Rak nie pyta o metrykę, lubi każdy rozmiar i kształt piersi. Grunt to być cwańszym od tego potwora

Adrianna Sobol, psychoonkolog
Adrianna Sobol, psychoonkolog Adrianna Sobol
Jesteś młoda, masz 20, 30 lat i myślisz błędnie, że choroby dotyczą tylko starszych pań. Wydaje ci się, że ty jesteś jeszcze zwolniona z czujności, możesz ignorować pewne sygnały, myśleć o nich jak o najzwyklejszym zmęczeniu, przepracowaniu, 
a tymczasem wyłapanie ich może odegrać kluczową rolę w twoim życiu – zaznacza 
w rozmowie z naTemat Adrianna Sobol - psychoonkolog, członek zarządu Fundacji OnkoCafe (www.onkocafe.pl), autorka bloga Braster.eu

Czy profilaktycznie trzeba postraszyć trochę kobiety, żeby zaczęły się regularnie badać?



Mamy czas na wszystko i dla każdego, a wobec siebie jesteś tak mało troskliwe. 
Nie wahajmy się właśnie tak o sobie mówić, jeśli nie pamiętamy kiedy robiłyśmy ostatnio badania i po prostu niewiele o sobie wiemy. Nie chodzi o straszenie, dużo ważniejsze jest wyzwolenie solidarnego kręgu oświeconych kobiet. Czasami wystarczy posłuchać kogoś, kto tego doświadczył! Rak często rozwija się w dogodnej dla siebie przestrzeni "nieświadomości” i długo może w niej trwać. Im szybciej go "namierzymy”, tym już sama terapia może przybrać mniej inwazyjny charakter, a szansa na całkowity powrót do zdrowia zyska wtedy nieporównywalnie lepsze notowania.

Wiele kobiet złudnie myśli, że młodość podpisała pakt z nieśmiertelnością, choroby ich nie dotyczą. Tymczasem na oddziałach onkologii wiele pacjentek to 20, 30, 
40 - latki, które usłyszały diagnozę - rak piersi.

Młode, chore kobiety często mają żal i subtelnie sugerują, że nikt im nie wysłał tzw. sygnału ostrzegawczego. Pytanie - "dlaczego?” przewija się w wielu naszych wspólnych analizach. Matki, babki, siostry, krewni, lekarze… nie zadali im nigdy tego fundamentalnego pytania - "Czy się badasz?”, a przecież takie podstawowe przejawy troski powinny mieć źródło w gronie ludzi, którym ufamy i czerpiemy od nich cenną wiedzę. Społecznie mamy tu zatem bardzo wiele do nadrobienia.

Nie ma już czasu na omijanie tych ważnych lekcji profilaktyki. Po prostu musimy się solidnie zahartować i zacząć rozmawiać o tym, co najważniejsze w kontekście życia. Regularne, rutynowe kontrole piersi nie są szukaniem raka. To coś, co powinno być zakodowane w naszych myślach jako jeden z najważniejszych elementów sprofilowanego dbania o siebie, o swoją przyszłość i bezpieczeństwo własne oraz rodziny. My kobiety powinnyśmy się motywować i wspierać wzajemnie tzw. uważność. Mamy dzisiaj wiele narzędzi, które mają szansę wzmocnić tę naszą osobistą ochronę. Nie możemy z nich nie korzystać.

Mamy talent do znajdowania powodów, żeby się nie badać. Dominują czarne scenariusze typu: a może jak się zbadam, to dowiem się czegoś złego, jeszcze mi coś znajdą… Lepiej omijać szpitale, bo z nich się już nie wychodzi itp. Skąd te kiepskie podpowiedzi wyobraźni?

Wspomniałam o tym wcześniej. Społecznie nie wypracowaliśmy jeszcze logicznego mechanizmu obronnego, a przecież istnieje alternatywa wobec ciągłego siania niepokoju, strachu. Wystarczy, że zaczniemy od elementarnej rodzinnej edukacji - odważnej, zakrojonej na szeroką skalę. Jeśli matka wyzwoli w sobie siłę do regularnego monitorowania organizmu, będzie to miało status priorytetowego obowiązku wobec siebie, a jej córka odczyta ten nawyk jako coś naturalnego, to będzie przekazywała dobre wzorce kolejnym pokoleniem.

Taki łańcuszek troski, wzmacnianie konstrukcji bezpieczeństwa może mieć niebagatelny wpływ na diagnostykę. Nie przesadzam mówiąc, że tylko świadome decyzje mają szansę wpłynąć na poprawę przerażających dzisiaj statystyk. Nie bez powodu rak zyskał w kręgach lekarskich status "epidemii”. Lęk jest słabym alibi, bo może nas doprowadzić do sali szpitalnej w tak zaawansowanych stadium choroby, że medycyna niewiele będzie mogła zdziałać. Naszym celem powinno być to, by regularnie się badać, kumulować metody. Wiedzieć jak najwięcej o tym, co ma nam do zaoferowania współczesna technologia i budzić tę czujność, o której tak wiele już mówiłam, a jeśli coś nas zaniepokoi, natychmiast należy pogłębiać dalsze poszukiwania, konsultować to ze specjalistami. Może wtedy rzadziej będą do nas docierały deklaracje w stylu - "mnie to nie dotyczy, przecież jestem młoda i to jest mój parasol ochronny”.

Obalajmy to masowo, bo to jest też świadectwo rozwoju ludzi, ich dojrzałości, która ma moc zmieniania przyszłości na lepsze. Powtarzajmy sceptykom dosadnie: człowiek, który pozbawia się dostępu do danych o sobie może stracić wszystko, co najcenniejsze – życie, a to przekłada się przecież na dobrostan jego bliskich. W naszym wspólnym interesie rodzinnym jest pozbycie się parawanu milczenia o chorobie, na nowo skonstruowanie jego szkieletu, który prowokuje zmianę stylu myślenia, rozmawiania, bronienia się przed chorobą i wspólnego pokonywania jej, jeśli dotknie bliską nam osobę. Jesteśmy to sobie winni - w imię miłości, szacunku oraz opieki nad sobą. Starajmy się nie zapominać, że w Polsce 6 proc. chorych na raka piersi to kobiety do 40. roku życia, czyli prawie 1 000 młodych pacjentek rocznie.

Myślimy, zupełnie irracjonalnie, że jeśli nie będziemy o tym rozmawiać, nie będziemy się badać, to nie zachorujemy na raka piersi?

Każdego z nas może to spotkać. Nikt nie rodzi się z gwarancją 100 proc. bezpieczeństwa, nie ma w tym przypadku taryfy ulgowej. Ten problem również należy oswajać w domach. Myślmy raczej tak: rak piersi stał się udziałem mojej sąsiadki, znajomej, ale ja też muszę być czujna, bo nie wiem, czy nie dosięgnie mnie. Dlatego uważność onkologiczna zyskuje rangę priorytetowej.

Takie myślenie idzie w parze z odwagą i samoświadomością. Stajemy się w pewnym sensie ważnymi ogniwami w procesie zapewniania sobie ścieżki odpowiedniej opieki, dostępu do różnych opcji kontrolowania, monitorowania stanu zdrowia. Nasze decyzje mają znaczenie, nie możemy z tą odpowiedzialnością zostawiać tylko lekarzy. Wspólnie zdefiniujmy prawidłowo profilaktykę.

Dobrą formą badania piersi jest moim zdaniem patent polskich naukowców - urządzenie Braster. Bazuje ono na termografii kontaktowej i wzmacnia system domowej czujności onkologicznej, doskonale uzupełnia standardowe metody, a przede wszystkim umożliwia kontrolowanie piersi raz w miesiącu, w komfortowych warunkach - we własnym domu. Rak piersi może rozwinąć się między regularnymi badaniami MMG/USG. Jedną z największych zalet Brastera jest rejestrowanie zmian złośliwych. Warto też dodać, że nie emituje on promieniowania, a w odróżnieniu od badania palpacyjnego wykrywającego guzy powyżej 1 cm, wyłapuje już 3-milimetrowe zmiany.

Intuicyjna aplikacja tłumaczy krok po kroku przebieg badania, system informatyczny analizuje obrazy piersi, a zespół ekspertów dodatkowo kontroluje uzyskany wynik i w razie potrzeby udziela rad - wszystkie informacje są przechowywane na indywidualnym koncie danej osoby.
Wracając jeszcze do wspominanej iluzji… Odzwierciedleniem takich postaw jest m.in. to, że mam pacjentki na oddziale, które przyznają się, że nie były u ginekologa od 30 lat. Ostatnia wizyta była sprowokowana porodem. To niewiarygodne, że w XXI wieku działa beztrosko, bezkarnie tak wadliwy, a powiedziałabym nawet zacofany styl dbania o własne zdrowie. Wydaje mi się, że nie istnieje w naszych słownikach definicja profilaktyki i pewnie dlatego trafiamy do lekarza tak późno. Bywa, że ta droga jest jeszcze bardziej bolesna, krótsza…, bo wiedzie często prosto do kostnicy. To najokrutniejsza sytuacja, do której same się przyczyniamy ignorowaniem podstawowych praw wpisanych w obowiązek świadomego kontrolowania organizmu i korzystania z narzędzi, które oferuje medycyna.

Jak kogoś przekonać do tego, by się zaczął badać?

Na pewno nie pomagają skrajności - przekonywanie typu "zobacz - Magda ma raka, Basia ma raka, to ty też się zbadaj”. Generuje to jeszcze większy lęk. Należy zastanowić się, co leży u podłoża tej niebezpiecznej blokady, która godzi w nasze bezpieczeństwo, wpędza w marazm nicnierobienia na rzecz wiele razy omawianej dzisiaj samoświadomości. W swoim najbliższym kręgu poszukajmy silnej motywacji, wspierajmy się w planowaniu rutynowych badań, umawiajmy się na nie wspólnie, rozmawiajmy o nich z kobietami, którym ufamy. Takimi, które wyznają zasadę zapobiegania, czujnego wsłuchiwania się w siebie. To może zaprocentować. My- Polki, paradoksalnie mamy dar naśladowania - niech to będą zatem pozytywne wzorce. Lekarze, technologia, medycyna mają nam wiele do zaoferowania, nie brońmy się przed ich nowatorskimi rozwiązaniami.

Naprawdę warto zmienić styl myślenia. Profilaktyka nie jest szukaniem raka, to po prostu dbanie o siebie - pełen troski i skumulowanej uwagi proces. Jeśli podczas badań wyszłoby coś niepokojącego, trzeba pamiętać, że to właśnie ta wiedza daje nam możliwość reakcji, działania, błyskawicznego wdrożenia ukierunkowanej terapii. 
Nie będę ukrywała, że przekonanie kogoś sceptycznie nastawionego do regularnego przeprowadzania badań, jest naprawdę bardzo trudne, ale tylko to daje nam szansę na obronę.

Trafiają do Pani dwie pacjentki, zakładamy, że z rakiem piersi. Jedna z nich wykryła zmianę na wczesnym etapie. Natomiast druga "zaklinała rzeczywistość” i zaczęła leczenie w zaawansowanym stadium choroby. Czy może Pani pokusić się 
o charakterystykę ich psychiki?

Tak, to zazwyczaj skrajne historie. Prowadzę bloga i dużo o tym ostatnio pisałam, przytaczając doświadczenia moich pacjentek. Opisałam przypadki dwóch pań, które są do siebie podobne pod względem wieku, wykształcenia, pochodzenia itp. Jedna z nich miała obojętny stosunek do badań. Jeśli sobie o nich sporadycznie przypomniała, robiła je "z doskoku”, rzadko, bez planu, zapominała np. o odebraniu wyniku itp. Nie wypracowała w sobie odruchu monitorowania piersi, a nikt z najbliższego otoczenia jej tego nie podpowiedział.

Druga z nich, sumiennie, regularnie się badała. To było wpisane w jej styl życia, dbania 
o siebie. Tak postępowano w jej rodzinie i ona te wzorce przejęła w przeciwieństwie do wcześniej opisywanej pacjentki. Wpoiła to także swoim dzieciom, a one są najlepszymi obserwatorami zachowań rodziców, przenoszą je potem do swojej dorosłości. 
To powinno być dla nas najlepszym motorem napędowym. Mamy szansę uwolnić je 
od lęku przed czymś, co może uratować życie, nadać inny charakter terapii, jeśli choroba zostanie zdiagnozowana.


Czyli przekazując swoim dzieciom pewne postawy prozdrowotne możemy sprawić, że badania profilaktyczne będą dla nich czymś naturalnym?

Absolutnie! Wczoraj w zdumienie wprawiła mnie pewna sytuacja. W trakcie samobadania Brasterem zauważyłam, że z dużym zainteresowaniem przygląda mi się moja 3,5 letnia córeczka. W pewnym momencie powiedziała: "Mamo! Teraz ja”. Uniosła rączki w kierunku urządzenia i naprawdę chciała je samodzielnie przetestować (śmiech). Wytłumaczyłam jej, że jest na to jeszcze za mała, ale wszystkiego ją nauczę w odpowiednim momencie, opowiedziałam też swobodnie, co robię. Długo rozmawiałyśmy o ważnych sprawach i dotarłam delikatnie do świata ważnych dla dziecka pytań i wyjaśnień. Jestem pewna, że odnajdzie ich ślad w przyszłości. Zrobiłam jej zdjęcie z wielkim poczuciem dumy i świadomością, że wychowam młodą kobietę, która nie będzie się bała sprawdzać tego, co najważniejsze. Dla niej stanie się to po prostu nawyk. Coś wykonywanego w podobnym rytmie jak mycie zębów, planowanie urlopu itp. Może rozprzestrzeni go wśród swoich koleżanek. Chciałabym, żeby tak się stało.

Wracając jeszcze do dwóch kobiet z oddziału, o których już opowiadałam. Ich reakcje po usłyszeniu diagnozy bardzo się różniły, etap przygotowywania sfery emocjonalnej do funkcjonowania w obliczu planu terapii opierał się na nieco innych procesach. 
To było w pewnym sensie do przewidzenia. Pacjentka, która dbała o regularne badania powiedziała mi: "Ja nie mam wobec siebie żadnych wyrzutów sumienia, zrobiłam wszystko, co powinnam, dzięki temu śpię spokojniej i może ta moja zapobiegawczość przyniesie też coś krzepiącego, dobrego w przyszłości”. Dzięki swojej czujności 
i konsekwencji dowiedziała się o chorobie we wczesnym stadium, a to wiązało się m.in. 
z ocaleniem piersi i zastosowaniem jedynie chemioterapii uzupełniającej. Stopniowo przygotowuje się do powrotu do swojego dawnego rytmu życia, czuje się coraz lepiej.

No dobrze, a co się dzieje z pacjentką zaklinającą rzeczywistość?

Każda sytuacja jest inna, nie chcę ograniczać historii moich pacjentek do jednego, utartego schematu, byłoby to zbyt duże uproszczenie. Spotkania z kobietami, które funkcjonowały w kręgu zaklętej rzeczywistości zawsze ujawniają wiele trudnych tematów do przepracowania. Staram się je opisywać na wspomnianym blogu braster.eu, bo chcę, by wiernie odzwierciedlały wiele ważnych rozmów, uczuć oraz potrzeb, dzięki którym czasami łatwiej przeformatować pewne zakorzenione postawy życiowe, pod wpływem innych zrobić nareszcie coś dobrego dla siebie, na co wcześniej nie było czasu lub po prostu zabrakło woli działania.

Bywa, że to taka wirtualna terapia. Pani, która wypierała pewne rzeczy z lęku przed chorobą była otoczona rodziną, w której kobiety umierały na raka, miała zatem najgorsze doświadczenia i właśnie to blokowało jakiekolwiek profilaktyczne kroki. Wszystko było podszyte obawami, że te samokontrole przyniosą okrutne wiadomości i rodziło ryzykowne opory wewnętrzne.

Pracując z takimi kobietami próbuję wyzwolić w nich spokój, dać im coś w stylu miarowo odzyskiwanego poczucia ładu, bo ich świat został porozsypywany na drobne kawałki 
i rani różne obszary. Skupiamy się zazwyczaj na "tu i teraz”. Na pewno próbuję je uwolnić od analiz w stylu "gdybym mogła cofnąć czas”, bo wiem, że musimy wyrzucić ten żal zaniedbania, który do siebie żywią. Naszym celem jest obudzenie uśpionej energii potrzebnej do pokonania kryzysu, który niewątpliwie jest ich udziałem. Tylko to się liczy w danym momencie.

Czy te historie sprawiają, że pacjentki, które zaniedbywały badania, potem starają się chronić inne kobiety, które spotykają na swojej drodze?

Warto tu zaznaczyć, że każda pacjentka ma na swoim koncie takie osobiste rozmowy 
z samą sobą. Ważne, pełne skupienia, czasami przepełnione łzami, ale to po nich stają się silniejsze, często przyjmują na swoje barki rolę ambasadorek ważnych zachowań prozdrowotnych. Chcą uchronić inne kobiety przed powielaniem ich błędów, otaczają je takim osobistym programem edukacyjnym. To właśnie ma sens i napawa optymizmem.

Pracuję w OnkoCafe i często słyszę od założycielki fundacji, która również chorowała na raka piersi: "Byłam taka jak wy, zapracowana. Cały czas czymś zajęta, w coś zaangażowana... Kiedy schudłam, pomyślałam, że to pewnie przez to że słabo się odżywiam. Nie dostrzegałam tego, że moje ciało, już dużo wcześniej sygnalizowało mi, że coś jest nie tak”. Konfrontowanie się z samym sobą, bycie szczerym wobec siebie, jest czymś potwornie skomplikowanym, niewiele osób na to stać, to taki akt odwagi cywilnej. Jeśli jednak w porę przewartościujemy pewne rzeczy, uświadomimy sobie, że lepiej jest się czasami solidnie ochrzanić, zanegować dalsze ignorowanie siebie, ale dzięki temu zmotywować trybik odpowiedzialny za uaktywnienie tego, co najważniejsze konkretnie dla mnie. Najpierw dla mnie, bo potem skorzysta na tym świat. To tak jak z maską tlenową w samolocie.

Oczywiście nieuniknione są też pytania w stylu: " Jak to możliwe, że dbałam o badania okresowe, poświęcałam sobie dużo uwagi, a spada na mnie taki problem”. Słyszę wtedy takie bezradne, przerażone - … kurczę… ja jestem chora, dlaczego spotyka to właśnie mnie? Jest to kolejny mechanizm, który można czasami zaobserwować u osób, które mierzą się z rakiem. Nie dopuszczają do siebie myśli o nim, ponieważ kontrolowały stan swojego zdrowia, a zatem wydaje im się, że nie zasłużyły i nie powinny usłyszeć tak okrutnej diagnozy. Tak samo zaklinają rzeczywistość. Zapominają o tym, że regularność badań, czujność zdrowotna, nie gwarantuje nam braku choroby, a sprawia jedynie, chociaż ja zawsze wolę użyć w tym kontekście określenia "aż”, że może być ona zdiagnozowana na możliwie najwcześniejszym etapie, a to wiele zmienia… Zdarza się, że ratuje życie!


Może chociaż zwiększyć szansę na przeżycie, zazwyczaj lepiej rokuje terapeutycznie.

Niesie nadzieję na inny, łagodniejszy przebieg leczenia, lepszy stan psychiczny 
i emocjonalny. Ma to fundamentalne znaczenie w przebiegu terapii. Rozmiar zmiany, 
a tym samy to, w jakim stopniu została zdiagnozowana choroba nadaje inny bieg wielu sprawom.

Zwłaszcza w przypadku raka piersi. Dochodzi przecież kwestia ewentualnej mastektomii albo leczenia oszczędzającego. Jest to dodatkowy problem.

No właśnie, a przecież w obliczu tak przerażających diagnoz dla wielu kobiet uratowanie piersi ma większe znaczenie niż samo życie. Myślą, że bez niej i tak przestaną istnieć dla świata i dla siebie też. To niewyobrażalne, jak wiele z nas nie wypracowało poczucia własnej wartości na bazie innych swoich zalet, miłości, więzi z bliskimi. 
To jeden z trudniejszych tematów, który przepracowuję z pacjentkami. Uczę je rozmawiać uczciwie ze sobą, proszę o odnajdywanie tego, co ułatwia walkę o ocalenie siebie, przede wszystkim bycie tu i teraz - bezcenne. Jak dostrzegam potem w nich tę wolę wydobywania na powierzchnię urody codzienności, powtarzam dumna: "masz powód, żeby na nowo się urodzić i pokochać siebie za to jaka jesteś naprawdę”, to przynosi niewiarygodne oczyszczenie, wywala toksyny.

Po terapii okazuje się też, że te deficyty czasowe: 15 minut miesięcznie na badanie piersi, umówienie wizyty u lekarza czy USG, MMG były źle oszacowane. Zawsze można próbować zawalczyć o tak ważną chwilę tylko dla siebie i nawet najbardziej napięty harmonogram dnia to przyjmie. Konsekwencja jest tu jednak niezbędna.

Jest też część kobiet, które mają mutacje genetyczne i one pewnie boją się jeszcze bardziej? Na zasadzie siedzenia na tykającej bombie.

To jest zupełnie inny temat, równie trudny. Wszelkie obciążenia genetyczne, generują napięcie, chociażby z powodu częstotliwości badań przesiewowych i konsekwencji jakie mogą nieść. Trzeba jednak pamiętać o tym, że samo posiadanie tego zmutowanego genu, nie oznacza zachorowania na raka. Cały program jest wdrożony po to, aby wzmocnić system ochrony i diagnostyki.

Wróćmy tu do wspomnianego kumulowania metod a także znaczenia comiesięcznych badań np. w ramach systemu profilaktyki domowej.

To podstawa, nie ma nic ważniejszego od kumulowania metod. Żadna z nich nie daje nam 100 proc. skuteczności, ale im więcej informacji zgromadzimy tym lepiej. Przeanalizujmy np. zjawisko tzw. raków interwałowych, czyli zachorowań pomiędzy kolejnymi badaniami przesiewowymi. Właśnie dlatego to tak ważne, by kobiety pamiętały też o comiesięcznych kontrolach np. Brasterem, bo pomaga wypracować nawyk regularności, o którym tak wiele już powiedziałyśmy i odgrywa ważną rolę między USG czy MMG (absolutnie ich nie zstępuje, ale uzupełnia).

Kiedyś poznałam Amazonkę, która powiedziała, że to jej mąż zauważył zmianę w strukturze piersi.

Istnieje wiele kampanii np. BreastFit, które mówią o tym jak, uczyć mężczyzn badać piersi. To ważne, żeby oni także zaangażowali się w program czujności onkologicznej, sprawdzali swoje kobiety i motywowali je do badań. Niech to stanie się tematem rozmów w kochających się, biorących za siebie odpowiedzialność związkach.
Powiedziała pani, że w Polsce wiele kobiet nie zgłasza się na przysługujące im badania przesiewowe, dlaczego tak się dzieje?

Zgłasza się tylko połowa zaproszonych na mammografię. Kobiety po pięćdziesiątce dzielą się na dwa typy - te uświadomione i uciekinierki od badań - z powodu strachu, który już przeanalizowałyśmy. Dlatego ciągle potrzebne nam kampanie edukacyjne 
i zmiana stylu rodzinnego myślenia o badaniach. Inaczej polegniemy. My musimy wreszcie wzajemnie zacząć się pytać o tę słabo ukształtowaną "komórkę” profilaktyki 
i nadać odpowiedni bieg działaniom kontrolującym stan zdrowia, po to by reagować 
w odpowiednim momencie…

70-latki też się nie badają…

Tak, im z kolei wydaje się, że skoro nie obejmuje je program zaproszeń na mammografię, to choroba już im nie grozi, a to też nieprawda. One także muszą się regularnie kontrolować.

I nie zapominać, że tę chorobę się leczy.

Tak, ale musimy zmienić też stosunek do choroby. Diagnoza zawsze jest trudna, ale to nie wyrok. Niedawno oprowadzałam po oddziale grupę studentów psychologii.
Byli zaskoczeni, że pacjenci mierząc się z chorobą są pogodni, żartują, grają w karty, prowadzą w miarę normalne życie towarzyskie, czekają na wyjście ze szpitala, wiele planują. Pokazuje to nasz społeczny stosunek do raka, kojarzymy go tylko z marazmem, czekaniem na śmierć, usypianiem jakiejkolwiek aktywności.

Tym bardziej musimy włożyć więcej pracy w uświadamianie sobie, że rak wcześnie wykryty zwiększa szansę na całkowity powrót do zdrowia. Znam mnóstwo kobiet, które to przeszły, wyglądały 
w trakcie leczenia zjawiskowo, nawet jak nie miały włosów, chodziły w tym czasie do pracy, żyły i funkcjonowały normalnie.

Jak to zrobić, żeby rzeczywiście wejść w ten rytm badań profilaktycznych, dbania o swoje zdrowie?

Może warto robić takie koleżeńskie plany kontrolnych badań i wyznaczać najsolidniejszą osobę do pilnowania reszty. Niech nas chroni taka dobra współodpowiedzialność. Wierzę w nią bardzo, a im więcej z nas podzieli moje nadzieje, będziemy na innym etapie myślenia o własnym bezpieczeństwie.


Adrianna Sobol – psycholog, psychoonkolog i psychotraumatolog. Właścicielka Centrum Wsparcia Psychologicznego Ineo, członek Zarządu Fundacji OnkoCafe - Razem Lepiej.
Pracuje na stanowisku psychoonkologa w Szpitalu Onkologicznym Magodent w Warszawie. Prowadzi blog braster.eu
 
Materiał powstał w ramach kampanii "BreastFit: kobiecy biust, męska sprawa”. Ma ona pomóc mężczyznom włączyć się w proces profilaktyki raka piersi.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...