Czy reklama może wciągnąć? Co nam się w niej podoba i dlaczego właśnie to?

Fot. mat. prasowe
W jednym z odcinków futurystycznego serialu „Czarne lustro” bohater musi płacić za nieoglądanie reklam. Co, gdyby ta wizja stała się rzeczywistością?

Próbujesz zrelaksować się po ciężkim dniu, siadasz wygodnie w fotelu i włączasz telewizor. Oczekujesz wciągającej historii, fabuły, która na chwilę oderwie cię od problemów. Jednak telewizyjna ramówka to prawdziwa loteria. Możesz trafić na angażujące treści lub to, przez co coraz częściej zastanawiasz się nad wyrzuceniem telewizora: zalew hasłami reklamowymi. Dobrze wiesz, jak to wygląda: naciskasz guzik i zaczyna ogarniać cię fala dźwięku, muzyki w złym guście, obrazu w krzykliwych kolorach i neonowego światła. Z odbiornika docierają do ciebie slogany pełne stereotypów, perswazji, chaosu. Z tym kojarzą ci się reklamy, prawda? Jedyne określenie, jakie ciśnie ci się na usta to: irytujące.

Czy rzeczywiście wszystkie reklamy nas denerwują?

Czy nie jest tak, że deklarujemy nienawiść do wszelkiego przekazu tego typu, a tak naprawdę pod nosem nucimy chwytliwą piosenkę lub cytujemy zabawne hasła zasłyszane podczas oglądania telewizji? Chętnie też chodzimy na przeglądy reklam z całego świata lub tworzymy poświęcone im festiwale. Interesujemy się starymi reklamami, bo to one pokazują nam, jak kiedyś wyglądała rzeczywistość i co zmieniło się na przestrzeni lat. Okazuje się, że nie chodzi o samą reklamę, ale o to, w jaki sposób przekazuje ona treści. Jeśli zaangażują nas w ten sam sposób, co ulubiony serial, nie przełączymy kanału. Na szczęście reklamodawcy zauważyli, że przyszedł czas na zmiany. Jakie?

Co nam się podoba w reklamach i dlaczego właśnie to?

Coraz częściej twórcy reklam zaczynają wykorzystywać różnego rodzaju środki, zarezerwowane dotychczas dla form artystycznych. Dobra reklama telewizyjna zaczyna pretendować do miana miniatury filmowej, korzysta z wzorców zaczerpniętych ze sztuki i kultury lub przeciwnie – zaczyna bawić niczym kabaret. Zauważamy, że stanowi ważną część popkulturowej rzeczywistości, w jakiej się obracamy. Zadowolone są jednak obie strony: odbiorca styka się na co dzień z czymś, co niesie wartość, zamiast tylko krzyczeć „Kupuj”, a sprzedawca w inteligentny sposób prezentuje produkt, który zaczyna się pozytywnie kojarzyć. Pod tego typu reklamą śmiało możemy napisać: inspirujące.

Coraz częściej mamy więc do czynienia już nie tylko z zabawnymi, dobrze zrealizowanymi spotami, ale również z krótkimi filmikami, przypominającymi miniaturowe seriale. Przykładem światowej produkcji jest cykl 10-minutowych filmików, przygotowany przez BMW. Ich reżyserami byli światowej klasy reżyserzy, m.in. Guy Ritchie czy Ang Lee. Z polskiej telewizji pamiętamy chociażby „Piąty stadion” czy „Boskich w sieci”, ale tego typu reklamy pojawiają się coraz częściej. Ostatnio bawią nas perypetie sympatycznej rodziny Malinowskich z serialu „Dom pełen zmian”, którego partnerem jest IKEA. Na ekranie zobaczyć możemy popularnych aktorów filmowych: Piotra Adamczyka, Izabelę Kunę, Jarosława Boberka i Kazimierza Kaczora. Sposób, w jaki zrealizowano serial – od scenariusza po montaż i muzykę – nie odbiega od lubianych przez nas produkcji, nie będących formą reklamową.

Czego naprawdę szukamy jako odbiorcy? Tego, co polubił nasz umysł w ciągu milionów lat ewolucji. Prawdy, spójnej opowieści i dobrej historii. Dlatego właśnie oglądamy seriale obyczajowe. Możemy dostrzec samych siebie w perypetiach bohaterów i utożsamiać się z nimi. Czy nasz dom bardzo różni się od „Domu pełnego zmian”? Czy wychowujemy dzieci lepiej czy gorzej niż Malinowscy? Czy ich kłótnie nas denerwują, a może sprawiają, że czujemy się lepsi?

Najbardziej angażujące seriale czy reklamy to takie, które są o nas, dlatego oprócz atrakcyjnej formy najbardziej liczy się autentyczność. Telefon Malinowskiej, wpadający do zlewu pełnego brudnych naczyń, to bardziej prawdziwa scena niż sok pomarańczowy w eleganckim dzbanku, który jeszcze przed śniadaniem pojawia się na stole niczym deus ex machina.

O wiele lepiej ogląda się również to, co zawiera w sobie historię. Logicznie połączone wątki, dialogi, bohaterowie z wyraźnie zarysowaną osobowością – to wszystko ma znaczenie, bo pozwala nam zapamiętywać fakty. Z łatwością opowiemy, co wydarzyło się w jednym z odcinków serialu reklamowego, a trudno nam przypomnieć sobie scenki z jednego z wielu klasycznych spotów o proszku do prania. Dobrą historię oglądamy jak film, zapominając o tym, że ktoś proponuje nam kupno np. nowego samochodu.

Miniserial ma jedną przewagę nad filmami: są krótkie i możemy je obejrzeć nawet na ekranie smartfona. Idealnie wpisuje się to w tempo wiecznie pędzącego świata. To szybka, angażująca, poprawiająca humor celnymi żartami rozrywka, w nurt której z łatwością wchodzimy.

Czy miniserial może nas wciągnąć? Najlepiej zobaczyć go na własne oczy i sprawdzić. „Dom pełen zmian” można oglądać w każdą niedzielę o 18:35 na antenie telewizji Polsat lub na stronie IKEA.pl.

Artykuł powstał we współpracy z IKEA.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...