelka była wciąż pełna.
Ale przestrzeń to nie wszystko, co oferuje S-Max Vignale. To także odrobina luksusu. Deska rozdzielcza obszyta jest skórą, podobnie jak kierownica. Nic nie trzeszczy, nie piszczy, spasowanie elementów jest na wysokim poziomie. Deska jest czarna, podobnie jak boczki, ale żeby człowiek nie czuł się jak w trumnie, wnętrze rozjaśnione jest wstawkami w kolorze aluminium. Część plastików jest czarna błyszcząca, część matowa. Całość wygląda bardzo elegancko.
Dla odmiany fotele zostały obszyte jasnobeżową skórą, której szerokie pasy zostały też wykorzystane do wykończenia wewnętrznych powierzchni drzwi. Skóra jest perforowana. Gdy córka zapytała się, po co są te dziurki, próbowałem wyjaśnić, że to po to, aby mniej się pocić. Prawda okazała się jednak bardziej skomplikowana, ale o tym za chwilę. W tym samym kolorze co fotele, jest też podsufitka i wykończenie wszystkich słupków. Przy czym większą część dachu zajmuje panoramiczna szyba. Można zasunąć kurtynę (a jakże – sterowaną elektrycznie), ale osobiście nie widziałem takiej potrzeby. Błękitne niebo nad głową, a w nocy gwiazdy stanowią dodatkową atrakcję w trakcie podróżowania.
Niewątpliwie najlepiej w samochodzie czują się kierowca i pasażer. W wersji Vignale dostają fotele sterowane elektrycznie, przy czym fotel kierowcy ma pamięć trzech różnych ustawień, więc przyszłościowo można uniknąć ciągłych kłótni z małżonkiem o to, że fotel jest za blisko, albo za daleko, położony lub za bardzo wyprostowany. W pamięci ustawiamy sobie zresztą nie tylko fotel, ale też ustawienia zewnętrznych lusterek i kolumny kierownicy, więc po wejściu wystarczy nacisną guzik i… pozostanie tylko wyregulowanie wewnętrznego lusterka i można jechać.
Przy okazji jednak chciałbym przestrzec panie, że nie będzie im łatwo zająć miejsce za kierownicą. Auto jest tak wielkie, że osoby około 165 cm wzrostu, chcąc dosunąć fotel do kierownicy, siłą rzeczy tak się odsuną od centralnego podłokietnika, że prawy łokieć będzie wisiał w trakcie jazdy w powietrzu. Wada? Z mojego punktu widzenia nie, ale żona miała powód do narzekań.
Samochód zgodnie z ogólnymi trendami jest wyposażony w system keyless, czyli nie trzeba wyjmować kluczyka z kieszeni, żeby uruchomić auto. Siada się za kierownicą, naciska przycisk start i… no właśnie. Fotel dosuwa się do kierownicy na zadaną wcześniej odległość, kolumna kierownicy dosuwa się do kierowcy i obniża – słowem samochód niejako zaczyna nas pożerać, stajemy się jego częścią. Po zakończonej jeździe kierownica i fotel odsuwają się, dzięki czemu nawet osoby "szczupłe inaczej" nie powinny mieć problemu z opuszczeniem auta.
Oprócz tego, że fotel zaczyna jeździć po samochodzie, naciśnięcie przycisku start pozornie niczego nie zmienia w naszym otoczeniu. Silnika na postoju praktycznie nie słychać. Jedynie szum nawiewu daje nam świadectwo, że auto gotowe jest do drogi. Zapinamy pasy i jedziemy.
Mimo swoich rozmiarów Ford S-Max jest całkiem zwrotny. Nie jest to oczywiście autko miejskie, którym będziemy sprawnie przeciskać się w korkach, z zaparkowaniem na ciasnej uliczce też będzie niejaki problem, ale coś za coś – albo komfort i przestrzeń, albo łatwe parkowanie. Manewry ułatwiają radary i kamery. Widok na przód trzeba włączyć specjalnym przyciskiem, natomiast to, co się dzieje za samochodem, pojawia się na centralnym (gigantycznym) wyświetlaczu automatycznie po wybraniu wstecznego biegu. Jakby tego było mało, na obraz nakładane są umowne linie, które pokazują nam, gdzie samochód pojedzie przy takim czy innym skręceniu kół. Bajka.
Szkoda jednak czasu, żeby cały czas jeździć do tyłu. Dźwignia automatycznej skrzyni biegów wędruje na pozycję D i jedziemy. Do naszych uszu oprócz muzyki dochodzi właściwie tylko szum powietrza i opon. Silnik? Jaki silnik? Jakby go nie było. Ford chwali się systemem, który w głośnikach emituje specjalnie wygenerowany szum, który zagłusza, niejako wyłącza w naszej świadomości dźwięki silnika. Dźwięk to fala, inżynierowie wpadli więc na pomysł, żeby szum wygenerowany sztucznie miał dokładnie odwrotną krzywą jak ten pochodzący z silnika, dzięki czemu wzajemnie się niwelują. Wiem, brzmi kosmicznie, ale to nieważne. Póki działa.
I działa, silnika nie słychać nawet przy prędkościach nieco większych, niż dopuszczają przepisy ruchu drogowego. W S-Max Vignale naprawdę łatwo stracić prawo jazdy, w aucie po prostu nie czuć prędkości. Z racji swoich gabarytów jedzie niewzruszone, żaden wiatr nie jest mu straszny, żadne koleiny nie wyprowadzają go z równowagi, a prędkość na poziomie "ponadautostradowym" nie robi wrażenia nie tylko na kierowcy, ale nawet na żonie, która podczas podróży prywatną Renault Laguną zwykle włącza się powyżej 120 km/h.
Prowadzący ma zresztą solidne wsparcie w postaci wszechobecnej elektroniki. Systemy kontroli trakcji, wspomagania tego i owego, asystent hamowania to w Vignale standard. Nawet podczas wyprzedzania auto mówi, kiedy można powrócić na swój pas w sposób bezpieczny, czyli taki, w którym nie zajeżdża się drogi wyprzedzanemu. W lusterkach pojawia się pomarańczowe światełko, które gaśnie w momencie, gdy manewr jest całkowicie bezpieczny. Przyznam, że z tej funkcji korzystałem nader często, na autostradzie niewiele było pojazdów, które jechały jeszcze szybciej niż my. Dopóki była szeroka i w miarę pusta droga.
W okolicach Gdańska takich już nie ma, to miasto, które nieodmiennie kojarzy mi się z korkami. Ale nawet w takich chwilach, w walce z nudą, zmęczeniem, znużeniem czy irytacją pomaga kierowcy jego auto. Wystarczy włączyć tempomat, ustawić odległość od poprzedzającego nas auta i włączyć asystenta, który pomaga utrzymywać pojazd pomiędzy pasami i... można zdjąć nogi z pedałów, a na kierownicy pozostawić tylko jeden palec, tak na wypadek, jakby okazało się, że ktoś pasów zapomniał namalować. Samochód będzie jechał właściwie sam, bez naszej potrzeby, a co najważniejsze – bezpiecznie.



Gdy jechaliśmy nad morze, było jeszcze lato. Pełnia lata, które jak pewnie wszyscy pamiętamy, w tym roku w Polsce trwało około dwóch tygodni. Było gorąco i słonecznie. O chłodniejszą niż na zewnątrz atmosferę dbał system klimatyzacji. Oczywiście dwustrefowa, oddzielnie sterowana dla prawej i lewej strony pojazdu. Zabrakło trochę oddzielnego sterowania dla córki z tyłu, ale nie narzekała. Kierowca i pasażer mają dodatkowe zabawki. Fotele w wersji Vignale są wyposażone nie tylko w system podgrzewania, ale też nawiew. Właśnie do tego przydają się dziurki perforacji. Zimne powietrze w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę w środku lata to prawdziwa przyjemność. Podobnie zresztą, jak system masażu.
Masaż… Właściwie od niego powinienem zacząć, o nim pisać w głównej części tekstu i na nim skończyć. Bez większej przesady mogę napisać, że gdyby nie system masażu, to niniejszy tekst albo by nie powstał, albo pisałbym go ze szpitala. To dzięki niemu udało mi się jednego dnia wyjechać bladym świtem, za kierownicą spędzić wiele godzin, zwiedzić kilka nadmorskich miejscowości i wrócić po północy do domu. Pokładowy masażysta dbał o to, żebym nie zasnął. Ustawić można nie tylko obszary fotela, które będą się poruszać za sprawą ukrytych w środku siłowników, ale też siłę ich pracy, dzięki czemu masaż może być delikatny jak muśnięcie motyla albo wprost przeciwnie – będziemy mieli wrażenie, że ktoś bardzo chce nam obić plecy i pośladki.
A gdy już wszyscy – oprócz kierowcy – na pokładzie śpią i nie ma z kim pogadać, można sobie włączyć nawigację i przejść do sterowania głosem. Zanim się ustawi żądaną lokalizację, trzeba się nieźle nagadać z pozornie inteligentnym bytem, obdarzonym w dodatku całkiem miłym kobiecym głosem. Co najważniejsze, można też poprosić byt, żeby mówił cicho, aby żony nie obudzić. Po co ma być zazdrosna?
Tak poważnie, samochód naszpikowany jest elektroniką i siłownikami elektrycznymi. Dość powiedzieć, że nawet kolumnę kierownicy steruje się czterema przyciskami. Trochę strach pomyśleć, ile może kosztować wymiana takich silniczków, które pewnie mają określoną żywotność, ale póki wszystko działa to wprost serce rośnie na samą myśl o podróży. To auto stworzone jest do pożerania kilometrów, a czyni to w tak komfortowy sposób, że nikomu się nie dłuży. Pamiętacie scenę z filmy "Shrek", gdy osioł z uporem godnym większej sprawy co chwila dopytywał, czy daleko jeszcze? Dzieci uwielbiają tę kwestię. Co ciekawe, w Vignale nie padała ona zbyt często.
Może dlatego, że córce udało się znaleźć wtyczkę, do której podpięła tablet. Ale uwaga – nie byle jaką wtyczkę. Próbowaliśmy wyjaśnić, że szuka czegoś na kształt gniazda USB, albo takiego okrągłego gniazda, w które wtyka się zapalniczkę. Zamiast nich odkryła, że z tyłu jest normalne gniazdko prądowe, takie jakie są w ścianach mieszkań.
Oczywiście najwięcej frajdy z prowadzenia pojazdu ma kierowca. W przypadku S-Maxa ma w ręku wiele narzędzi, które umilą podróż. Przykład? Proszę bardzo…
Automat. Jeszcze kilka lat temu właściciele samochodów z automatyczną skrzynią biegów skarżyli się, że auto więcej pali i nie jest tak zrywne i dynamiczne, jak pojazd z manualną skrzynią biegów. W Vignale można o tych teoriach zapomnieć i nigdy do nich nie wracać. Co więcej, do tego, że automat może być bardzo dynamiczny, można dojść na dwa sposoby. Pierwszy to tryb S, czyli sportowy. Znacznie opóźnia moment, gdy wbijany jest wyższy bieg. Auto nabiera wigoru, choć już wcześniej 180-konny silnik nie dawał powodu do zmartwień. Drugi sposób to manetki przy kierownicy. Niczym w bolidach Formuły 1 można sobie w dowolnym momencie zredukować bieg o stopień lub kilka stopni i mocniej nacisnąć gaz. S-Max wyrywa do przodu z prędkością rakiety i… ojej, zaczyna być słyszalny silnik!
Kolejne biegi wbija się ręcznie. Gdy przez jakiś czas nie rusza się łopatek przy kierownicy, auto z trybu "ręcznego" wraca na powrót do pełnego automatu. W praktyce z shiftów warto korzystać podczas normalnej jazdy, gdy jedziemy w sznurze samochodów, z naprzeciwka jedzie sznur samochodów i nagle pojawia się w nich luka, która daje nadzieję na wyprzedzenie pojazdu przed nami. Szybka redukcja, gaz i zamiast krzyczeć "Houston mamy problem", możemy śpiewać "we are the champions".
Tryb sportowy sprawdzi się podczas tej jazdy, gdy naprawdę się śpieszymy i co chwila próbujemy wyprzedzić kolejną zawalidrogę. Ale uwaga – w trybie sportowym automatycznie zmieniają się nastawy podwozia na sztywniejsze, które z komfortem na polskich drogach nie mają wiele wspólnego. Większość czasu jechaliśmy z normalnymi nastawami twardości podwozia i takie polecam. Twarde w moim odczuciu są za twarde, z kolei "komfort" buja nieprzyjemnie na każdej dziurze, można dostać choroby morskiej.
Kolejną rzeczą, o której warto wspomnieć, to światła. Mniejsza o to, jaki kształt mają reflektory, a są rzeczywiście wielkie i ładne. Mniejsza nawet o to, że światła włączają się automatycznie, a po wyłączeniu silnika i zamknięciu auta jeszcze przez kilkadziesiąt sekund będą nas odprowadzać do domu. W sumie standardem staje się też doświetlanie zakrętów, więc o tym też nie wspomnę. To, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to fakt, ze automatyka dba także o innych kierowców. Można włączyć długie dla lepszej widoczności w nocy, a gdy będzie jechał ktoś z naprzeciwka, elektronika automatycznie przygasi nasze światła, zawęzi pole ich świecenia tak, żeby nie oślepiać tamtego kierowcy. I gdy tylko to będzie możliwe, "długie" znów staną się naprawdę długie.
Tyle pochwał i żadnej wady? No dobrze, jest kilka. Pierwszą jest cena, za auto z silnikiem 180 KM trzeba dać grubo powyżej 200 tysięcy złotych, nie jest to zatem auto dla przeciętnego Kowalskiego i nawet podwójne 500+ nie pomoże. Drugą wadą, o której już wspomniałem, to gabaryty. Naprawdę nie jest łatwo znaleźć miejsce do zaparkowania tego dyliżansu. Problematyczne jest używanie schowka w podłokietniku. Niby wielki, mieszczą się tam nawet spore butelki z napojami, ale otwarcie wymaga dużo dobrej woli ze strony kierowcy. No chyba, że jest drobną szatynką, która w ogóle do niego nie dosięga, wtedy pasażer nie będzie miał problemów z jego otwarciem.
Na siłę można znaleźć więcej wad. Trochę ciężko jest się przebijać przez kolejne poziomy w menu. Opcji jest dużo, nastawy tego i owego, włączanie czy wyłączanie różnych systemów, wszystko wielopoziomowe. Można mieć uwagi do nawigacji, która raz gada za dużo, innym razem za mało, a parę razy zdarzyło się powiedzieć coś od rzeczy. Córka chętnie by widziała jakiś telewizor w zagłówku, zgłaszała też uwagę do piekielnie sztywnego skóropodobnego materiału, z którego wykonano kieszenie z tyłu oparcia przednich foteli. 11-latka nie miała dość siły, żeby wsunąć tam nie tylko butelkę, ale nawet mapę.
Takich drobiazgów znalazło by się jeszcze więcej, ale szczerze mówiąc to wszystko byłoby czepianiem się na siłę. Z ręką na sercu przyznaję, że w trójkę poświęciliśmy wiele czasu na wyszukiwanie wad tego auta, żeby test wypadł bardziej wiarygodnie. Ludzka wyobraźnia jest nieograniczona, znaleźliśmy więc tyle minusów, że starczyło by na całkiem grubą listę skarg i wniosków. Prawda jednak jest o wiele bardziej trywialna. Ford S-Max Vignale to auto rodzinne, w którym żadna podróż rodzinna nie będzie straszna, w tym aucie podróżowanie jest prawdziwą przyjemnością. I choć po Warszawie wolę jeździć na motocyklu, to w Vignale nawet korki nie są takie straszne, bo jazda w każdych warunkach jest po prostu wygodna i przyjemna.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...