Małe, wiśniowe i fruwa po mieście? Yamaha D’elight – tani sposób na miejską teleportację

Paweł Kalisz / naTemat
Pośród skuterów miejskich o pojemności do 125 ccm można przebierać, niczym w odtwarzaczach mp3 na chińskim straganie z elektroniką. Są małe i duże, ładne i trochę mniej. Pośród nich zdarzają się jednak takie perełki, jak Yamaha D’elight, małe cudeńko prosto z Japonii.

No dobrze. Tak naprawdę nie Japonii, znaleźć dziś na rynku skuter składany przez pana Yashimoto, Musashi albo Sakai jest niemal tak trudne, jak przegrać z Yeti w scrabble. Większość pojazdów wytwarzanych jest i owszem, na dalekim wschodzie, ale z wysp japońskich ma tylko metki. Nie inaczej jest w przypadku D’elighta, który jest produkowane w Tajlandii. Nie jest to jednak żaden problem, bo wysokie normy jakości nałożone przez inżynierów z Hamamatsu nie dopuszczają, by na rynku pojawiały się jakieś niedoróbki. I w przypadku D’elight nikt nie zrobił wyjątku.
Skuter jest wykonany bardzo porządnie. Po prostu. Naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Wszystkie plastiki są dobrze spasowane, elektronika działa bez zająknięcia nawet podczas ulewy, a silnik gra tak, że aż się chce odkręcać manetkę gazu. Zanim jednak do tego dojdzie, warto obejrzeć skuter z bliska.
Na testy trafił egzemplarz w kolorze wiśniowym, który z miejsca zdobył serce pewnej młodej damy. Skuter jest po prostu ładny, ale jeśli komuś ciemna czerwień nie pasuje, to są jeszcze białe i czarne. D'elight jest mały, ale na kanapie mieszczą się dwie osoby. Co ciekawe, pod kanapą da się zmieścić obydwa kaski, kierowcy i pasażera, choć lepiej, żeby to nie były kaski integralne. Sam jeżdżę w modułowym kasku Airoh Rev, który jakby z definicji nie mieści się do większość schowków, jednak w D’elight jakoś dawał się upchnąć. Jeśli pojedzie się samemu na zakupy, to można do domu przywieść ser, masło, wędliny, chleb, sok, wodę i jeszcze znajdzie się miejsce na małego arbuza. Jednym słowem - nie jest źle.
Niestety, w tym śmietniku pod kanapą można będzie zgubić telefon, portfel czy dokumenty, brakuje bowiem w małej "yamaszce" jakiegoś schowka pod kierownicą. Jest za to haczyk na zakupy, więc jak ktoś lubi jeździć po mieście z wahadełkiem między nogami, to tu będzie miał szansę. Zamiast schowków mamy za to stacyjkę z prawej strony i korek wlewu do paliwa z lewej. Moim zdaniem to świetne rozwiązanie, zawsze mam obawy, że nalewając paliwo do baku umieszczonego pod kanapą naleję benzyny do schowka. Korek wlewu otwiera się z kluczyka, przekręcając go w odpowiednią stronę w … stacyjce. Podobnie zresztą otwiera się kanapę, nie ma tu oddzielnych zamków.
Nad kierownicą znajduje się duży, otoczony chromowaną plastikową ramką "zestaw zegarów". Tak naprawdę jest jeden, królujący nad wszystkim wielki analogowy prędkościomierz. Poniżej jest wyświetlacz na którym można znaleźć takie informacje, jak spalanie czy ilość paliwa w baku. Oprócz tego są cztery kontrolki informujące o włączonych światłach długich, włączonym kierunkowskazie, i kontrolka silnika. Jak nie piłujemy go podczas jazdy to zapala się jeszcze czwarta kontrolka "eco", czyli swoista pochwała dla naszego oszczędnego trybu jazdy.
Jadąc w dwie osoby zobaczymy ją co najwyżej dojeżdżając do świateł. Rozpędzanie czy bardziej dynamiczna jazda z dwuosobowym obciążeniem jest sporym wyzwaniem dla niespełna 10-konnego silniczka. Przy takich przejazdach zdecydowanie lepiej sprawia się na przykład Piaggio Medley. Jednak D’elight nie został stworzony jako maxi skuter do podróży międzymiastowych, tylko do szybkiego teleportowania się w mieście z punktu A do punktu B. Póki siedzi na nim tylko kierowca, cel będzie łatwy do osiągnięcia.
Jazda Yamahą D’elight jest niezmiernie prosta, wręcz intuicyjna. Wystarczy usiąść na kanapie, schować nóżkę lub centralną podstawkę, przekręcić kluczyk w stacyjce i w drogę. LED-owe światła włączają się automatycznie, biegów w skuterze nie ma, trzeba tylko siedzieć, utrzymywać równowagę i odrobinę zdrowego rozsądku. Skuter, choć wygląda niepozornie, a silnik na papierze nie poraża osiągami, to rozpędza się bardzo żwawo. Prędkość przelotowa na poziomie 80 km/h to dla niego nic, dopiero później skuter dostaje trochę zadyszki. Mimo tego na liczniku można zobaczyć wskazówkę nawet w okolicach 110 km/h.
Jednak w mieście te 8 dych to aż nadto. Jeśli jeździ się po ulicach, a nie obwodnicach, skuter z pewnością nie będzie zawalidrogą. Bez problemu odstawia większość samochodów podczas startu spod świateł, a warto pamiętać, że zwykle staruje się z "pole position". Skuter jest na tyle mały i wąski, że dojechanie na początek kolejki stojących na czerwonym zwykle jest nie tylko możliwe, ale aż się prosi, żeby to zrobić. Nie przeszkadzają nawet lusterka. Niestety…
Piszę "niestety", bo moim zdaniem lusterka nie stanowią mocnego punktu tej Yamahy. Są wąsko rozstawione, co jeszcze da się wytłumaczyć tym, że dzięki temu łatwiej się przeciskać w korkach. OK, ale dlaczego są tak małe i wąskie, że niewiele w nich widać?
Drugą słabostką małej Yamahy są hamulce. Z przodu jest pojedyncza tarcza, choć to słowo jest lekko na wyrost. "Tarczka" brzmi lepiej, stalowy dysk ma tylko 180 mm średnicy. Z tyłu jest hamulec bębnowy, który jest bardzo wydajny do momentu, aż kilka razy ostro zahamujemy. Nagrzany dość szybko traci swoje właściwości i droga hamowania zauważalnie się wydłuża. Inna rzecz, że przy tak małych kołach (z przodu 12 cali, z tyłu 10) większa tarcza by się po prostu nie zmieściła. Skoro już zacząłem, to ponarzekam jeszcze przez chwilę - tak, koła mogłyby być większe, jeżdżąc na tak małych czuć każdą dziurę i koleinę, a podjeżdżanie pod krawężnik czy najeżdżanie na leżącego policjanta może skutkować otarciem skuterka od spodu.
D’elight to świetny skuter na miasto. Czy dla każdego? Sam mam 184 cm wzrostu i czasami czułem się trochę jak miś, który na małym motorku jeździ dookoła areny cyrkowej. Owszem, doceniam walory Yamahy, ale osobiście wolę trochę większe jednoślady. Za to dla wspomnianej na początku młodej damy D’elight wydał się skuterem idealnym. Lekki, bez problemu stawiała go na centralnej podstawce, zwrotny, łatwy w obsłudze, i do tego jeszcze taki ładny, czerwony. Serio - nie chciała z niego zejść.
Jeśli chodzi o eksploatację, to naprawdę trudno się przyczepić do czegokolwiek. Po prostu - leje się benzynę i jedzie. Ile tej benzyny? Ano do baku wchodzi 5,5 litra. Mało? Niby tak, ale trzeba się bardzo napocić, żeby spalanie skoczyło powyżej 2,5 litra na 100 km, a wynik poniżej 2 litrów wcale nie jest tak trudny do osiągnięcia przy spokojnej jeździe. Zdecydowanie taniej niż Uberem czy taksówką, o wiele przyjemniej niż komunikacją miejską, i na pewno szybciej niż na piechotę. Sprawy na mieście załatwi się szybciej niż jeżdżąc samochodem, skuter jest tak mały i lekki, że bez problemu można go zaparkować dosłownie wszędzie, choćby pod samymi drzwiami sklepu. Obejdzie się bez krążenia po centrum w poszukiwaniu miejsca parkingowego, i nie trzeba szukać parkometru, bo parkowanie jednośladów w centrach miast jest w Polsce bezpłatne.
Sam skuter ceną też raczej nie odstraszy potencjalnego nabywcy. Nowy pojazd można mieć już za niespełna 11 tysięcy złotych. Tak, to więcej niż skutery, które czasem można kupić na promocji w supermarketach, sęk w tym, że Yamaha jest warta swojej ceny. Jest świetnie wykonana, elegancka choć nie rzucająca na kolana jakimiś stylistycznymi wodotryskami. Świetnie trzyma się drogi, jest zwrotna i łatwa do opanowania.
Czy coś bym w niej zmienił, poprawił? Tak. Dałbym więcej masy, więcej mocy, większą kanapę, większe koła i większe tarcze hamulcowe na oba koła. Taki skuter nawet powstał, nazywa się X-Max i kosztuje dwa razy tyle, ale o nim opowiem następnym razem. Yamaha D’elight spodoba się za to każdemu, kto nie potrzebuje większej masy, więcej mocy, większej kanapy i większych kół z większymi tarczami. Jeśli do tego ma prawo jazdy kategorii B od przynajmniej trzech lat, to zgodnie z przepisami może przesiąść się z auta na D’elight. I nawet nie trzeba mu życzyć szerokiej drogi, wystarczy wąski przesmyk między samochodami stojącymi w miejskich korkach.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...