Restauratorzy kradną przepisy z internetu. Blogerzy kulinarni na wojnie z restauracjami

Restauracje i kawiarnie coraz chętniej serwują potrawy z internetu. Nie zawsze jednak podają autora przepisu.
Restauracje i kawiarnie coraz chętniej serwują potrawy z internetu. Nie zawsze jednak podają autora przepisu. Fot. StockSnap / Pixabay
W Polsce nadal panuje znieczulica w kwestii praw autorskich i własności intelektualnej. Twórcy są okradani na potęgę, a złodzieje czują bezkarni. Nie chodzi tu jednak o zmianę przepisów, lecz mentalności. Samowolka panuje nie tylko w kulturze, ale i gastronomii.

Kradzież przepisu na potrawę wydaje się czymś wydumanym i błahym. Nikt (chyba) nie opatentował jeszcze tego, jak robi się kotlet schabowy czy naleśniki. Sprawa jest jednak bardziej złożona jeśli chodzi o autorskie przepisy, które są wykorzystywane przez innych w celach komercyjnych. Problem mają z tym autorzy bloga "Stonerchef", ale pewnie nie tylko oni.



Pirackie przepisy kulinarne
Moda na pichcenie i stołowanie się na mieście ogarnęła Polskę już jakiś czas temu. Nic dziwnego, że szefowie kuchni prześcigają się w wymyślaniu potraw, ale czasem brakuje pomysłów na smaczne jedzonko. Z pomocą przychodzi więc internet i rosnąca liczba osób, które gotowanie traktują jak sztukę. W wielu lokalach znajdziemy więc dania z sieci, ale próżno szukać w menu autora przepisu.
Blogerzy dostają co jakiś czas informację od czytelników lub sami trafią na swoje pomysły u innych. – Raz internauta nam zgłosił, że jedna restauracja serwuje naszą wersję tarty. Byliśmy niedaleko, więc odwiedziliśmy ten lokal. Na tarcie zgadzała się nawet liczba ciasteczek! Menadżerka przyznała, że biorą przepisy z różnych blogów. Kiedy wytłumaczyliśmy w czym rzecz, pani była mocna zdziwiona i przestraszona, że będzie musiała coś płacić – mówi Anita, która z narzeczonym Piotrkiem prowadzi bloga "Stonerchef". – Nie chcieliśmy żadnych roszczeń, ale poprosiliśmy, by wykreśliła danie ze swojej karty deserów. Niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że łamią prawo – przyznaje.

Przed gastronomią naprawdę spore wyzwanie, bo wystarczy delikatnie zmienić przepis dodając jedną łyżkę cukru więcej, paprykę żółtą zamiast czerwonej czy zwiększając czas pieczenia i już nam wychodzi co innego. A weź teraz się z tym tułaj po sądach czy szukaj po świecie czy ktoś przypadkiem od ciebie czegoś nie podpatrzył.

Przepis jak zapis nutowy
Czy przepis można traktować jak utwór? Pewnie, że tak! – Są przepisy tradycyjne jak np. pierogi ruskie, które są znane od lat i stanowią pewną część kultury. Natomiast my robimy "szalone" dania, łączące nietypowe rzeczy. Dajmy na to nasz ostatni na czekoladowe eklerki z budyniowym kremem "Kit Kat" albo hot-dogi z płonącymi cheetosami. Sprawdzamy w internecie, czy nikt na to nie wpadł i są na tyle oryginalne, że trudno, by ktoś wpadł na coś podobnego. Nasi czytelnicy sami to przyznają – tłumaczy Anita.

Jest coś takiego jak plagiat. Doskonale znają to pojęcie studenci piszący licencjat czy magisterkę, ale i wykładowcy, którzy używają specjalnych programów do sprawdzenia tego, czy przypadkiem ktoś w swojej pracy nie "pożyczył" czegoś z innej. W muzyce już tak się robi, artyści płacą tantiemy za wykorzystanie czyjegoś utworu, ale jeszcze niedawno też panowało bezprawie. Przykładem jest nasze rodzime disco-polo. Co jednak z przepisami kulinarnymi? Jak udowodnić, że ktoś z kogoś zgapił? Oto jest pytanie.

Mam znajomych fotografów, którzy na co dzień muszą ścierać się z ciasnymi umysłami. "Hej, wpadniesz do nas na imprezę, cykniesz parę zdjęć, co to dla ciebie? Stawiam browarka" - wiadomości o podobnej treści dostają też graficy "Machniesz nam po przyjacielsku logo? Przecież robisz to od dawna, więc zajmie ci to chwilkę". Nikt nie bierze pod uwagę, że ktoś od lat ulepsza swój warsztat, zbiera doświadczenie na szkoleniach, pakuje kasę w sprzęt i też chciałby za te lata wyrzeczeń, kompromisów i ciężkiej pracy coś dostać. Analogicznie jest z blogerami kulinarnymi.
Prawo autorskie w kuchni
Jeśli wykorzystamy sobie przepis u siebie w domu, to nie ma problemu. Przecież po to też powstają te blogi. Autorzy się wręcz cieszą, gdy ktoś gotuje coś od nich i sprawi niespodziankę ukochanej czy ukochanemu.

O dziwo przepisy dotyczące przepisów kulinarnych w kuchni istnieją. Na portalu "Legalna kultura" jest to wszystko dokładnie wytłumaczone. Kancelaria Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy przyznaje, że przepisy są chronione prawem autorskim. "Wykorzystanie go w książce czy internecie bez zgody autora stanowić może naruszenie praw autorskich, zarówno osobistych (szczególnie w przypadku przypisania sobie autorstwa lub braku oznaczania autora), jak i majątkowych, bowiem to twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim" - czytamy na stronie.
Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy
Kacelaria prawnicza

"Zatem całkowicie wierne wykorzystanie przepisu kulinarnego (w znaczeniu całości opisu w formie nadanej mu przez twórcę, który umieścił przepis na własnym blogu lub w książce), będącego utworem, stanowi działanie naruszające prawa autorskie, więc jest niedozwolone.

Nie narusza natomiast prawa autorskiego wykorzystanie pomysłu na daną potrawę, nawet gdy użyte zostaną identyczne składniki, w tych samych proporcjach i przy takiej samej procedurze praktycznego wykonania potrawy, o ile autor książki kulinarnej nada całkowicie inną formę opisowi przygotowania."
Czytaj więcej

Niby tak, ale nie do końca. – Coś tam jest chronione, ale to jest sama treść, której po prostu nie można skopiować, a już sam przepis to samowolka. Wydaje mi się, że sytuacja jest o tyle trudna, że trzeba byłoby napisać chyba całą księgę na temat działania praw autorskich do przepisów – załamuje ręce Anita ze "Stonerchef". Od restauratorów chce dwóch rzeczy: by w menu podawali autora przepisu, a najlepiej, by wcześniej się kontaktowali z blogerami.

Wielu z nas pamięta jakie niedawno batalie toczyły się o naszego swojskiego oscypka. Szampan to też zastrzeżona nazwa dla win z Szampanii. I co? I w każdym sklepie dostaniemy wędzony serek "spod samiuśkich Tater", a na Sylwestra kupimy szampana z Rosji. Tak jest na całym świecie.

Infoanarchizm
Piractwo internetowe to plaga. Nawet nie chodzi o samo ściąganie nielegalnych filmów z internetu, ale nawet tak drobne rzeczy jak usuwanie znaków wodnych z memów czy wrzucanie zdjęć bez podpisów autora. Najgorzej mają twórcy, którzy mają nie po drodze z poglądami złodzieja. Autorka popularnej stronie na Facebooku "Psie Sucharki" w przerwach między rysowaniem, toczy boje ze złodziejami jej śmiesznych obrazków. – Kradną mi rysunki na potęgę. Np. wczoraj profil promujący myślistwo wrzucił mój rysunek o "wyżłach-niżłach". W związku z tym, że jest to profil udający prywatny, to słaba jest możliwość pociągnięcia do odpowiedzialności, więc tylko napisałam im, że wzywam do natychmiastowego zaprzestania naruszeń – mówi Maria Apoleika.
Maria Apoleika
"Psie Sucharki"

"Mam też nieustanny problem ze stroną "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka". Nie dość, że mają durną nazwę, to promują słabe kryminały oraz "Greya". Nic tam po mnie. Nie zabraniam zwykłym użytkownikom na wrzucanie u siebie moich rysunków. Jednak są strony jak np. kwejk.pl, które na tym zarabiają. Chciałabym by pytali mnie chociaż o pozwolenie, bo to jest moja praca, czas, karma dla psa i rachunki."

Rysowniczka przyznaje, że często udaje jej się dochodzić swoich praw. – Na przykład od gościa, który robił koszulki z moimi wzorami i sprzedawał je na konwentach albo pewnej sieci sklepów. Często dopiero przedsądowe wezwania do zapłaty przynoszą skutek i dostaję należną mi kwotę – tłumaczy Apoleika.

jak dostaje się bana :P La Vie Magazine

Opublikowany przez Maria Apoleika na 8 sierpnia 2017
O ile z rysunkami jest nieco łatwiejsza sprawa, bo wypracowana przez lata, o tyle z przepisami na jedzenie to dopiero raczkuje. Kiedyś były książki kucharskie, z których brano przepisy, ale mistrzowie zarabiali na zyskach z księgarń. Teraz nawet jeśli tworzą przepisy z pasji, dla zabawy, to muszą walczyć o to, by nie być wykorzystanym. Może kiedyś wszyscy zrozumiemy, że kraść można nie tylko dobra materialne, ale i te, których dotknąć nie można. Póki co żyjemy w czasach infoanarchizmu. I to świadomego. Wiemy, że "coś" znalezione w internecie nie jest nasze, ale i tak to sobie bezceremonialnie bierzemy.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...