To zupełnie inny obraz świąt i polskiej prowincji. Leje się wódka i krew, a "Cicha noc" przenika chłodem

Film "Cicha noc" w reżyserii Pawła Domalewskiego został siedmiokrotnie nagrodzony na Festiwalu w Gdyni.
Film "Cicha noc" w reżyserii Pawła Domalewskiego został siedmiokrotnie nagrodzony na Festiwalu w Gdyni. Fot. Materiały prasowe
To gorzki dramat, który jak na dłoni pokazuje problemy polskiej prowincji, bolączki wielu Polaków. Mowa o emigracji zarobkowej, rozpadzie więzi rodzinnych. Dla reżysera pretekstem do opowiedzenia o tym stało się wigilijne spotkanie wielopokoleniowej rodziny. Ale to obraz daleki od tego, jaki znamy ze świątecznych filmów, za to bardzo dojrzały.

Jeśli spodziewacie się pocałunków pod jemiołą, śniegu po pas, Mikołaja z białą brodą, pięknie opakowanych prezentów i lekkiej historii z happy endem, to nie wybierajcie się na "Cichą noc". Bo to wyprawa do Polski B. Akcja pełnometrażowego debiutu Pawła Domalewskiego toczy się w ponurej i brzydkiej wsi Pęglity (warmińsko-mazurskie). Leje tu deszcz, łatwo zakopać się w błocie. Ani śladu śniegu, mimo że jest Boże Narodzenie. Adam, w rolę którego wciela się genialny Dawid Ogrodnik, niczym syn marnotrawny wraca z pracy w Holandii. W komisie wynajmuje najlepsze auto, płaci gotówką i rusza do rodzinnego domu. Ceglany budynek nadal niszczeje, dziadek nadal nie trzeźwieje. Słowem: czas się tu zatrzymał i nic na lepsze się nie zmieniło. No może poza jednym: ojciec od dwóch miesięcy nie pije. Wielopokoleniowa rodzina w pośpiechu przygotowuje się do improwizowanej Wigilii. Kobiety gotują, dzieci oglądają "Kevina w Nowym Jorku". W tym roku alkohol ma nie zepsuć kolacji. Tego strzeże matka (Agnieszka Suchora). Przez okno wylewa wódkę. W powietrzu czuć już nadchodzącą katastrofę.
Adam nie zachowuje się jakby był częścią rodziny. Bardziej niż świętowaniem zainteresowany jest domem dziadka. Chce go sprzedać i na zawsze wyrwać się z marazmu, stać się kimś lepszym. W tym ma mu pomóc własna firma w Holandii. Ale ten symboliczny dziadkowy dom jest jedynym dorobkiem całej rodziny, w której od lat nikomu nic się nie udaje. Wszyscy harowali, wyjeżdżali na Zachód, ale to rodziło tylko kolejne problemy. Niczego się nie dorobili, zgorzkniali i stracili nadzieję.
Adam nie chce powielać schematów, nie chce być jak swój ojciec (w rolę którego wciela się Arkadiusz Jakubik). Chce być za to obecny w życiu dziecka, którego spodziewa się jego dziewczyna. I faktycznie, jest inny niż pozostali członkowie rodziny. Jest uosobieniem nadziei i odwagi, której wszystkim w domu na prowincji brakuje. Chce na obcej ziemi poczuć się człowiekiem. Podobnie zresztą, jak przed laty jego ojciec. I tu rozgrywa się kluczowa scena filmu. "Myślałem, że za granicą będę się wreszcie czuł człowiekiem, nie tylko Polakiem. Ale po latach dotarło do mnie, że właśnie tam jestem najbardziej Polakiem, a dopiero tu, w Polsce, mogę być człowiekiem. Mogę, ale czy jestem? – rzuca postać grana przez Arkadiusza Jakubika.
Wódka i krew leją się podczas wigilijnej wieczerzy. Porównanie do kina Wojciecha Smarzowskiego nasuwa się właściwie od razu. Ale u Domalewskiego ta wieś nie jest groteskowa, to brzydkie, ale i oswojone miejsce. To dla reżysera powrót do domu, do świata, który dobrze zna, w którym się wychował. – Fascynuje mnie zamykanie fabuły w konkretnym i ograniczonym czasie. Wieczór wigilijny, ze swoim przebiegiem i naturalną dramaturgią rozgrywającego się w jego trakcie rytuału, jest doskonałym tłem dla filmu – mówił Domalewski.
Film zasłużenie otrzymał siedem statuetek na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Należą się brawa za genialne dialogi (i rubaszne żarty wujka), zbudowanie prawdziwej rodziny, bohaterów z krwi i kości, którzy są aż do bólu autentyczni. A widz bardziej niż zwykle ma poczucie, że jest jednym z nich: siedzi za stołem, przysłuchuje się kłótniom. I w problemach rodziny stworzonej przez Domalewskiego bardziej lub mniej dostrzega te własne.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...