Też trzymasz kciuki za Katalończyków? To musisz wiedzieć, że w ich historii kilka spraw się przemilcza

Katalonia wzbudza powszechną sympatię. Jednym kojarzy się z bajecznymi wakacjami w Barcelonie lub na Costa Brava, inni znają ją dzięki legendarnej drużynie piłkarskiej. Nic więc dziwnego, że świat widzi dziś tylko prosty obraz, na którym naprzeciwko walczących o wolność Katalończyków stoją brutalni Hiszpanie, w których odradzają się demony z czasów gen. Franco. Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej skomplikowana...

Przez tę powszechną sympatię, którą darzymy Katalończyków w głównym nurcie debaty o ich separatystycznych aspiracjach przemilcza się dwie ważne kwestie. Przede wszystkim w doniesieniach na temat niedzielnego referendum zwykle brakuje kluczowych danych, które pozwalają zrozumieć na przykład to, dlaczego Katalonia nie może liczyć na wsparcie ze strony Brukseli i europejskich stolic. Wszyscy mówią o tym, że ponad 91 proc. głosujących wybrało niepodległość, ale mało kto wspomina o referendalnej frekwencji. A wyniosła ona jedynie 42,34 proc. Nic więc dziwnego, że szef katalońskiego rządu Carles Puigdemont ociąga się z wypełnieniem postanowień Aktu Przejściowego i ogłoszeniem niepodległości w ciągu 48 godzin od publikacji wyników referendum.

Na to, że większość Katalończyków wybrała niepodległość nie ma bowiem twardych dowodów. Oczywiście w tym miejscu musi paść argument, w którym mowa, iż działanie wielu lokali wyborczych sparaliżowała hiszpańska policja, a wizytę przy urnie można było przypłacić spałowaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że nie da się dziś bezsprzecznie potwierdzić, iż separatyści dostali silny mandat do dalszych działań. A kiedy mowa o tym, że spora cześć Katalończyków przestraszyła się udziału w głosowaniu, można użyć racjonalnego kontrargumentu. Zaledwie tydzień wcześniej podobne referendum w sprawie niepodległości odbyło się przecież w Kurdystanie, gdzie ludzie ryzykowali, że po drodze do lokalu wyborczego dostaną kulkę lub przy urnie wylecą w powietrze. A jednak 72 proc. uprawnionych do głosowania nic nie powstrzymało.

Jest też druga przemilczana zwykle kwestia, która szczególnie interesująca powinna być dla Polaków. Otóż w tle katalońskiej walki o niepodległość można dostrzec... Władimira Putina. A przed nim potężną machinę rosyjskiej propagandy i dezinformacji, która z powodzeniem wspomaga destabilizację kolejnego kraju. Głośno alarmowali w tej sprawie już m.in. analitycy The German Marshall Fund. Także renomowane hiszpańskie media takie, jak dziennik "El Pais" dogłębnie analizowały, skąd spływają informacje podgrzewające separatystyczne nastroje w Katalonii oraz komentarze uderzające w rząd w Madrycie. Adresy IP kierowały w to samo miejsce, co podczas wyborów w USA, Francji czy Niemczech. Do tzw. fabryk trolli pod Sankt Petersburgiem, Kazaniem i Moskwą.


To wszystko oczywiście nie usprawiedliwia brutalności hiszpańskich służb, ani postawy rządu Mariano Rajoya, który tylko siłą chcę "negocjować" z walczącymi o swoje Katalończykami. W świetle tego, co dzieje się obecnie na Półwyspie Iberyjskim warto jednak wiedzieć, że nie wszystko jest tak zero-jedynkowe, jak mogłoby się wydawać z przekazów serwowanych przez najpopularniejsze media.
Trwa ładowanie komentarzy...