Zabił rodzinę, która wracała z wakacji. To miasto w Holandii mocno przeżyło wypadek spowodowany przez pijanego Polaka

Rodzina Gooijen, która zginęła w wypadku samochodowym, spowodowanym przez polskiego kierowcę na autostradzie w Niemczech.
Rodzina Gooijen, która zginęła w wypadku samochodowym, spowodowanym przez polskiego kierowcę na autostradzie w Niemczech. Fot. Screen/Facebook
Polak jechał pod prąd na autostradzie A67 pod Rüsselsheim am Main w niemieckiej Hesji. Zabił 3 osoby, miał we krwi co najmniej 3,09 promila alkoholu. Wypadek, który spowodował kilka dni temu wywołał ogromne poruszenie nie tylko Polsce i Niemczech. Przede wszystkim mówią o nim w Holandii. Bo stamtąd pochodziła rodzina, której samochód Polak staranował swoją ciężarówką. W internecie Holendrzy palą dla nich świeczki. "Jesteśmy w szoku po śmierci rodziny Gooijen" – napisała lokalna gazeta.

O wypadku pisały media. Na Facebooku pojawiły się setki komentarzy. "Brak słów, straszne, co za tragedia" – piszą Holendrzy. Niektóre opinie mocno uderzają w kierowców z Polski i Europy Wschodniej w ogóle. "Codziennie czytam, że Polacy powodują wypadki. To dziwne. Może powinno im się kontrolować prawo jazdy, zanim wjadą na holenderskie drogi?" – ktoś napisał. "To zdarzyło się w Niemczech" – ripostują inni. Ale wydźwięk wielu komentarzy i tak jest podobny: "Powinno się ich zabrać z europejskich dróg!", "Ci z Europy Wschodniej mogą kupować papiery", albo: "Przez tego szaleńca, znów cierpi wizerunek Polski".



Jednak największy wstrząs przeżywa niespełna 40-tysięczne miasto Sittard w Limburgii, przy granicy z Niemcami. Bo to stąd pochodziła rodzina, która zginęła przez pijanego polskiego kierowcę. Cała trójka wracała z wakacji w Austrii. 53-letni ojciec, 51-letnia matka i ich 20-letnia córka Anouk. W ich samochodzie policja znalazła walizkę i inne bagaże. 22-letni syn Max nie pojechał z nimi, został w domu.

Ludzie przynoszą kwiaty i znicze
"Sittard w szoku po tragicznej śmierci rodziny. Nie mieli szans na uniknięcie wypadku" – napisał portal limburger.nl. Z tego portalu dowiadujemy się, że Brigitte Gooijen była asystentką lekarza rodzinnego. "W miejscu, gdzie pracowała, ludzie przynoszą kwiaty i znicze" – czytamy. Na stronie portalu zamieszczono zdjęcie. Z powodu wypadku w poniedziałek zamknięto przychodnię, w której pracowała.
Jo Gooijen należał do lokalnego chóru Saint Barbara, podobnie jak jego syn Max."Był kierownikiem w zakładzie w Beringe. Pamiętamy go jako dobrego kolegę, który był bardzo zaangażowany w naszą firmę i naszych klientów. Lata doświadczenia, wiedza i biznesowy charakter czyniły z niego silnego lidera projektu" – napisał na Facebooku jego kolega. Firma Vendoren, w której pracował poinformowała o wypadku na swojej stronie internetowej.

Dużo siły dla Maxa

Collega Jo Gooijen met vrouw en dochter verongelukt in Duitsland Zondagochtend vroeg bereikte ons het droevige bericht...

Opublikowany przez Ans Suiker na 27 września 2017
Facebook zalały zdjęcia rodziny Gooijen. Pod jednym jest niemal tysiąc komentarzy. "Straszne. Przez jakieś szaleństwo zginęło troje wspaniałych osób. Dużo siły teraz dla Maxa" – piszą ludzie. Ktoś napisał, że Brigitte kiedyś bardzo mu pomogła, kiedy miał problemy ze swoim autystycznym dzieckiem. "Mam nadzieję, że jej syn odczuje teraz wsparcie ludzi wokół, którzy pomogą mu przez to przejść" – dowiadujemy się.
Przez szaleństwo polskiego kierowcy Max Gooijen został sam.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...