Rabiej odpowiada na rewelacje "Masy": To może oznaczać, że są w Warszawie środowiska, które boją się nadchodzących zmian

Kandydat Nowoczesnej na prezydenta Warszawy Paweł Rabiej w rozmowie z naTemat odpowiada na rewelacje Jarosława "Masy" Sokołowskiego. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
W Colosseum regularnie dochodziło do spotkań mafii pruszkowskiej. Pamiętam z tego klubu Pawła Rabieja, który był naszym "załatwiaczem". (...) Trzeba przyznać, że był obrotny, już wtedy jako młody chłopak miał znajomości w urzędach – takimi słowami na łamach środowego "Super Expressu" najsłynniejszy polski świadek koronny Jarosław "Masa" Sokołowski próbował skompromitować Pawła Rabieja. W rozmowie z naTemat kandydat Nowoczesnej na prezydenta Warszawy w stanowczych słowach odnosi się do rewelacji byłego gangstera.

"Ciekawe" rzeczy opowiada o Panu na gangster "Masa". Jak skomentuje Pan te rewelacje?



Nie warto komentować. Nie będę schodził poniżej pewnego poziomu.

Dzisiejsza publikacja "Super Expressu" to element kampanii wyborczej?

Nie wiem. Ale może oznaczać, że są w Warszawie środowiska, które boją się nadchodzących wyborów i zmian.

Ktoś pomógł Jarosławowi Sokołowskiemu przypomnieć sobie o Panu akurat teraz?

Nie mam pojęcia.

"Trzeba przyznać, że był obrotny, już wtedy jako młody chłopak miał znajomości w urzędach" – mówi o Panu jeden z najsłynniejszych gangsterów. To nie jest dobra reklama dla kandydata na prezydenta Warszawy.

To fantazje nadbudowane na moim życiorysie. Jakich zresztą wiele. Słyszałem już, że jestem rosyjskim agentem i kończyłem studia w Moskwie, albo że jestem agentem USA, bo byłem na stypendium organizowanym przez amerykański bank. Jedni mówią, że jestem agentem Kaczyńskiego, inni że Wałęsy, bo mam z nim jakieś zdjęcie. Są też tacy, którzy przekonują, że od zawsze jestem w Nowoczesnej człowiekiem PO.

Ludzie kochają plotki, to niby nic złego. Ale w polityce ich stężenie jest niebywałe. Jest tyle niewiarygodnych historii i bzdur, że ich komentowanie ich jest poza zakresem możliwości osób, które traktują swoją działalność poważnie.

Pański najpoważniejszy rywal Rafał Trzaskowski dokonał ostatnio pewnej autolustracji i sam wyciągnął w mediach sprawy, które mogą zostać przeciwko niemu użyte w kampanii. Chciałby Pan zdecydować się na podobny krok? Jest coś jeszcze, o czym lepiej powiedzieć wyborcom zawczasu?

To dobry pomysł. Mój życiorys jest dostępny dla każdego i każdemu mogę opowiedzieć co robiłem. Ale trudno się tłumaczyć z tego, co przypisują nam inni. Dziś na Facebooku pozbierałem część z opowieści, które o sobie ostatnio usłyszałem. Można się przerazić. Ale to też fakt, że robiłem w życiu naprawdę dużo różnych rzeczy.

W polityce jestem od dwóch lat, wcześniej byłem dziennikarzem. Zajmowałem się m.in. dziennikarstwem politycznym gospodarczym i śledczym. Nie wykluczam, że nadepnąłem na odcisk środowiskom związanym ze służbami specjalnymi i działalnością przestępczą. Napisałem książkę o kontrowersyjnym Mieczysławie Wachowskim. Pisałem o WSI i byłem przez nich podsłuchiwany, o czym można przeczytać w raporcie o likwidacji WSI Macierewicza. Później kierowałem firmami, byłem PR-owcem, rozwijałem rodzaju przedsięwzięcia szkoleniowe, doradcze, analityczne. To 27 lat doświadczeń w bardzo wielu życiowych rolach, podczas których poznałem tysiące ludzi.

A gdy się w życiu spotkało tyle osób, to każdy, kto ma złą wolę, może sobie stworzyć dowolną historię. Raz wracałem z USA w jednym samolocie z Lwem Rywinem, miło się nam rozmawiało m.in. o mediach. Czy to znaczy, że maczałem palce w aferze Rywina? Pracowałem też w "Gazecie Bankowej", więc czy teraz jak ktoś zechce, to przypisze mi udział w układzie SKOK-ów, do których teraz należą? Myślenie w tych kategoriach to absurd.

Według amerykańskich naukowców, wśród wszystkich osób, które znamy ok. 20 proc. to nasi wrogowie... Pan musiał więc nazbierać tych wrogów bardzo wielu. Wierzy Pan, że z tak pokaźnym ich gronem można odnieść sukces w polityce?

Tak. Bo zawsze starałem się kierować tym, co słuszne i nie krzywdzić ludzi. W tym nie plotkować o nich, ani nie przypisywać im z góry złych intencji. Parę razy pewnie mi się to nie udało. Jako redaktor czy szef musiałem też na przykład zwalniać ludzi, którzy źle pracowali czy pozbywać się niewiarygodnych kontrahentów. A jednych i drugich było całkiem sporo. Jako dziennikarz docierałem do niewygodnych spraw. Zawsze starałem się jednak być w tym wszystkim jednak na tyle ostrożny, by nikogo niewinnego nie skrzywdzić i nie pomówić.
Co zwykle zarzuca się politykom? Brak uczciwości, niedotrzymywanie obietnic, niezdolność do przeproszenia za błędy i ukrywanie różnych rzeczy. Dlatego gdy zapytano mnie o orientację, natychmiast odpowiedziałem prawdę, że jestem gejem, bo uważam że taki powinien być publiczny standard. Niczego nie ukrywam, wręcz przeciwnie. Zawsze otwarcie i z dumą mówiłem o tym, że mam różnorodne doświadczenia życiowe. Szczerze opowiadam choćby o tym, jakie projekty mi się nie udały. Potrafię też przyznać się do błędów. Nie ma ludzi, którzy ich nie popełniają. Trzeba też umieć za nie przeprosić – to powinien być standard w życiu politycznym. Ale nie może takim standardem być bezkarne obrzucanie osób publicznych – celebrytów, polityków, dziennikarzy – przez osoby mało wiarygodne.

Jak więc Pan opisałby tamtą przygodę z Colosseum?

O ile dobrze pamiętam, poznałem ich, gdy była to już bardzo znana w Warszawie hala koncertowa i dyskoteka. Współorganizowałem tam koncert "Rock dla Czeczenii", bo po powrocie z Groznego chciałem zwrócić uwagę Polaków na cierpienie tego narodu. Przy tej okazji poznałem właścicieli – podkreślam Austriaków, a nie jakiegoś "Masę" – którzy opowiedzieli mi o tym, że mają kłopoty z magistratem wynikające m.in. z interpretacji przepisów budowlanych. Wówczas pomogłem im zorganizować kilka konferencji prasowych, które zwróciły na problem uwagę mediów oraz prawników, którzy zajęli się sprawą. I to było w gruncie rzeczy wszystko. A teraz "Masa" sobie "przypomina", że ja mu po coś biegałem?!

Rozważa Pan jakieś kroki prawne wobec niego?

Szkoda czasu. Przez ostatnie lata udowodnił swoją niską wiarygodność. Smutne jest to, że jako były świadek koronny żyje z publicznych pieniędzy. W tej sprawie, owszem, mam zamiar podjąć kroki, bo uważam, że jego działania to wynaturzenie tej skądinąd potrzebnej instytucji. Oczywiście te opowieści nie pomogą mi, ale zarazem byłem trochę rozbawiony, gdy to sobie przeczytałem.

Jednak kampania zabawna raczej nie będzie. To chyba jest zapowiedź tego, iż trzeba przygotować się na bardzo brutalną walkę...

Z pewnością będzie brutalna. Dziś można bezkarnie pomówić i obrazić każdego, i przestało to robić wrażenie. Wystarczy np. przypomnieć jak mówiono w mediach społecznościowych np. o prof. Władysławie Bartoszewskim w kontekście zwolnienia go z Auschwitz. Nie wiem jak autorzy takich wpisów mogą patrzeć w lustro. Na pewno i ja, i Rafał Trzaskowski jako kandydaci opozycji dowiemy się o sobie wielu rzeczy, których nigdy nie wiedzieliśmy i poznamy mnóstwo kłamstw o sobie. Inkwizytorów, lustratorów i zwykłych oszczerców nie zabraknie. Także wśród tych, którzy boją się w Warszawie zmian.

Po części takie są koszty działania w polityce. Ja deklaruję przejrzystość i spokojne wyjaśnianie każdego epizodu z mojego życiorysu, ale zarazem ostrzegam: dobrze zapamiętam, kto wobec pomówień i przekłamań zachowa się przyzwoicie, a kto przyłączy się do chóru oszczerców.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...