912 koni za milion złotych na jednym zdjęciu. Audi RS5 i BMW M550i – oto auta, przez które wszystko... staje dęba

Audi RS5 i BMW M550i to dwa wyjątkowe sportowe samochody. Fot. naTemat
To tak jakby kazali ci wybierać pomiędzy wakacjami na Malediwach a Bali. Albo, jakbyś musiał zdecydować, czy wolisz dostać milion złotych na raz, czy rozłożyć to sobie w raty do końca życia. Lub jeszcze inaczej: randka z Margot Robbie czy Emma Watson? To mniej więcej skala dylematu, który towarzyszyłby ci, gdybyś musiał wybierać pomiędzy Audi RS5 a BMW M550i. Dwoma samochodami, które są odzwierciedleniem tego, co najpiękniejsze w motoryzacji.

Razem mają 912 koni mechanicznych i kosztują co najmniej 823 200 złotych. Możecie być jednak pewni, że zestaw, który widzicie na zdjęciach to grubo ponad milion złotych. Dodatki skutecznie podbijają cenę. I choć ciężko porównywać te auta 1:1, bo RS to najbardziej sportowa odsłona Audi, a jej bezpośrednią konkurencją jest BMW M-Sport (to BMW5 ma „jedynie” pakiet M Performance), to mają wspólny mianownik. Gwarantują, że głowa wbije ci się w zagłówek, ręce się spocą, ludzie będą na ciebie ukradkiem zerkać, a Ty dojdziesz do wniosku, że te osiągi to nawet więcej niż potrzebujesz. Trzeba być niereformowalnym marudą i malkontentem, żeby z czystym sumieniem na nie narzekać.
Zacznijmy od tej czerwonej damy, która skradła moje serce, gdy tylko zobaczyłem ją po raz pierwszy. Audi RS5 coupe to najmocniejsza „kupeta” jaka wyszła ze stajni tej firmy. Tworzona przez dedykowany zespół Audi Sport jest na dobrą sprawę skierowana do osób, które równie dobrze mogłyby szczycić się mianem profesjonalnych kierowców. Przeciętny śmiertelnik nie będzie w stanie wykorzystać osiągów i możliwości, które zapewnia. Jeździłem nią po parkingu, mieście, drodze krajowej, drodze szybkiego ruchu, autostradzie i torze wyścigowym z prawdziwego zdarzenia. I jestem niemal pewien, że nawet nie zbliżyłem się do jej granic możliwości. Tak po prawdziwe choć jest to cywilne auto, jego bebechy zostały przeniesione z toru.
Na drodze – jak to Audi ma w zwyczaju - nawet za bardzo się nie wyróżnia, choć nie można odmówić jej aury respektu. Wygląda potężnie i szeroko, zwróćcie uwagę na nadkola, które zostały specjalnie poszerzone. Przód auta jest zdominowany przez duże, czarne wloty powietrza i charakterystyczną kratownicą o strukturze plastra miodu. Wygląda to jak otwarta paszcza do pożerania asfaltu. Co ciekawe, dodatkowe wloty powietrza zamontowano obok reflektorów. Zauważyłem je dopiero po bliższym przyjrzeniu się. Tył jest bardziej zachowawczy z delikatnym spoilerkiem na klapie bagażnika. Można by go nazwać nawet dyskretnym, gdyby nie dwie gigantyczne bazooki, czyli podwójny wydech.
Audi RS5 coupe to sexowne auto, które nie przytłacza rozmiarem. Projektant poprzedniej generacji modelu A5 coupe powiedział, że to najpiękniejsze auto, jakie kiedykolwiek zaprojektował. Nowa 5-tka to nie mniej udana kontynuacja, która na ulicach zwraca uwagę. Gdy stoi na światłach, kojarzą ją tylko ci bardziej obeznani z motoryzacją. Gdy rusza, wszyscy dookoła wiedzą, że to nie było zwykłe Audi. Oba samochody są najlepszym przykładem na to, jak dobrze dobrane felgi potrafią „zrobić” auto.
To, jakie wrażenie robi BMW M550i niech zobrazują dwie historia, do jakich doszło chwilę po tym, jak odebrałem auto. Parkuję na parkingu jednej z warszawskich galerii handlowych, po czym nagle znikąd pojawia się Citroen Berlingo (lub coś w tym stylu) gwałtownie hamuje stając na środku drogi i wyskakuje z niego dwóch na oko 35-letnich mężczyzn. – Przepraszam, ale musieliśmy podjechać, bo nie byliśmy pewni. Czy to jest „TO” BMW? Jezu, ale piękne. Opowiedz coś o nim, w przyszłym tygodniu idę na jazdę próbną, bo chce kupić dokładnie taki model. Boże, spójrz na te „kominy” (wydech – red.) z tyłu. – zaatakowali mnie pytaniami. Pozachwycaliśmy się wspólnie jeszcze z 10 minut i nie zdziwiłbym się, gdyby kilka dni później zdecydowali się na jego kupno. Chyba nigdy nie widziałem takiego entuzjazmu względem auta.
To jedna. Druga miała miejsce w barze, do którego wpadam po pracy po obiad na wynos. – Poproszę schabowego z ziemniakami i mizerią na wynos – powiedziałem. – No dobra, ale niech Pan powie, ile to ma koni – usłyszałem w odpowiedzi. I minęła chwila zanim połączyłem fakty, że obsługujący nie właściciel chwilę wcześniej widział, ja podjeżdżam białą „piąteczką”. Wymieniliśmy kilka uwag i wsiadłem z powrotem do tego brutala. Czemu brutala? Bo na tle „wdzięcznej” RS5-tki, BMW M550i wygląda nieco groźniej. Co ma także potwierdzenie w wymiarach, bo jest autem nieco większym z kompletem drzwi, dzięki czemu mimo sportowych osiągów pozostaje przede wszystkim luksusową limuzyną.
Osobie, która konfigurowała akurat ten model należą się wielkie brawa. Czarny, wąski pas, który pociągnięto od tylnych lamp do przedniego nadkola to dla mnie designerski majstersztyk. Nadaje auto sznytu i nie zostawia, jakichkolwiek wątpliwości, że to więcej niż zwykłe BMW5. Poza tym jest cała mniejszych lub większych akcentów stylistycznych dających do zrozumienia, że to BMW serii M Performance.
Do systemów wspierających kierowcę w trakcie jazdy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Oba samochody są nimi przeładowane. Czuwają nad naszym bezpieczeństwem, a jednocześnie nie zawsze do końca zdajemy sobie sprawę z ich istnienia. Niby bierzesz je w pakiecie, ale tak naprawdę najlepiej, gdybyś nigdy nie musiał z nich korzystać. Co innego jeśli chodzi o gadżety. BMW 5 wręcz szokuje ilością technologicznych dodatków i rozwiązań. Mamy chociażby znane już sterowanie radiem gestami: kręcenie palcem, żeby zrobić głośniej lub ciszej i pstrykanie, żeby zmienić program działa bez zarzutu. Nigdy jednak nie udało mi się poprawnie wykonać ruchu do obracania mapy. Jest także zdalne parkowanie samochodu „z kluczyka”.
W tym modelu BMW przeszło jednak samo siebie. Zamontowano w nim noktowizor z czujnikiem ciepła, który w nocy wykrywa potencjalne zagrożenia np. ludzi czy zwierzęta na trasie. Na parkingu możecie także zobaczyć, który samochód zaparkował niedawno – ciepły silnik. Totalnym odlotem jest jednak najzwyklejsza telewizja (!), którą możemy oglądać na wyświetlaczu. Obraz działa na szczęście tylko wtedy, gdy się nie rusza, w innym przypadku słyszymy tylko dźwięk. Ale to rozwiązanie, które całkowicie zmienia perspektywę czekania na kogoś w samochodzie. Czekając na brata na dworcu, przez 20 minut oglądałem sobie „Usterkę”. Czas zleciał w mgnieniu oka. Podejrzewam, że to może być raj dla taksówkarzy, który często czekają sporo czasu na postojach.
W RS5 aż takich bajerów nie ma (poza virtual cockpitem, który jest chyba najprzyjemniejszym system do zarządzania tym, co widzimy „za” kierownicą, z jakim miałem do czynienia), ale to auto stworzone do czegoś zupełnie innego. Sportowe coupe jest w środku nawet nieco oszczędne. Automatyczny podajnik pasów podaje ci pas (żeby karkołomnie nie sięgać do tyłu), w ręce łapiesz zamszową, sportową kierownicę, wybierasz tryb dynamic, skrzynię wrzucasz w tryb sportowy i przenosisz się w inną krainę. BMW 550i jest cały czas bez wątpienia luksusową limuzyną, ale Audi RS5 też może być praktyczne. Akurat w czasie tekstu musiałem przewieźć kilka kartonów i walizek. Weszło tego naprawdę dużo i chyba byłem pierwszą osobą, która wykorzystała Audi RS5 do czegoś tak „haniebnego”.
Zupełnie nowy silnik benzynowy biturbo o pojemności 2,9l, mocy 450KM z momentem obrotowym 600Nm w tłumaczeniu na język polski oznacza, że… więcej absolutnie nie potrzebujesz. Po 3,9 sekundach osiągasz pierwsze 100km/h, a elektronicznie ogranicza cię 280km/h. Choć podczas wyjazdu do niemieckiej centrali Audi Sport sprawdziliśmy, że RS5 potrafi pomknąć nawet o 10km/h. Błyskawicznie na prostej potrafi rozpędzać się wiele aut. W Audi RS5 chodzi o to, jak auto sprawuje się w każdych warunkach. Napęd quattro, który z automatu jest montowany w każdej RS-ce, rozdziela moc na wszystkie cztery koła i dba o to, by nawet najbardziej krnąbrni kierowcy zawsze jechali tam, gdzie sobie założyli.
Mimo bycia skrajnie sportowym samochodem, jazda Audi RS5 nie męczy: ani fizycznie, ani psychicznie. Brzmi cudownie, ale nie upierdliwie. Zawieszenie nie jest twarde i równie dobrze, co do jazdy po torze nadaje się do wyjazdu na wakacje. Jakiś czas temu przejechałem nim 1000km do Niemiec i… nic. Komfort jazdy jest doskonały i auto nadaje się nawet na najdłuższe podróże. O ile tylko mamy pokaźny portfel, bo na niemieckich autostradach przy prędkościach rzędu 200km/h na stacje musieliśmy zajeżdżać zaskakująco często. Spalanie poza miastem 7,1l/100km (miejski 11,5l), które deklaruje producent można włożyć między bajki i co najmniej je podwoić. Do dyspozycji kierowcy w każdym momencie jest system driver select, którym zmieniamy charakter auta i zestrojenie poszczególnych podzespołów. Może być bardziej komfortowo lub ostrzej, gdy chcemy wykorzystać auto zgodnie z wizją jego projektantów.
A co tam u BMW? Jakiś czas temu testowaliśmy BMW M3, czyli bardziej sportowego, ale mniejszego brata BMW M550i. Wniosek? M550i jest najlepszym powodem, żeby… porzucić marzenia o kupnie BMW serii M. Poważnie, o ile nie jesteś osobą, która co kilka tygodni bawi się na torze wyścigowym, ten samochód w zupełności Ci wystarczy. 8-cylindrowy silnik o mocy 462 koni mechanicznych i 4 sekundy do setki to zestaw, który pozwoli pobawić się wystarczająco dobrze. Komputer pokazywał spalanie 14l/100km.
Nad bezpieczeństwem naszych zabaw będzie czuwał inteligentny napęd na cztery koła xDrive, który przenosi większa moc na tylną oś. Niektórzy powiedzą, że w BMW to bluźnierstwo, ale dobrze, że w tym wariancie nie jest to tylko auto tylnonapędowe. Poczucie pewności, które ma kierowca przy napędzie na obie osie, jest o niebo większa. Możesz dowolnie dostosowywać sobie charakter samochodu. Tak, by w razie potrzeby zostawić na światłach i autostradzie wszystkich daleko w tyle, albo spokojnie zawieźć żonę i dzieci na kilkusetkilometrową wycieczkę.
Dwa cudowne samochody, które paradoksalnie są tak podobne i tak różne jednocześnie. Oba to klasa sama w sobie. Audi RS5 to auto dla bardziej świadomego kierowcy, który będzie potrafił wykorzystać jego możliwości. Ja osobiście sięgnąłbym po bardziej ucywilizowaną S5-tkę. BMW M550i to idealne antidotum na kryzys wieku średniego. Pozycja dla „tatuśka”, który nie chce i w tym przypadku nie musi iść na kompromisy. Dostaje perfekcyjne połączenie komfortu, elegancji i sportu.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...