Migalski dla naTemat: Jak PiS przegra wybory, to podporządkowany im Sąd Najwyższy orzeknie, iż takie wybory są nieważne

Były europoseł PiS i ceniony politolog Marek Migalski w rozmowie z naTemat tłumaczy, o co naprawdę chodzi PiS w sprawie zmian w Sądzie Najwyższym i kodeksie wyborczym. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
– Prawdziwą stawką toczącej się właśnie gry jest utrzymanie władzy po 2019 roku. Działania w sprawie sądów i zmiany w kodeksie wyborczym sprawią, że PiS będzie miało kontrolę nad całym procesem wyborczym. Nie tylko będzie kontrolować przygotowania do wyborów i ich przebieg. Co najważniejsze, zdecyduje też o ważności wyborów – alarmuje w rozmowie z naTemat Marek Migalski, były europoseł PiS i jeden z najbardziej cenionych polskich politologów.

Na temat tego, co dzieje się z wymiarem sprawiedliwości wielokrotnie wypowiedzieli się już znakomici prawnicy. A ja chciałbym politologa zapytać o to, dlaczego tak się dzieje? Po co politycy to wszystko robią?



Marek Migalski: Powodów jest kilka. Pierwszy to taka naturalna chęć zemsty, która cechuje zarówno Zbigniewa Ziobro, jak i Jarosława Kaczyńskiego. Oni po prostu mieli do uregulowania rachunki ze środowiskiem sędziowskim i teraz biorą surową zemstę, odwet. Po drugie, te działania się politycznie opłacają. To jest społecznie nośne. Polacy nie lubią sądów. Dlatego stawanie sędziom na gardle się społeczeństwu podoba.
Ci, którzy czują się niesprawiedliwie przez prawo potraktowani, teraz z radością przyglądają się grillowaniu sędziów. Jest też trzeci powód. Chodzi o ubezwłasnowolnienie świata prawniczego, szczególnie Sądu Najwyższego. Chodzi o uczynienie z sądami – zwłaszcza tymi decydującymi o ważności lub nieważności wyborów – tego, co zrobiono wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym.

Czyli stawką tej całej gry tak naprawdę jest kontrolowanie wyników wyborów?

Tak! Stawką toczącej się właśnie gry jest utrzymanie władzy po 2019 roku. Krok pierwszy w tym celu został zrobiony już, gdy nastąpiło całkowite przejęcie TK. Drugi krok to przejęcie SN. Trzeci będzie polegał na przejęciu Państwowej Komisji Wyborczej. Ta ostatnia część planu rzekomo ma nastąpić dopiero po 2019 roku, ale tak naprawdę nie mamy żadnej gwarancji, że PKW nie zostanie przejęta jednak przed najbliższymi wyborami do Sejmu i Senatu. Działania w sprawie sądów i zmiany w kodeksie wyborczym sprawią więc, że Prawo i Sprawiedliwość wkrótce będzie miało kontrolę nad całym procesem wyborczym.
Nie tylko będzie kontrolować przygotowania do wyborów i ich przebieg. Co najważniejsze, zdecyduje też o ważności wyborów. Bo nowy SN zostanie obsadzony zapewne ludźmi takimi, jak Przyłębska i Muszyński z Trybunału Konstytucyjnego. Nie trudno więc sobie wyobrazić, że jeśli PiS przegra wybory, to podporządkowany tej partii SN orzeknie, iż takie wybory są nieważne.

Naprawdę znajdzie się tyle nieprzyzwoitych osób, które zrobią to dla swoich partyjnych mocodawców?

Jestem o tym przekonany. Do tego wystarczy właściwie tylko kilkanaście nieprzyzwoitych osób. A PiS już kilkukrotnie pokazało, że nie ma żadnych problemów rekrutacją tego typu kadr. Dla ludzi, którymi obsadzi SN i PKW to będzie wielki awans społeczny i finansowy, więc będą w stanie odpłacić się za to bardzo mocno, werdyktami sprzyjającymi PiS.

Czy PiS nie mogłoby liczyć na wysokie poparcie i pewność trwania przy władzy bez stosowania takich metod? Bez tych wszystkich wojen? Gdyby rządziło "normalnie"...?

Postawię odważniejszą tezę. Moim zdaniem, gdyby PiS rządziło "normalnie", miałoby nawet lepsze notowania. Gdyby prezes Kaczyński stosował tylko marchewkę, poparcie społeczne dla jego partii mogłoby sięgać nawet 60 proc. Jednak PiS znaczną część własnych wyborców zniechęca stosowaniem także kija, tym łamaniem demokracji i wolności. Bo wiele osób uważa, że to jest jednak przesada i nie chce w tym wspierać "dobrej zmiany".
Naprawdę, jestem w stanie obronić tezę, że gdyby nie było tego całego awanturnictwa, notowania PiS byłby znacznie wyższe i nie mieliby żadnego problemu z obronieniem władzy w 2019 roku. Tylko prezes woli zastraszać niż ubiegać się o miłość wyborców, bo uważa, że strach jest silniejszym i trwalszym uczuciem.

Wstydzi się pan dzisiaj tej przygody z PiS sprzed lat?

Nie odpowiadam na takie pytania, bo są bardzo osobiste. Mogę tylko powiedzieć, że rozstałem się z PiS po roku. Nie mam zamiaru wstydzić się za swoich byłych już kolegów.

A czy kiedyś wstydzić będzie musiał się Andrzej Duda? Jaka jest stawka, o którą dziś gra prezydent?

Gdyby spytał mnie pan o to tuż po 24 lipca, odpowiedziałbym, że stawką jest po prostu demokratyczna Polska. A dzisiaj...? Coraz bardziej wygląda na to, iż chodzi tylko o jego pozycję w obozie rządzącym. Jeśli on zaakceptuje te poprawki, które dodano w Sejmie, będzie to oznaczało wywieszenie białej flagi na Pałacu Prezydenckim i taką rejteradę z tego całego sporu z Jarosławem Kaczyńskim.
A to oznaczałoby, że Andrzejowi Dudzie chodziło tylko o rozepchanie się łokciami. Może też o to, żeby jego bliscy myśleli o nim trochę lepiej. I żeby on mógł zacząć myśleć o osobie lepiej i przestał być tak upokarzany, jak przez te pierwsze dwa lata prezydentury...

Czy wywieszając białą flagę prezydent będzie w stanie odzyskać względy betonowego elektoratu PiS, który po 24 lipca wpisał go na szczyt listy zdrajców?

Ten elektorat jest tak specyficzny, że nie do końca jestem w stanie odtworzyć ich tok myślenia. Oni Andrzeja Dudę po wetach zakwalifikowali do "UB-kistanu" i "spisku elit III RP, Rosjan i Niemców". Nie potrafię więc wyobrazić sobie, jak ten elektorat zareagowałby teraz na karny powrót prezydenta do szeregu. Jeśli jednak mielibyśmy spróbować odtworzyć tę pogmatwaną logikę betonowego wyborcy PiS, to mam wrażenie, że Andrzej Duda już nigdy dla takich ludzi nie będzie ukochanym prezydentem. Zawsze wobec niego będą zgłaszane podejrzenia. Zawsze już będzie podejrzany za to, co zrobił. No i za to, jakie osoby go otaczają.

Andrzej Duda jest jeszcze w stanie wrócić w buty opozycji?

Tak naprawdę on nigdy się w te buty nie ubrał. Weta z 24 lipca przecież nie były zapisaniem się do Platformy Obywatelskiej. Wyglądały raczej na próbę obrony polskiej demokracji przed niszczącymi ją procesami. A teraz walec PiS-owski na pewno przejdzie z tymi nowymi ustawami przez Sejm, bo opozycja jest w tej sprawie bezsilna i nie ma narzędzi, którymi ten walec mogłaby zatrzymać.
Można więc tylko liczyć na to, iż PiS pod przywództwem prokuratora Piotrowicza tak przegnie, że znowu w Andrzeju Dudzie odezwie się jakieś poczucie podmiotowości i zawetuje także ustawy, bo nie pozna swoich projektów. Jest więc tak samo jak w lipcu, gdy on był ostatnią redutą, która mogła nas obronić przed autorytarnymi zakusami PiS. Możemy liczyć tylko na to, że PiS znowu przeszarżuje i prezydent zatrzyma tego potworka, w którym już nie pozna tego, co sam stworzył.

Opozycji naprawdę zostaje tylko bierne przyglądanie się temu, co się dzieje?

Konstytucja, którą opozycja ciągle ma na ustach, nie pozwala liderom tejże opozycji na zbyt wiele. Chcąc szanować konstytucję, nie można dziś wiele zrobić. Opozycja może tylko punktować władzę i pokornie czekać na pierwszy sprawdzian wyborczy, czyli wybory samorządowe w przyszłym roku.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...